Czar pryska

Jest taka kategoria pasażerów, co bohaterów ma o różnych imionach, za to mianownik wspólny: Kolesie z mega najebanymi pannami. I scenariusz podobny:

Podjeżdżam pod adres. Zawsze siedzą. Na krawęźniku, na chodniku, na barierce przy klombie, na czymkolwiek. Gdzie się da. Facet obejmuje dziewczynę, ona pół-śpi mu na ramieniu. Z daleka nawet dość romantycznie to wygląda. Później czar pryska. On zauważa mnie po dobrej chwili. Odsuwa pannę, opiera ją o coś – o co? cokolwiek co jest w pobliżu. Jak nie ma, kładzie ją na ziemi. Podchodzi i pyta:

– Pan z Ubera?

Nie, z kosmosu. Anioł ocalenia przyleciał na srebrzystych skrzydłach.

Koleś wraca po pannę, obejmuje, zataczając się prowadzi do wozu. Otwiera drzwiczki, prawie wpycha do środka. Wsiada z drugiej strony, kładzie pannę sobie na ramieniu i od razu, przepraszająco, nawiązuje ze mną rozmowę:

– A czy dobrze się panu jeździ tym francuzem, a czy w dizlu, czy w benzynie, awaryjność jaka? A bo ja też kiedyś taki miałem… – A bo to, a bo tamto. Podkreśla, jaki on to trzeźwy i że wypadek przy pracy.

Zawsze gada jak najęty, nigdy z sensem. Koleżanka milczy. Czasem czknie. Gdy czknie zbyt głośno, podkręcam klimę. Gdy czknie naprawdę mocno, zatrzymuję auto. Zarzygane siedzenia to sam kłopot. Smród obniża rating dość skutecznie.

Dojeżdżamy pod adres. Zawsze jest to lokal panny, nigdy kolesia. I wtedy zaczyna się prawdziwy cyrk. On gotowy do wyjścia, ona przenigdy. Dobrze jej się śpi. Ukołysałem ją do snu. Ja, Morfeusz, książę snów i bajek. Zaczynają taki dialog:

– Kochanie, obudź się, jesteśmy.

– Mmmmm…

– Obudź się skarbie wysiadamy.

– Mmmm…. nie…

– Jesteśmy pod twoim domem… Przepraszam pana /to ostatnie to do mnie

– Mmmm…. ja zostaję.

– Kotku, ale już jesteśmy… Przepraszam pana /ponownie do mnie/

– Mmmmm… ja chcę spać, zostaję.

 

Taaak świetnie. Będę cię woził przez miasto do rana jak maskotkę, takiego kurczaczka przylepionego do szyby z uśmiechem: pokochaj mnie, albo pieska z kiwającą się główką. Dopóki nie zahaftujesz mi foteli, złotko. Wtedy wypierdolę jak burą…

– Wstawaj, wysiadamy! – kolesiowi zaczynają puszczać nerwy, już nie kotek ani skarbek.

– Mmmmm… idź sam, ja zostaję – mruczy dziewczyna.

W końcu wyciąga ją z samochodu, czasem za ręce, rzadziej za włosy. Obejmuje i prowadzi do najbliższego krawężnika. Sadza ją. Opiera na czymkolwiek. Wraca, żeby zatrzasnąć drzwi.

– Bardzo pana przepraszam, ona tak… – mówi.

Nie szkodzi. Też tak miewałem, wiem o co chodzi.

3 thoughts on “Czar pryska”

  1. MegiSu says:

    Nigdy tego nie zrozumiem, jak Panny mogą aż tak się upodlić wracając z imprezy. Zawsze takie odjebane w sukieneczki i szpileczki, a na koniec leżą pod klubem niczym pospolity żul na ławce.
    Ja wychodzę z założenia, że gdy się już zdecyduje na imprezę to idę się BAWIĆ, bo NAPIERDOLIĆ to się mogę w domu zawszę bliżej łóżko, a i wstydu nie ma.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Oj, mogą. Też tego nie rozumiem, akceptuję jako fakt dla mnie nieogarnialny. Podobnie, jak dzień i noc, czy prąd elektryczny.

      O Himalajach upodlenia będzie wkrótce, w kolejnych odsłonach Alkopanien. Zresztą, czy ja wiem, czy o Himalajach. Może o Karpatach upodlenia.

      Tymczasem,
      Paweł Grott

      1. Magdalena Badura says:

        W takim razie czekam na te Karpaty z niecierpliwością .

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider