Historia z happy-endem

Podjeżdżam na Podwale /pod Podwale? Głupio brzmi/. Wchodzi chłopak z panną. Panna taka, że ja oczy na słupkach, no ale nie jest sama. Z wyglądu przeciętniaczek, drzwi jej otwiera, tylne. Ona szczupła, mega zgrabna, cycek na miejscu, lekko myszowata, włosy w kasztan, mini taka, że prawie tej mini nie ma. Zabójstwo dla zmysłów. A do tego pachnąca. No i rozmarzyłem się o pannie /zwłaszcza, że kurs długi/ a tu okazało się, że koleś jest mistrzem. Niby niepozorny, młodziak, a od samego wejścia nauka, że chapeaux bas.

Ledwo ruszamy, gość obejmuje pannę. I mówi, do niej, na dużym basie:

-Dobrze, że już wracamy. Co chcesz na śniadanie?

-Jajecznicę. Na boczku. Ale nie ma boczku. – odpowiada kasztanowa.

– Skoczę do sklepu, jak będziesz spała-Mała, nawet nie zauważysz – odpowiada koleś, jeszcze ćwierć-mistrz. Ale już punktuje u mnie, lubię profesjonalizm. – Kukurydziane bułeczki?

– Skąd wiedziałeś – dziwi się ona.

– Bo za grubo wyglądasz… żart! Obruszyłaś się? Wybacz, cham ze mnie, muszę dać ci buziaka na przeprosiny… – mówi koleś głosem Sinatry.

– Mój ty gburze – mówi panna, chichocze.

W tle długi pocałunek, nie patrzę się w lusterko wsteczne. Już pół-mistrz, myślę.

 

Wjeżdżamy na most Grota, pierwszy zjazd na Białołękę. Tuż zaraz, na Modlińskiej, na wysokości Żerania stoją miśki, suszą. Widzę ich za późno. Po hamulcach, rozkoszna parka z tyłu aż jęknęła. Prawie wbili się w zagłówki, te przednie.

Policjant haczy mnie z lewego pasa. Włączam kierunek, odbijam przez całą szerokość Modlińskiej, awaryjne, staję na poboczu. Klnę w duszy, za to głośno.

– O cholera. Może będę mógł panu jakoś pomóc. – dobiega z tylnego siedzenia, koleś. No jasne. Pójdziesz na pocztę, mandat opłacisz, pojeździsz za mnie na Uberze, dniówkę jakoś podzielimy, pannę też – myślę, ale nie mówię nic.

Ciekawe ile przekroczyłem. Ciąłem równo, mogą nawet prawko zabrać, tu na miejscu. I nici z roboty. Zaraz się okaże.

Policjant podchodzi krokiem Clinta  Eastwooda, takim z Unforgiven. Nawet oczy mruży tak samo, choć środek nocy. Colt w kaburze. Niedobrze, myślę. Przewijam w wyobraźni ostatnie filmy o kowbojach. Nie ma wiele. W tych, co znam, pozytywni bohaterowie ginęli. Kolej na mnie.

Policjant już jest, przy aucie. Uchylam szybę. Towarzystwo w głebi wozu przestało się gzić. Cztery oczy we wstecznym. Patrzą. Jakiś plus, myślę.

– Dobry wieczór. Starszy postrunkowy Kasprzak, komenda stołeczna Policji – pada sakramentalne – Panie kierowco, trochę za szybko pan jechał. – dodaje posterunkowy Kasprzak.

– Spieszyłem się, panie władzo, tutaj bezpiecznie – beznadziejna wymówka, jak chuj z buta odpowiadam. Posterunkowy wyczekuje, mieli zapałkę w zębach. Zaraz powie, że tu matki przechodzą przez pasy i że każda mogła być też moją matką. Domów z tektury co prawda trochę brakuje, poza tym jak u Barei. Coż. Grzeczny jestem.

– Dokumenty pana i wozu poproszę. – Jest twardy, bez kitu, Clint.

Grzecznie podaję. Policjant bierze kwity i odchodzi kowbojskim krokiem do auta marki Kia. Bywałem w takim. Klamki wewnątrz nie działają. Żeby wyjść musisz szybę opuścić, klamkę na zewnątrz nacisnąć. Nic przyjemnego. Czekamy.

Po 10 minutach drzwi Kii się otwierają. Szeryf Clint wychodzi. Znaczy sprawdził. Wóz bądź przewóz. Podchodzi. Na kowbojskich nogach. Znowu uchylam szybę, na zewnątrz leje. Piździelnik.

– 500 złotych mandatu plus 6 punktów karnych, grubo pan przekroczył – mówi glina i podaje kwitki przez uchyloną szybę.

I co tu powiedziec? Przepraszam? Raczej słabo wybrzmi, tu na Modlińskiej.

Słyszę, jak tylna szyba otwiera się. Z reguły blokuję, dzisiaj jakoś nie. Dobrze, że nie blokowałem.

– Panie posterunkowy, to wszystko moja wina. – słyszę zza pleców. Szyba uchylona, czyli pasażer, mówi – koledze kazałem przyciąć, zatem gnamy.

Oho, na ciepłe oczy zamierza, w sumie jest sposób, myślę milcząc. Sytuacja rozwija się poza mną.

– Pośpiech pośpiechem, przepisy przepisami – filozoficznie rzuca posterunkowy Clint, spod ciemnych okularów. W sumie trudno się tutaj z władzą nie zgodzić. Kolega z tyłu już wie, że złapał grunt pod nogami, płynie.

– Taka sytuacja – mówi – zresztą sam spójrz na moją pannę, spieszymy się. – Przechodzi na ty z posterunkowym. Truchleję. Już nie mandat, Syberię widzę. Clint obczaja wzrokiem zimnym, jak Władywostok w marcu. Patrzy na pannę. Jest na co.

Milczenie skute lodem. Zapałka w zębach lekko drga.

– Bo wiesz, my to pod jednym orzełkiem robimy, weź nie bądź chuj, odpuść – mówi po chwili mój klient.

Wóz albo przewóz myślę. I zastanawiam się co zabrać na Syberię. Walonki? Na pewno tak. Przydadzą się w tamtejszym klimacie. Tylko weź tu kurwa kup walonki. Na e-bay’u raczej nie mają.

– Żołnierz jesteś? – łagodnieje Clint. Ja, kierowca, już się nie liczę. – Pokaż legitymację.

– Nie wziąłem na balety, jeszcze bym zgubił. Sam też pewnie nie bierzesz w takiej sytuacji – Widzę we wstecznym jak koleś robi nieomylny ruch nadgarstkiem w szyję, potem pokazuje na pannę, wreszcie ‚high five’ do policjanta. – To jak będzie?

Posterunkowy Kasprzak myśli. Chwilę to trwa. Widać waha się. Choć sprawa już przesądzona, na Modlińskiej o tej porze, co drugiego na radar wyhaczy. Czyli target zrobi miękkim. Deszcz pada. Nadal myśli. Zanim zmarzniemy szeryf przez otwarte szyby podaje mi z powrotem moje dokumenty. Ruch palcami w stronę daszka policyjnej bejsbolówki i mówi:

– Uważajcie, przed Legionowem kolejny patrol. Dobranoc. – Odchodzi po suszarkę. Kierunek i ruszam, w aucie cisza. Bo co tu powiedzieć. Po prostu kończę pobieranie opłaty za kurs tu, na miejscu. Choć tak się odwdzięczę.

Do Legionowa nie dojeżdżamy. Zawożę ich pod szlaban na strzeżonym przy Odkrytej.

Oj, sąsiedzi długo nie zasną.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider