Całkiem inny Konrad

W piątek nad ranem łapię kurs z Mazowieckiej. Odbiór pod Organzą. Kurwa, nie lubię tam jeździć w weekendowe noce, wolę gdy klienci zamawiają kursy gdzieś z uliczek obok, z Jasnej, Kredytowej albo Traugutta. Na samej Mazowieckiej jest zawsze tłok, ścisk, nie ma jak poczekać na pasażera, bo cały ruch jednym pasem, prawym, lewy blokują taksówkarze. I są jak sklonowani: duzi, łysi, łańcuch na szyi, tacy co to łatwiej ich przeskoczyć, niż obejść. A wiadomo, że z Uberem to się przyjaźnią jak Putin z kaczką. Coż, zlecenie wziąłem.

Zatrzymuję się pod samą Organzą, na chwilę blokuję ruch na Mazowieckiej. Już za mną trąbią. Widzę we wstecznym jak klon-taksówkarz z kremowego merca wysiada i biegnie w moim kierunku, krzycząc. A niech pobiega, dla złotówy ruch bezcenny. Szczęśliwie mój pasażer już wyszedł z lokalu, widzi mnie, szybkim haustem kończy piwo, wyrzuca papierosa i łapie za klamkę. Ruszamy. Koleś z Golda zostaje w tyle, zabrakło mu z 5 metrów. Wygraża pięścią. Uber vs. Taksi 1:0.

– Dżhen dobri – mówi pasażer. Aha cudzoziemiec. A imię brzmiało polsko: Konrad.

– Hi. Where are you from? – pytam.

– Germany – odpowiada. Bezbłędne gardłowe ‚R’.

Wszystko jasne. Konrad, tyle że Wallenrod.

Jedziemy na Saską Kępę. Konrad opowiada jak to pracuje dla SAT Einz i że był reporterem akredytowanym przy szczycie NATO.

– Kaschdy muffi ze taki ein Sukcess był, ale nie, no nic no nic nichts arbaiten hier in Polen. – narzeka.

– Jak to nichts arbaiten. Uber arbaiten. – błysnąłem niemiecczyzną rodem z filmów z Hansem Klossem.

– Nah ja, aber ten szczyt to jak się to mówi: nicht gut, nicht gut. Organizatione kaputt! – wysila się Konrad. – I wasze teee no… jak to kluby, takie, że aż fstid! – dodaje.

Taki wstyd, że do piątej balowałeś kolego na Mazowieckiej, myślę. Nic nie wyhaczyłeś, to wstyd, ale dla ciebie. I mówię:

– Może źle trafiłeś, Konrad. Jest kilka dobrych.

Oooo. Ożywia się. A kannst du dać mi te… Namen? Nasswy? – nasza rozmowa zaczyna przypominać mi wierszyk, szedł jakoś tak: ‚Ein Kubuś Puchatek und eine kleine prosiątko, zussammen za rączkę na spacer gegangen…’

Podaję mu nazwy, notuje skrzętnie na pudełku od szlugów, oderwał górne wieczko. Dopytuje się o pisownię, jest dokładny. Wiadomo, Niemiec.

Dojeżdżamy na Saską Kępę, pod adres.

– Jesteśmy – mówię.

– Danke, errr… nein dszienkujem! – poprawia się Konrad. I dodaje: – Musi być ten, no… ein Tipp… napiwek!

Czekam cierpliwie, napiwek w Uberze zdarza się od wielkiego dzwonu, a tutaj nawet będzie w europejskiej walucie, z gestem, myślę. Ein Tipp przecież!

Po minucie desperackiego grzebania po kieszeniach Konrad rozpromienia się i wręcza mi dwuzłotówkę.

– Dla pana! – woła tryumfalnie.

Przez moment rozważam, co by zrobił Mikulski na moim miejscu… Odganiam złe myśli, biorę dwuzłotówkę, i mówię:

  • Danke Konrad. Danke sehr. Gute noc dla ciebie.

2 thoughts on “Całkiem inny Konrad”

  1. Marek says:

    Jak tak człowiek poczyta , a czyta sie lekko i przyjemnie , to ma ochotę wsiąśc i pojeżdzić . Dla tych napiwków oczywiście 🙂

    1. mm
      Paweł Grott says:

      A polecam. Bywa, że mam serdecznie dość, wtedy biorę sobie dzień oddechu i już dalej chcę wyjeżdżać w miasto. Dla napiwków, wiadomo.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider