E.

Pierwszy dzień świąt. Boże Narodzenie AD16. Choć pogodowo raczej przełom piździelnika z liściopadem. I to nie w Warszawie, a w Bergen. Podobno najbardziej deszczowym mieście świata. Nie zazdroszczę temu, co sprawdzał.

Na termometrze delikatny plus, z nieba pada chuj-wie-co. Wiozłem niedawno pewną Niemkę na lotnisko, w podobną pogodę. Spytałem, jak się nazywa połączenie deszczu ze śniegiem, po niemiecku. I czy w ogóle mają takie słowo. Oczywiście, że mają. Oni wszystko łączą w jeden wyraz. Wypowiedziała coś bardzo długiego i mega gardłowego. Na Niemców można liczyć, brak pytań. U nas mizernie. Więc pada takie chuj-wie-co.

Jestem na Kabatach. Kumpel pisze, że właśnie odszedł George Michael. Smutna wiadomość. Odpalam youtube, włączam mój ulubiony Dżordża. ‚You have been loved’. Chyba najsmutniejszy kawałek jaki znam. Smutna wiadomość, smutna muza. W nocy, akompaniamencie deszczo-płatków. Jest refleksyjnie max.

Przepiękne. Zawieszam się przez chwilę, topię, potem totalnie tonę. ‚Take care my love she says, you have been loved’. Kosmos odpływam. Dziękuję George, kimkolwiek byłeś.

Ostre ‚ting-ting’ wbija się w muzykę, gdzieś w połowie utworu. George Michael na telefonie zamienia się w krótkie, rzeczowe info: ‚Zlecenie przejazdu Uber.’ No żesz, nie dadzą wysłuchać. A konkretnie ona, Pasażerka E. Przyjmuję, w końcu w robocie jestem, a nie w filharmonii. Poza tym niedaleko. Po chwili podjeżdżam pod jeden z tysiąca bloków na Ursynowie.

Pasażerka E. otwiera tylne drzwi, wsiada. Adres docelowy: druga strona Wisły. Radio zmieniłem na RMF Maxx. Jakoś nie chcę pościelówy teraz. Grają Organka. Gdzie mu tam do Michaela. Ruszamy. Ja zamyślony, nawet nie patrzę, kto wsiada. Stado słoni by mogło wsiąść, nie zauważyłbym

Aż tu nagle śmiech. Taki, dziki, frenetyczny*.  To E. Krztusząc się ze śmiechu, mówi:

–  No nie, nie mogę, hahahaha. Absolutnie nie mogę, wysiadam. Kończymy kurs.

Oho wariatkę ogarnąłem. Myślę. Paweł, uważaj. Nóź może mieć, albo chociaż szalik. Na oczy mi zarzuci przy łuku, w latarnię przyjebiemy. Newsa na stołecznej zrobimy. Scenariusz lajtowy to: kluczy zapomniała.

–  Jak mogę pomóc, pani E. – jeszcze nie wiem, co los dla mnie szykuje, ona już tak. Jest trzy kroki do przodu, przede mną. Śmieje się dalej, ja zatrzymuję wóz. Przeczekuję jej śmiech.

–  To przez te perfumy, nigdy ich nie zapomnę – mówi, krztusząc się śmiechem nadal – wyrzuć mnie tutaj najlepiej. – E. przechodzi na ty. – Jedźmy. – mówi.

Nadal nie wiem o co kamon. No pijane dziecko we mgle ze mnie. Skończyć kurs tu i teraz? Wariatkę wyprowadzić? Najpierw sprawdzić sytuację. Usiłuję ogarnąć ją we wstecznym, bo zatrzymać auta chwilowo nie mogę. Już wyjechaliśmy na Pileckiego, a tam ruch, jak na złość o tej porze dość spory.

Pasażerka E. dziko śmieje się na tylnym. Nie jest w stanie wykrztusić zdania, łapię pojedyncze słowa. Że perfumy, że – niby ja?- że co. Życie jest dziwne.

Czerwone na rogu Puławskiej jak Anioł Zbawienia. To znaczy, że ratuje sytuację. Mam czas się zorientować. Zaciągam ręczny, odwracam się przez zagłówek. Wreszcie ją widzę. I poznaję.

Momentalnie wracają wspomnienia. Natłok obrazów, myśli, westchnień. Wanna w tyrolskim apartamencie, dzika gra w pokera nad ranem i jej sypialnia po cichu, bo koleżanka obok. Ile to lat minęło. Los szczerzy zęby w uśmiechu, i ja, i E. to nagle wiemy. Czy w sardonicznym uśmiechu, to się okaże.

Wiozę E. na Pragę. Milcząc gadamy. O pierdolach. Jej nowy chłopak-młodziak tam na nią czeka. Już przegrał, wiem. Ona też to wie. Ot, głupi los nas ze sobą spotkał tej nocy.

Tnę w pizdę. Jakoś tak, mimo woli. 2x czerwone przejeżdżam na Sikorskiego. Kurwa, nie jest mi wszystko jedno. A tak już było dobrze i poukładane… Szlag.

Wychodząc z wozu pyta mnie, czy jeszcze palę, jak dawniej. Tak, palę. Nadal raki hoduję. Coś nie chcą wyrosnąć. U niej też szczęśliwie posucha w zakresie stawonogów. Tak trzymajmy.

Papieros pod klatką na nocnym Grochowie. Kilkanaście kroków od jej mieszkania. Znam dobrze, po ciemku bym trafił. Droga z sypialni do łazienki, a rano do kuchni. Jej kot zawsze patrzył się na mnie z nienawiścią. W sumie wzajemną.

Dziś po latach, opcja awaryjna, tu i teraz, szlug na dworze. Oboje wiemy. Inna, ta najlepsza, nie wchodzi w grę, Przynajmniej teraz nie. Jjej chłopak zaraz tu będzie. Daję E. swój nowy numer. Pstrykam niedopałkiem w noc, przytulam na dobranoc, delikatnie całuję w usta. E. jest ciepła. Jest gorąca. Wygląda mega. Zazdroszczę kolesiowi.

Odsuwam ją, wsiadam do auta, zawracam na 3, powoli odjeżdżam w noc. Zobaczymy.

E. pisze zanim minę drugi szlaban.

 

 

__________________

 

* frenetyczny = wyrażający uczucie zachwytu, radosnego uniesienia, podniecenia; euforyczny, ekstatyczny, entuzjastyczny, owacyjny /za sł. j. pl./

Bardzo fajne słowo.

 

(Visited 1 299 times, 1 visits today)

3 thoughts on “E.”

  1. E. says:

    Uberridden

    Są takie momenty w życiu, kiedy dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanie i nagle masz wrażenie, że wszechświat na ciebie patrzy i się śmieje z daleka. I obserwuje co zrobisz. Czy odrobiłaś swoją lekcję? Tak jak egzamin. Albo niezapowiedziana kartkówka. Uczysz się- albo się nie uczysz- doświadczasz, i tu nagle bum. Sprawdzam. Pokaż czego się nauczyłaś.

    Taki nieoczekiwany sprawdzian, był wczoraj. Wracam w nocy od przyjaciółki, zamawiam Ubera. Idę. Wsiadam. I… wooow. Te perfumy – uwielbiam i nienawidzę jednocześnie. Ale co perfumy winne, więc raczej uwielbiam. Już mniej wspomnienia, które przywołują, bo to jedne z tych wspomnień pt. „Lepiej grzeszyć i żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło”.
    If you know what I mean…

    No więc już mam panu mówić, że ma bardzo ładne perfumy – zawsze lubię pogadać w Uberze…- ale myślę sobie „chwila… stop. Coś tu nie gra.”
    Sprawdzam pana profil. Imię się zgadza. Zdjęcie też…. i słyszę wybuch śmiechu wszechświata, wielkie Cosmic Giggle. A że śmiech jest zaraźliwy, zaczęłam również się głośno śmiać. Choć w oczach kierowcy wyszłam na wariatkę, bo
    a. nikt poza mną tego wszechświatowego śmiechu nie słyszał,
    b. pan mi się jeszcze nie przyjżał, nie poznał….

    No więc siedzę sobie tam, śmieję się jak szalona, mówię wciąż że nie wierzę, że wysiadam, albo nie, jedźmy i uwierzyć nie mogę w to co się dzieje. Bo już sporo lat minęło, jeszcze więcej się wydarzyło, po szalonej namiętności zniknęliśmy ze swojego życia i bardzo dobrze. No i wrócił – właśnie teraz, właśnie dziś, w najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy w moim życiu dużo się dzieje. Wierzę że nic nie dzieje się bez przyczyny, więc i ON pojawił się tu i teraz po coś.

    Dopiero po 5 minutach moich wariackich śmiechów zorientował się kogo wiezie. Było wesoło, pogadaliśmy trochę, co u mnie, co u ciebie itp. Jeszcze zapaliliśmy papierosa po podwiezieniu, bo czemu nie. Przyjacielski uścisk na pożegnanie, dał mi swój numer, zaproponował kawę. Czułam się całkiem nieźle, zupełnie zdezorientowana, logika przyćmiona dodatkowo sporą ilością procentów. Trochę mnie to spotkanie wybiło z równowagi, choć nie wiem czy „równowaga” to najlepsze określenie stanu, w którym obecnie znajduje się moje życie. Napisałam do niego. Ot z ciekawości, w sumie nie wiem po co, miałam jeszcze chwilkę samotności w domu, więc tak wyszło.

    Nie wiedziałam, czy chcę iść na tą kawę/drinka/cokolwiek. Przez głowę przeleciało mi tysiące scenariuszy. Żaden mi się nie spodobał, choć niektóre były kuszące jak cukierki. Czyli 5 min przyjemności a potem bóle żołądka i wyrzuty sumienia, że znów się obżeram….

    I słyszę pytanie od wszechświata z uśmiechem: „odrobiłaś lekcje?”
    Ego lubi być podziwiane, adorowane, lubi być zapraszane na drinki, na tańce (a ON świetnie tańczył…), lubi zabawę, szaleństwo, ryzyko. Pytanie za jaką cenę? Do jakiego stopnia?

    „Czy odrobiłaś lekcje…?”
    Jako że jestem raczej optymistką i szybko odganiam czarne myśli, to moja wyobraźnia już widziała tego kolorowego drinka w romantycznej scenerii, rozmowy aż po świt, świeczki, tańce, przytulańce, bajka, przygoda.

    „Czy odrobiłaś lekcję….?”
    Zaraz zaraz. Przecież już to przerabialiśmy… a potem wzywanie policji, kłamstwa wypowiadane maślanym wzrokiem, zbite lusterko w samochodzie, fałszywe obietnice, udawane łzy.

    „Czy odrobiłaś lekcje….?”
    Ale kto powiedział, że teraz byłoby tak samo…? Jestem w innej sytuacji, on w innej, wyrwał się z korpo, robi coś fajnego, pewnie zmądrzał. Nie żeby od razu do ołtarza, ale zabawić się chyba można…?

    „Czy odrobiłaś lekcję….?”
    Słyszę wciąż to pytanie. I szukam odpowiedzi, dyskutuję sama ze sobą. I czuję, że w pytaniu zawarta jest sugestia odpowiedzi. Życie jest niesamowite. Dziękuję za tą lekcję. Odrobiłam.

    Mam słabość, ale tym razem jestem silniejsza. Żegnaj P. Dziękuję, że byłeś, dziękuję, że znów się pojawiłeś, dziękuję za tą lekcję. Odrobiłam. Idź dalej swoją drogą, nasze drogi na chwilę się skrzyżowały, ale ani przez chwilę nie pobiegną równolegle. To już nie mój świat, nie moja bajka, nie mój cyrk. Dziękuję, że dzięki Tobie sobie to uświadomiłam. Życzę z całego serca powodzenia. Odrobiłam lekcję i jestem z tego dumna.

    <3
    E.

  2. mm
    Paweł Grott says:

    Rozumiem. Wciąż żałuję.

    Pięknie napisane.

    P.

  3. Asia says:

    Fajna historia. Fajnie jest mieć co wspominać.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider