Świat jest zły

 

Koło drugiej w nocy podjeżdżam na Plac Zbawiciela. Jedno z paru miejsc w Warszawie, gdzie nawet na początku tygodnia, nocami jest ruch. Czekam na pasażera Leszka w płytkiej zatoczce, na rondzie, tam gdzie Charlotte i Plan B. Czekam dość długo, na pewno więcej niż UBERustalone 5 minut, po których mogę anulować kurs i obciążyć klienta dychą opłaty za nieprzybycie na czas. Nie zależy mi na tych ośmiu złotych /uber też ściąga haracz z tej dyszki, a co, chociaż to nie on stoi o 2AM+ na Zbawiciela, tylko ja+meganka/, zamiast tego chcę, żeby pasażer wywiózł mnie tym kursem z centrum, najlepiej gdzieś daleko, na Bielany albo Tarchomin. Tam spokojnie prześpię z dwie godzinki, zanim rannych korpo-travellerów na lotniska, dworce zacznę wozić. Więc czekam, trochę ziewam i czekam na Leszka.

Najpierw krótka szamotanina, walka z ciężką kotarą wiatrołapu w drzwiach knajpy, jakaś krav maga z tą kotarą, czy co. Wyszarpują się zwycięsko z objęć kotary, już ich widzę. Ich bo Leszek nie jest sam. Z dziewczyną jest. Po czułości, z którą ogarnia pannę wnioskuję, że ich historia jest świeża. Może nawet przed chwilą się poznali, myślę. Na późniejszych etapach po prostu tak nie bywa. Bardziej koleś zasuwa przodem, odwraca się i przez ramię, do panny: ‚co się tak wleczesz, dawaj, nie widzisz, że taksa czeka?’ A potem, gdy już wsiądzie do auta czekamy aż laska do nas dodrepcze, on mówi: ‚skuła się, znowu, ja pierdolę, sam pan widzi’

Tymczasem Leszek czule ogarnia dziewczynę, ona wyraźnie tego potrzebuje. Jej nóżki w wysokich szpilkach, tańczą czaczę, albo innego gawota na oblodzonym Zbawicielu, Leszek balansuje ciałem, żeby ją utrzymać w jakim-takim pionie. Z przechyłami. Dosyć akrobatycznie to wygląda, gdy tak patrzę, normalnie Gwiazdy tańczą na lodzie, ćwierćfinał najmarniej.

Leszek otwiera lasce tylne drzwi, trochę wpycha ją do środka, bo łatwo nie jest. Pewnie na tym lodzie niełatwo, bo czemu inaczej. Zima, zdradziecka pora. Ortopedzi i blacharze się cieszą.

–  Oliwki! – krzyczy dziewczyna Leszka, gdy już wpadnie na tylną kanapę meganki, z dużym Łups! i zaczepiając szpilkami o próg, usiłuje zmieścić nogi. – Oliiiiiwki! Ja chcę oliwki! Zieloooone oliiiiiwki! – krzyczy. Już jedna noga w aucie, jeszcze druga, Leszek z drugiej strony, za mną.

– Będą, kochanie, oliwki. Obiecuję. Zielone, czarne, jakie chcesz. Nawet czerwone. – mówi Leszek i pocałunkiem zamyka jej usta.

Uratował sytuację, ten Leszek. Chwilowo, nie mam żadnych oliwek w megance. Są za to: żarówki H7, 5 litrów płynu do spryskiwaczy i kilka opakowań mokrych chusteczek do kokpitu. Plus fotelik do przewozu dzieci. I zgrzewka Neona. Parę płyt z murzyńską muzyką. Tyle z wyposażenia, marnie, ale to nie biznes klas, w końcu. Oliwek brak.

Odpalam kurs, nogi na pokładzie, drzwi zamknięte, ruszamy. Niedaleko, na Saską Kępę. Cóż. Para zajęta sobą na tylnej kanapie, nie widzę. Za to słyszę. Jęki prawie jak z pornhuba dochodzą, już po chwili, te wstępne jęki. Na bank świeża historia. Oj, będzie się działo, myślę, całą Saską obudzą, jak już dojedziemy, może i pół Gocławia.

Mylę się. Zanim podbijamy pod 4-piętrowy blok na tyłach Francuskiej, Leszek mówi do mnie.

–  Tutaj pani wysiada, my pojedziemy dalej, na Mokotów.

Jestem mocno zaskoczony, takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Już bardziej, że o orlena przy Paryskiej zahaczymy, po wino. I gumy. W sumie, nawet nieźle, już lepszy ten Mokotów. Parkuję pod adresem.

Długi pocałunek na do widzenia, panna wysiada. Tym razem Leszek jej nie pomaga, siedzi za mną, ona sama wyciąga te swoje szpilko-nogi z tylnego meganki. Rusza, tym drobnym czaczo-gawotem do klatki schodowej, po oblodzonym. Na dużych przechyłach. Już ruszam, gdy Leszek mnie powstrzymuje.

–  Pan poczeka, aż wjedzie na klatkę – mówi Leszek. – Chwilę to może potrwać, męża musi dobudzić. Bo kluczy zapomniała.

Wszystko jasne. Już wiadomo, czemu szarmant ze Zbawiciela był chamem na Saskiej. Nawet z auta nie wysiadł. Stary może filować, noktowizor przez szybę, bo ciemno, te sprawy. Albo detektyw R., w pleresce, za altanką śmietnikową, z dużym teleobiektywem. A później emisja Zdradziłaś mnie, w prime time. Niby #cenasławy, a jednak jakaś cierpkawa w smaku, rozumiem go. Już lepiej Notre Dame z miliona zapałek zbudować, dla tego splendoru, medialnego szału. Albo zaśpiewać cover beatlesów w idolu.

Mąż brzęczyk domofonu wciska, panna wtacza się, my odjeżdżamy. Jest happy end.

Przez dalszą drogę na Mokotów rozmawiamy z Leszkiem o ‚zarządzaniu uczuciami’ Umiejętnym przyciąganiu i odpychaniu, wielu podbojach Leszka. I o wolności rozmawiamy. Że najważniejsza i żeby się nie angażować, bo i po co.

Gdy dojeżdzamy pod apartamentowiec Leszka, mówi dziękując za kurs:

– No, teraz kolej na mnie. Moja musi mnie teraz obwąchać, po tej korporacyjnej imprezie. Haha. – wysiada.

Momentalnie mi jakoś te jego gadki o wolności, zarządzaniu uczuciami, bledną.

A może to zbliżający się świt, ten nad Warszawą, sprawia.

2 thoughts on “Świat jest zły”

  1. B. says:

    Może nawet przed chwilą się poznali, myślę. Na późniejszych etapach po prostu tak nie bywa. Bardziej koleś zasuwa przodem, odwraca się i przez ramię, do panny: ‚co się tak wleczesz, dawaj, nie widzisz, że taksa czeka?’
    No i właśnie to jest ten błąd. Brak pasji na późniejszych etapach. Pora umierać normalnie – bo związek żyć powinien 🙂

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Pełna zgoda, też tak uważam, żyć powinien. A jak nie, to faktycznie, pora umierać. I kończyć martwy związek.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł Grott

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider