Fioletowa serwetka. Część druga

Część druga.

W poprzednim odcinku. Flashback:

Statoil. Sprzątam. Wyrzucam. Zjebany. Zębaty kosz. Serwetka. Fioletowa. Kosz. Jednak nie kosz. Maciek zauważa. Czytam. Rubens. Czytam. Szóstka w lotto. Maciek woła.

Całość tutaj:

Fioletowa serwetka

 

_______________________________________

Podaję Maćkowi  kluczyki. Serwetkę chowam do kieszeni. Zadzwonię do tej Kasi później, w myślach ustalam plan, teraz na pewno już śpi, w końcu barbarzyńska pora. Może i lotek, taka duża szóstka w kumulacji, myślę. I żeby fajne cycki miała, wtedy lotto z plusem. D+. Kto wie.

Tylko, jak to możliwe, że w ogóle nie pamiętam tej Kasi? No za nic, za chińskiego smoka, za chuja wafla nie pamiętam. Fakt, że dużo kursów było, grubo ponad 20 tej nocy. Ale też fakt, Paweł, ogarnij się, kurwa przemęczony jesteś.

Po powrocie do domu, gdy już nieco ogarnę okolicę /odgruzuję, lepiej opisuje to ogarnianie mojego mieszkania po rannych powrotach/ wygrzebuję z kieszeni ten skarb, perłę wśród kamieni, diament znaleziony w gównie, moje lotto z plusem. Moje cycki D+ in-spe. Wyspę skarbów nieodkrytych, które ja, Robinson Cruzoe zdobędę. Fioletową serwetkę z kieszeni wygrzebuję, kładę przed sobą na stole. Zapalam papierosa, delektuję się chwilą. Oglądam.

Ciut wymięta jest, ta serwetka.  I ewidentnie ujebana czymś białym. Może jednak po rękawiczki pójdę, myślę, te obce białe plamy lekko gaszą podniosłość chwili.

Bądź dzielny, Paweł, myślę. Bądź jak Robinson, on nigdy w rękawiczkach, na tej wyspie. Bierz byka za rogi, serwetkę też za rogi, omijając to białe. Śmiało bierz i dzwoń. Do Kasi. Ona pewnie czeka. Spleciony warkocz rozpuszcza, z okna tego zamku, w którym zaklęta. A ja, jej nie pamiętam

Rozprostowuję serwetkę na krześle. Czytam jeszcze raz, z większą uwagą:

Cześć,
bardzo mi się spodobałeś, ale krępowałam się podejść. Albo patrzyłeś się na mnie, albo spoglądałeś na przebiegającą za szybą wiewiórkę.
Jeśli chęć odpowiedzi spędza, lub czujesz że będzie spędzać Ci sen z powiek, odezwij się.
Będzie mi miło – Kasia. (509-XXX-XXX)

Foto: Paweł Grott

 

Pierwszy odruch, łapię za komórkę, dzwonię. Drugi odruch, kurwa, jaka wiewiórka. I że nie pamiętam tej Kasi. Przez chwilę waham się. Zaplątany w odruchy.

Ten pierwszy odruch, jednak zwycięża. Wybieram 509-XXX-XXX, zielona słuchaweczka. Odganiam hasające w myślach wiewiórki. Te romantyczne-w-chuj. Po czwartym sygnale, słyszę zaspany, lekko chropowaty głos. Kobiecy. Jest dobrze.

–  Halooo – mówi Kasia, tym zaspanym. Dość niskim, gardłowym głosem, mówi, jak lubię. Mega seksownym.

– No hej, Kasia – odpowiadam, też na chrypie. Wychodzi mi bez problemu, raz, że znowu mnie przewiało. Taka robota, że wciąż przeziębiony chodzisz. Nie dość, że z ciepła w mróz kilkanaście razy na dobę, to jeszcze pasażerowie kichają, rozsiewają armie mikrobów w aucie. Tym razem, wyjątkowo jest mi to na rękę. Dwa, że ćwiczyłem chwilę, tę chrypę – Tu Paweł.

– Jaki Paweł? – pyta Kasia. Dosyć naturalne pytanie, spodziewałem się. W końcu ja, dla niej anonimowy. Wszystko pod kontrolą, jak trzeba. Tekst przygotowany zawczasu, ja szachista, dwa do przodu.

– Twój nocny wybawiciel. Ogarnąłem Cię dziś w nocy uberem – mówię. Intonacja Lindy, stylówa na: ‚Ty to stara dupa jesteś’. Przynajmniej, tak się staram. W końcu mi nie zależy, ot co, miliony serwetek znajduję każdej nocy, normalka w tym fachu.

Kasia zaskakuje mnie. I to totalnie. Z kolana strzela, w tę moją szachownicę, figurki rozwalają się po całym pokoju. Bez uprzedzenia.

– Że czym….? Poczekaj. Co to jest uber? To takie niby-taksówki? Coś słyszałam – pyta, szczerze zdziwiona. I dodaje – Co ty w ogóle pierdolisz, człowieku, rano jest, daj spać.

Zatkało mnie. Na takie pytanie po prostu nie ma riposty, na pewno tej celnej nie ma. Bo co, historię ubera, będę jej streszczał, że startup w dolinie krzemowej i że na pół-legalu w Polsce, za to cool, a taksówkarze protestują? Czy o pierdoleniu nad ranem, opowiem. Kula w płot, tak czy siak, figurki szachownicy rozsypane. Sardoniczny śmiech pionka nad królem.

Serwetka, punkt zaczepienia, myślę. Zamiast o uberze, czytam Kasi do telefonu tekst, który napisała. Już nie Lindą, w dupie mam intonację, czytam szybko, jak leci, żeby wyjaśnić sprawę. I dodaję, że serwetkę znalazłem pod fotelem. Sama prawda.

– Aaaa – mówi Kasia. I śmieje się do słuchawki, już obudzona. – ty taksiarzem jesteś, haha, ale jaja, musiał zgubić, ten typ, w taryfie.

I mówi mi swoją historię, długo, ze szczegółami. Tutaj flashback, redaktorski skrót. Opowiada Kasia:

Piątek. Impreza. Wiadomo. Psiapsiółki. Klub ‚Na lato’. Rozbrat 44. Kolorowe drinki. Plotki-ploteczki. Trochę muzy. Jakiś dens. Więcej drinków. Koleś przy sąsiednim stoliku. Ciacho. Brodaty. Z kumplem siedzi. Podejdę. Wstydzę się. Drink. Jednak ciacho. Podejdę. Jednak nie. Drink. Pora do domu. Brodate ciacho. Wiewiórka w tle. Drink. Chuj tam ze wstydem. Piszę. Serwetka. Wręczam. Zaskoczony. Taksa. Dom. Śpię.

No, do łez się śmieję, w trakcie tej jej opowieści. Normalnie, wszystkie wiewiórki świata.

Umawiam się z Kasią na kawę, następnego dnia. Chcę jej pomóc w odnalezieniu gościa, co tak jej świat zakręcił. Spotykamy się w którejś z kawo-sieciówek, w szklanej galerii handlowej, gdzieś na Pradze. Biorę dużą amerikanę, z zimnym mlekiem, dla niej jakaś jerba czy inne trendy-ziółko w w kubku na wypasie. W ogóle cała trendy ta Kasia, skórzane spodnie, czarny makijaż, Rozbrat 44, ten klimat. Totalnie nie mój. Chemii nie ma.

Razem przeglądamy w apce moje kursy z tej serwetkowej nocy. Chwilę to trwa, dokładnie 23 były. Namierzamy ten prawdopodobny, jedyny z Rozbrat, tej nocy. Nawet wydaje mi się, że przypominam sobie pasażera. Faktycznie, brodaty był. A może to tylko autosugestia? 3:17 start kursu. Finisz: 3:28, Mazowiecka. Czyli dalej, w tango gość poszedł, w pizdu. Plus serwetkę zgubił, a nie przy sercu schował, ten don kiszot. Marne szanse Kasi, tak myślę.

Mimo to, wysyłam wiadomość, przez apkę, do tego pasażera, że zostawił przedmiot w aucie. Jaki przedmiot? Pyta bezduszna apka. Kurwa, serwetkę napisać? Słabo. Z Kasią ustalamy odpowiedź, że ‚Bardzo cenny przedmiot’. Wpisuję, wysyłam. Kasia podekscytowana, ja raczej sceptyczny. Zobaczymy.

– Natychmiast, daj mi znać, jak oddzwoni. Koleś był taki, że… Plus jestem, ci megą wdzięczna, serio. – mówi. I uśmiecha się – Rachunek oczywiście mój, za te kawy.

Wyjątkowo nie protestuję, choć to wbrew moim zasadom. Żeby panna płaciła rachunek w knajpie? Słabe. Jednak nie protestuję. Może gość oddzwoni, a wtedy będę ich demiurgiem losu.

Efektem motyla, kurwa będę.

Może. Oby.

 

(Visited 790 times, 1 visits today)

2 thoughts on “Fioletowa serwetka. Część druga”

  1. fredzik says:

    dziś sobie przypomniałam o tej serwetce i ciekawość mnie zżera, zgłosił się czy nie po ten ”bardzo cenny przedmiot” ?

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Nie, nie zgłosił się. Serwetka nadal u mnie w szufladzie.
      Obok ajfona siódemki, ze zbitą szybką, ostatnio pozostawionego przez pasażera.
      Nawet i-ładowarkę pożyczyłem, naładowałem telefon, żeby mógł zadzwonić, jakby co.

      Jednak milczy.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider