Kominiarz

Ding-dong, ding-dong, ding-dong – dzwonek do drzwi. Akurat jestem w przedpokoju, ubieram się na cebulkę, ogarniam na nocne kursy. Bo zima szczerzy kły. Otwieram. Za drzwiami masywny typ. Opiera się stutonową łapą o framugę. Drugą napierdala w dzwonek. Nie znam gościa. Momentalnie zarzuca mnie słowami. Akcent warszawski /warsiaffski/, swojak.

–  Witam, witam, dzień doberek szanownemu panu, za guziczek szybciutko się łapać, kominiarz szczęście przynosi, wraz z kalendarzem na nowy rok – napierdala na jednym tchu i wpycha mi w łapy tekturę formatu A4.

Foto: Paweł Grott

No, gość żywcem wyjęty z kapeli czerniakowskiej, normalnie Stasiek Wielanek. Tylko frajer-czapki mu brakuje. Zaraz dołączą kumple z akordeonem i banjo, myślę. Impreza na klatce schodowej się rozkręci. Warsiaffska impreza. Sąsiad, ten od amstafów, na pewno dołączy. Git-człowiek, warszawiak spod nocnego.

Jakoś nie łapię tych klimatów  z Czerniakowa, przynajmniej teraz.  Do roboty idę, przed chwilą się obudziłem. Już raczej wkurwia mnie, ten typ.

–  Dziękuję panu, też dużo szczęścia i wysokich kominów życzę. – odpowiadam i zamykam drzwi.

Nie wiem, może niskie lepsze dla kominiarza? No, bo mniej roboty. A przy wyższych więcej. Więc, co lepiej? Mam zero pojęcia o kominiarstwie, to widać.

Kominiarz jest szybszy. Wsadza bucior w szparę drzwi, zanim zdążę domknąć. Zero szans na reakcję. But-błyskawica, Bruce Lee ze wstydu się chowa. Za śmietnik w dalekim Hong Kongu.

Przez chwilę mocujemy się z drzwiami. Ja chcę domknąć, on wręcz przeciwnie, otworzyć. Zgniły kompromis osiągamy, szpara w pół-zamkniętych drzwiach. Na szerokość kominiarskiego buta.

–  Ej, no coś pan, odpal grosza kominiarzowi – odzywa się typ przez tę szparę. Mruga konfidencjonalnie, nawet oczko puszcza przy tym. Na ile widzę, bo drzwi przysłaniają oko, te drugie. Więc może oboma mruga. Za to buciora nie puszcza. –  No wiesz pan, co by szczęśliwy rok był. Bo inaczej nie będzie.

–  Niestety, panie kominiarzu. Bez szans. Pod drabiną nie będę przechodził w tym roku, nieparzyście splunę przez lewe na widok zakonnic. Może się wyrówna.  A kasy nie mam, zatem żegnam. Wysokich kominów, do zobaczenia za rok. – mówię i staram się domknąć te jebane drzwi.

Nic z tego. Bucior kominiarza, weź tu domknij. Staram się domknąć, on wręcz przeciwnie. Mocujemy się. Trzeszczą ościeżnice, lekki fajt, z tymi drzwiami, robimy na czwartym piętrze. Po chwili odpuszczamy. Bo i sytuacja patowa. Jest remis.

Typ atakuje, szuka przewagi. Twardy negocjator, na Mirowie:

– Kominiarz bez grosza, rok do kosza. – Ot, taki sobie wierszyk, przez szparę w drzwiach zarzuca. I puentuje – No weź pan, poratuj kominiarza. Nie bądź pan pizda.

Z NLP ich szkolili, czy co? Takie drobne, kominiarskie szkolonko z neurolingwistyki. Już sobie wyobrażam. Zanim siądą w ławkach, wyciory zostawią przy wejściu, równiutko  ustawią te ich kulki na łańcuszkach, do wyganiania gniazdujących kawek. Potem ćwiczenia praktyczne, typu: ‚Weź tu i się sadzą nie upierdol’ albo: ‚Włóż but w szparę drzwi, gdy frajer zamyka’. Typ zza drzwi oba zdał celująco, widać.

–  Nie mam jak odpalić, panie kominiarzu – mówię – tego grosza. Serio. Bez grosza jestem.

Nie ściemniam, Wypłata z ubera dopiero za 2 dni, jestem jak Szkot. Pięciozłotówkę bym rozwalcował. W jadłospisie głównie kajzerki i jajka*. Poza tym nie lubię naciągaczy. Kominy u mnie w bloku z wielkiej płyty, że ho ho, akurat. Ten smog nad Warszawą produkują. Brygady kominiarzy im trzeba, do regularnego czyszczenia, normalnie. Niech spierdala.

Gość chyba wyczuwa, że na mecenasa Nowaczyka /erratum, mec. N. powinno być, z czarnym paskiem/  tutaj nie trafił. Choć adres mojej ulicy ten sam, co przewalona działka za milion milionów. Tylko kawałek dalej. HGW, pewnie myśli, pójdę sobie, bo mówi, tak:

– Nie musi być kasa, nie bądźmy materialistami. Pieniądz to nie wszystko. Tu chodzi o szczęście. Chociaż jakieś łakocie, słodycze pan da, albo co. Żeby ten rok, szczęśliwy, dla pana był.

I wyciąga buciora, z tej szpary.

Serio, tak mówi. Typ z Czerniakowa. Łakocie. Szczęśliwy rok. Metafizyka. Osłabia mnie.

– Pan poczeka, panie kominiarzu – mówię i puszczam klamkę. Kominiarz czeka pod drzwiami.

Mam w szafce zapomnianą paczkę kruchych ciasteczek, tych zębatych kółeczek, trybików grubym kryształem z Łap obsypanych. Sam tego świństwa nie jem. Dla oczekiwanych gości miała być, z pół roku temu w biedrze kupiona, jakoś tych gości nie było do dziś. Wyciągam z szafki w kuchni, wracam, podaję kominiarzowi.

–  Bierz pan. Szczęśliwego – mówię. – I obyśmy.

Bierze. I odpowiada.

–  Najlepszego nowego dla szanownego, kominiarz życzy. Na ten rok. 2017. Obyśmy.

Zasuwa z tą paczką biedro-krakersów na niższe piętra. Wiadomo, windą w górę, na dół z buta. Taki system, tak łatwiej. Kończę się ubierać, na tę cebulkę, wychodzę z bloku, idę do auta. Zmiennik już podbił.

Salvador Dali maluje obrazy w moich myślach, gdy idę po to auto, na nocne uberowanie. W tych jego obrazach wszystko na K, jak nic. Kominiarz i jego Kominy, w nich Kawki, Kalendarze, Kury i Kasa. Kruche ciasteczka. Zębate Kółeczka. Na nich cukier Kryształ z Łap. Posypany Kurwamać.

Może jednak nie Salvador, myślę.

Raczej Kafka. Bardziej pasuje.

_______________________________-

* A propos kasy i kur. W zeszłym roku było dość głośno o twicie Billa, tego Gatesa, że biedakom w krajach skrajnej nędzy poleca kury kupować. I tak rozkręcać biznes, stopniowo. Kura=>jajka=>więcej kur=>więcej jajek=>jeszcze więcej kur=>jeszcze więcej jajek=>/…/=>microsoft. Może też spróbuję sraki hodować. Tak, w wolnej chwili. Na balkonie.

 

2 thoughts on “Kominiarz”

  1. koper_cięty says:

    „Kominy u mnie w bloku z wielkiej płyty, że ho ho, akurat.”

    Przewody wentylacyjne są, a to też sprawdzają kominiarze 😉

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Prawda, prawda. Gniazda kawek usuwają.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider