Alkopanny. Akt drugi

Część druga.

W poprzednim odcinku. Flashback:

Piątunio. Zlecenie. Stegny. Czekam. Królowe nocy. Miniówy. Magda. Wiola. Bogna. Zapach. Muza. Hozier.  Śpiew. Kościół. Nie-kościół. Szeraton. King sajz. Telefon. Misiaczek Wioli. Psst. Konspira. Zoo-rozmowa. Podusia. Koniec. Ulga. Muza. Beyonce. Chłopaki śpią. Dyskoteka. Boczne wejście. Całusy.

Całość tutaj:

Alkopanny. Akt pierwszy

__________________________________

Ślą mi buziaki po wyjściu z auta, gdy tak idą do bocznego wejścia, przypalając papierosy i lekko chwiejąc na kostce brukowej w tych szczudło-szpilkach, opiętych na tyłku miniówach. Odjeżdżam.

Magda, Wiola i Bogna. Jeszcze je spotkam tej nocy.

I to całkiem niebawem, jak się okazuje.

Los sprawia, że krótko po drugiej jestem w okolicach Niepodległości. Przed chwilą skończyłem krótki kurs na Bruna i wracam do centrum. Łapię zlecenie, pod klub Park. Oho, już tam byłem dziś w nocy, przypominam te alkopanny z uśmiechem. Nie, prawie niemożliwe, że one. Raz, że za krótko by się bawiły, a wyglądały na profesjonalne imprezowiczki. Godzina zbyt młoda. Dwa, że to studenckie miejsce, ten Park. A pół studenckiej wiary uberem się wozi, po taniości. Dodaj do tego 1000+ kierowców ubera śmigających teraz po nocnej Warszawie. Potem szybko, w mózgu, wylicz te szanse, że one. Już u Urbańskiego, w milionerach łatwiej trafić. Na chybił trafił  strzelając. Na przykład w A, jak Alkopanny. Bez szans, że one.

A jednak.

Skręcam z Bruna w lewo, w Rakowiecką, przejeżdżam przez tory tramwajowe przy Orlenie, gdy ‚Ting-ting’, zlecenie. Trochę trzęsie meganką na tych torach, prawym kciukiem mijam się z kółkiem na samsungu trzy razy, zanim dotknę, zaakceptuję, po tych wirażach. Jest. Pasażerka Magda. Adres odbioru: Niepodległości, klub Park. Jeszcze nie kojarzę, kurs ze Stegien zamawiała Bogna, a z przejażdżki najbardziej zapamiętałem Wiolę. I to wcale, nie dlatego, że gadała ze swoim misiaczkiem, podczas kursu. Najkrótszą miniówę miała, to zapamiętałem.

Podjeżdżam pod klub. Chwilę to trwa, na samym skręcie z Niepodległości, bo pod Parkiem tłok, jak na statoilowej myjni przed Wielkanocą. Tyle aut. Uber-taryfa-uber-uber-taryfa. Staję dziewiętnasty w rzędzie, wrzucam awaryjne, olewam stalową nienawiść taryfiarza z Euro-taxi, tuż obok. Dosłownie stalową, bo wyrażoną słowami, przez szybę: ‚Ty lewusie jebany, wypierdalaj stąd, bo ci nożem opony poprzebijam’. Nie polemizuję, nie wypierdalam. Odwracam głowę. Chuj mi zrobisz, chojraku, a jeśli podejdziesz, będzie wesoło. Trochę sportu się przyda, po tych godzinach za kółkiem, nam obu.

Taksiarz jednak nie podchodzi, bierze dwóch gości, wtaczają mu się do oktawii, mocno najebani. Wisła z koncertem na pięć mostów, będzie grana, jak nic, myślę. Jutro chłopaki się zdziwią. Jak już kac minie. Nadal stoję, w megance na awaryjnych pod klubem, czekam na Magdę. I nadal nie kojarzę, że Magda, to one, te Alkopanny.

Zostały 2 minuty, zaraz anuluję kurs i odjadę. Uber naliczy 8 zeta, a ja dalej, w noc, kolejnych alkopasażerów w ciepłe pielesze. Ziewam, trochę się nudzę.

I gdy tak ziewam, to je widzę. I poznaję. Bognę, Wiolę i Magdę, z kursu z Kaspijskiej, jakieś 3 godziny temu. Wychodzą z klubu, przez boczne, a jak. W takim układzie je widzę, Bogna i Magda po bokach, Wiola pośrodku. Inaczej by nie dała rady. Psiapsiółki za kurtkę, tę skórzaną, wloką ją w stronę parkingu. Wiola przebiera miodnymi nóżkami w tych szpileczkach, na bruku. Wzrok ma raczej wbity w glebę, niż na ten parkowy świat, dookoła. No jakoś tak ma, Wiola.

W sumie rozumiem ją, na świat wokół nie ma co patrzeć. Bladożółte latarnie smętnie oświetlają bezlistne drzewa, na których stado wron robi beznadziejne: Kraaa! Wokół resztki szarego śniegu. Słaby widok. Już lepiej pod te zakabaretkowane, może coś się znajdzie. Jakiś banknot zgubiony, portret wąsatego Mieszka, wbity obcasem w śnieg.

Wysiadam z auta, żeby pomóc, szybciej będzie. Poznają mnie. To znaczy Bogna i Magda poznają, bo Wiola, w środku, nadal czubki szpilek kontempluje.

– Oooo, nasz przystojniacha! Heeeej, Paweeeeł! – krzyczą z lekką zadyszką, od tego ciągnięcia Wioli. – Drobną awarię tutaj mamy, koleżanka trochę się zmęczyła, tymi tańcami.

No jasne, że tańcami zmęczona. Bo przecież nie alkoholem. Tańcu pozwól żyć, w końcu, takie przysłowie, od dawien dawna. Przejmuję od nich Wiolę, kurczowo łapie się mojego blezera. I momentalnie potyka, leci do tyłu, ledwo ją łapię, zanim przywali w chodnik. Wiotka, jak po Pavulonie, normalnie. Jednak żyje, ciepła jest w dotyku. Tylko zmęczona, bidulka. Tymi tańcami,

Inaczej sprawę ogarniemy, decyduję, w końcu miszcz transportu jestem. Nie tylko kołowego. Lewę ramię pod plecy Wioli, prawe pod jej kolana, pod tę miniówę najkrótszą. Hop i już mam ją na rękach. Smukłe dziewczę, jak piórko. I wiotkie, to pomaga. Obejmuje mnie swoją prawą za kark, jej lewa bezwładnie zwisa, o kolana mi się obija. Taka romantyczna scenka, pod parkiem. Policzek w policzek, mocno przytulona. Coś bełkoce mi w ucho, o misiaczkach, jakichś kurwa królikach. Nieważne, #tosiewytnie.

Niosę ją w stronę meganki. Bogna -bądź Magda- otwiera tylne drzwi. Ja stawiam Wiolę, obok tych otwartych. Nadal wczepiona palcami w mój blezer, odpinam tę drobną dłoń, jak plasti-guziki w poszewce z Ikei. Klik-klik-klik. Palec po palcu, guzik po guziku. Pięć klików, już wolne. Pionuję ją, asekuruję. Wiola nadal pierdoli coś o zwierzakach, wionie mi tą perfumerią do ucha, przytula się. Odsuwam ją, opieram o dach meganki. Tylne drzwi otwarte.

–  Wsiadaj – rozkazuję.

Wiola reaguje posłusznie. Czytaj: wsiada, obcasy szpilek dzwonią o próg auta. Trochę jej przy tym pomagam, inaczej zamarzniemy tutaj. Bogna i Magda dosiadają się na tylną, z obu stron  Wioli. Nawet dobrze, będą ją asekurować, tę zmęczoną tańcami, myślę. Głową w szybę przy skrętach nie przyjebie, jak by co, tak bezpieczniej. Gorzej jak rzygać jej się zachce na skrętach, od wspomnień z tańców w głowie zawiruje, myślę. Do okna daleko. Najwyżej zahaftuje kolana psiapsiółek, ubarwi ich mikrospódniczki kolorowym haftem. A mi  uber naliczy* za sprzątanie wozu, pranie tapicerki. Także bez spinki. Ruszamy.

Adres: Mazowiecka. Czyli klubingu ciąg dalszy. Wiola z nimi? Jak to. Przez pięć minut kursu na mazo, nie odpocznie, po tych tańcach, nie ma takiej opcji. Zanim zapytam, Bogna rozprasza mój dylemat.

– My wysiadamy pod Enklawą, ty zawozisz Wiolę do domu, na Kaspijską, Paweł – mówi. – Ona zmęczona dzisiaj.

–  Yps! – wyrywa się Wioli. Czyli potwierdza. Że zmęczona.

Jasna sprawa, jedziemy na Mazowiecką. Przez murzyński rap, półsłówkami słyszę, jak rozmawiają, przez półprzytomną Wiolę, co pośrodku siedzi. I czka.

– Kozak impreza w tym Parku, no mówię ci. Tylko najebałam się opór – to Bogna – Ale czas zmienić klimat.

–  Ja też, kochana. Fantastycznie było. Nawet szybki seks w kiblu zaliczyłam, hehe – śmieje się Magda.

– Zaliczyłaś seks? – Bogna zdziwiona. I chyba zazdrosna, o sukces koleżanki – Z tym Markiem,  no tym w okularach, co nam stawiał te tekile, opór? 12 zeta za szota, przy kasie widać był.

– Noooo, Marek był mega, schrupałabym od razu. Ale nie, nie z nim ten seks. Z jego kumplem. No wiesz, z którym, tym brodatym,, co się przysiadł, tak póżniej. Pomóż kochana, nie pamiętam, jak się nazywał, haha.

–  Kurwa,ten w okularach? Jakoś na T chyba miał. Poczekaj, Tomek? Tadek?

– Też myślę, że na T. Coś mi dzwoni. Kurwa, najszybszy seks w życiu, normalnie miałam, w tym kiblu. Haha. Ochroniarz się dobijał, normalnie, czy nie ćpamy, a ja mu loda w tym czasie, haha, musiał szybko skończyć. Ale beka.

Dowożę je na Mazowiecką, wysiadają pod Enklawą. Zanim wysiądą, daja Wioli całusy, w oba policzki, z dwóch stron. Cmok-cmok. Wiola ożywa:

– Jak to ‚Yps!’ Że wy ‚Yps’ siadacie beze mnie? – pyta, na moment obudzona – Idę ‚ Yps!’ z wami.

– Zostań kochana, Paweł, nasz przystojniacha cię odwiezie do domu. Może nawet do sypialni, cię odwiezie – mówi Bogna. I dodaje, już do mnie – Prawda, Paweł?

Prawda. Zawiozę Wiolę.

Na Kaspijską.

Cdn….

Alkopanny. Finał

_________________

* Jeden z moich najkrótszych kursów był zarazem najdroższym. Ogarnąłem kolesia po nocy z Mazowieckiej, adres docelowy Świętojerska. Dosłownie z 2 kilometry, może mniej, Gdzieś na Miodowej, czuję nagły chłód w aucie. Szyba z tyłu otwarta. Gość rzyga na potęgę. Przez wpół uchylone okno. Niestety, nie do końca trafia. Część ląduje w środku. Hamuję z piskiem, wypierdalam go z wozu, gdzieś pod Ministerstwem Zdrowia, nomen-omen. Później robię zdjęcia tego pawia, wysyłam do ubera, opisuję sytuację. Kończę kursy, bo wali jak z murzyńskiej chaty.  Jadę do domu, idę spać, wkurwiony. Gdy się obudzę, widzę na telefonie przeprosiny od pani Martyny z ubera. Plus 150 złotych na moim koncie za ten kurs doliczone widzę. Od pasażera z karty ściągnęli, błyskawicą. Na czyszczenie. Profeska, ten uber.

(Visited 6 010 times, 1 visits today)

6 thoughts on “Alkopanny. Akt drugi”

  1. toopaji says:

    Polubiłem i dupa, nie wyświetla się.

  2. Dfhgd says:

    Strona chujowo dziala

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Jak to. Co nie hula.

      Paweł

  3. Piotr says:

    Nie ma treści aktu 2

    1. mm
      Paweł Grott says:

      U mnie jest:

      http://uberide.war-saw.pl/2017/02/13/alkopanny-akt-drugi/

      Może musisz polubić fanpejdż, żeby doczytać. Admin coś-tam wspominał.

      Pozdrawiam,
      Paweł

      1. Andre says:

        Pawle, nic a nic nie ma 🙁

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider