Walędrynki

 

Walentynkowa noc. Nadprogramowe UBERżniwa, bo we wtorek. Normalnie wtorkowa noc najsłabsza w całym tygodniu, a tu masz, taki prezent od kalendarza. I od Amerykanów, bo w naszej tradycji raczej noc Kupały, w czerwcu. Miasto pełne, mnożniki wysokie. Wszystkie kursy parzyste, samych lova-lova wożę. Wokół baloniki, serduszka, pluszowe misie, confetti zamiast śniegu. Klienci wyjątkowo nienajebani, lekko drinknięci najwyżej, po butelce wytrawnego do ryby dwoma widelcami, innych topinamburów. I na wysokiej kulturze: szarmanckich facetów w marynarkach, wystrojone laski, w krótkich spódniczkach, mimo mrozu, wożę. Takie romantico preludium do mocnego rżnięcia, wszystko w kolorze pink dziś w nocy. Cóż, konwencja.

#zarazsięzrzygam

Od tego różu.

Pod Aioli, na Konstytucji wsiada kolejna para. Numer 7 tej nocy, przerabiałem to, jak w kalkomanii. Ona w szpileczkach, kwiatki w dłoni, on elegancik, pod krawatem. Otwiera jej drzwi z prawej, przedtem odbiera bukiecik z jej rąk, żeby wygodnie się usadowiła na tylnej meganki. Sam siada za mną, błąd, myślę, mało miejsca na nogi, tu za mną, a gość wysoki. Przesuwam fotel, do przodu, zaraz czołem w szybę przyjebię, cóż, nie chcę psuć im tej walentychwili. Taka praca. Siódmy raz przesuwam.

Zanim ruszamy, wrzucam pościelówę z płyty. Specjalnie wziąłem, na tę noc, żeby profesjonalnie było, w Walentynki. Na ocenę w uberze pracuję, wiadomo. I nawet lubię, dla chwilowej odmiany, po tym gangsta’ rapie, co z reguły, u mnie w wozie.

 

Jedziemy. Adres docelowy, Giełdowa, niedaleko, ze 3 kilometry od Konstytucji. Anita Baker śpiewa, na tylnej śmiania-miziania odchodzą. Różowy balonik-serduszko obija się o szybę meganki, gdy skręcam w Raszyńską. Classic. Siódmy raz. I nieostatni, tej nocy, Paweł, myślę. I słucham Anity, zamiast ich miziań. Fajny ma głos. Też czarny, wiadomo.

Dojeżdżamy na bliską Wolę, już Giełdowa.  Zanim skończę kurs na aplikacji, dziewczyna z tylnej kanapy na chwilę urywa się pocałunkom, powstrzymuje moja dlon,  gasi moje koncowe dowi-życzenia* dla nich: ‚Udanej nocy’.

– Pan poczeka, tutaj nie kończymy. – mówi ona – Ja wysiadam, kolega jedzie dalej, na Stawki. Elegancik nie wierzy.

– Jak to? – odsuwa się od jej ust. – Najdroższa…

Jest wyraźnie zawiedziony.  Zaraz focha strzeli, myślę, w obrazę pójdzie. Te strojenia, inwestycje w topinambur, róże, baloniki, a tu wracaj chłopie na chatę? Nie umoczy? Jak to. Świat jest zły, już pisałem o tym.

Gość wybiera miękką drogę, jeszcze negocjuje. Jeden drink, na chwileczkę, te sprawy. Mój palec skutecznie zatrzymany, wpół drogi od zakończenia kursu. Niechaj i Stawki, myślę, dodatkowe 4 kilometry z Giełdowej, mnożnik wysoki.

Czekam. Finał znam, dużo na uberze jeżdżę.

Na nic negocjacje, laska twarda, jak grafen. Stoimy piątą minutę na Giełdowej. Ona, że nie pierwsza lepsza do wyjebania, chce pokazać. On, że miłość, dowód, te sprawy. Wszystko chuja warte, takie pozory, życie na niby, myślę. I tak zawiozę go na Stawki, pytanie kiedy. Z babami tak już jest. Czekam.

Po dobrych pięciu minutach, skąd wiedziałem. Panna  wygrywa, w tych negocjacjach. Może ma okres, a może tak po kobiecemu: ‚Buduje Trwały Związek Nie Na Seksie Oparty’ i, że ‚Nie Jest Łatwa’. A może, zwyczajnie, jej chłopak śpi w małżeńśkim tu, na Giełdwej, a ona  zaraz mu się wślizgnie, pod satynową, po szybkim prysznicu. To ostatnie obstawiam. Zresztą, bez znaczenia. Mimo inwestycji, szarmancik nie zarucha dzisiaj.

Po długim pocałunku, ona wysiada z auta.

– Wróć grzecznie do domu, wyśpij się, jutro się widzimy. Paaa… – śle mu całusy, przez ramię, gdy odchodzi w stronę bloku na Giełdowej. W ręku bukiecik, w brzuchu topinambur ma. Na ustach rozmazaną szminkę.

On śle jej milion całusów na  wyciągniętej dłoni, gdy panna znika z pola widzenia, wchodzi na klatkę schodową. Ostatni całus, na odległość, pod domofonem.

–  To co, na Stawki? – pytam, gdy panna już zniknie, na tej schodowej.

–  Pan poczeka chwilę – mówi elegancik.

Słyszę szelest z tyłu, gdy czekam tę chwilę. Szelest banknotów. Charakterystyczny, nie do pomylenia. Takie ‚Tsss-tss’, Chrobry z Jagiełłą, zarostem się ocierają. Aż iskrzy. Rachunek się zgadza.

– Zmieniamy kurs. Nie na Stawki. Do Sogo pan mnie zawiezie, na Jerozolimskie – mówi – Jak nie zaruchałem, to  przynajmniej sobie popatrzę. Jutro nowy dzień.

Jedziemy pod Sogo. U mnie, nadal #zarazsiewyrzygam.

Szlag, widać się czymś strułem.

Gość w podskokach, do kurwidołka.

Prawie natychmiast łapię kolejne zlecenie.

I dostaję różę.

Od Agaty.

________________________

* z reguły używam frazy: ‚Spokojnej nocy’, tak na pożegnanie. Spokój jest w cenie. Dziś, w walentynki,  ‚Udanej nocy’ bardziej pasuje. Jakoś tak.

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider