Antylopy i gepard

 

W nocy spadł świeży śnieg. Padało gdzieś tak do pierwszej, i to dość mocno.  Potem przestało, chwycił ostry mróz, wyszły gwiazdy. I łysy wyszedł, jak sierp na tureckiej fladze w moim ulubionym barze z kebabem na Woli. Nocna Warszawa posypana tym cukrem-kryształem, rozbłyszczona świątecznymi iluminacjami, wygląda nawet-nawet. W zasadzie, tylko taką ją widzę, moją Warszawę. Jej piękniejszą, nocną stronę. Bo ciemno. Tego co szpeci, nie widać. Tych odrapanych elewacji, brudu wiat przystankowych, szarych ludzi na szarych ulicach. W nocy można kochać to miasto.

I nie wkurwiać się na korki. Zawsze mnie bawi, gdy pasażerowie z tylnej kanapy mówią mi, gdy tak tnę z nimi pustą Marynarską, czy Niemcewicza na dużej piździe, po nocy. ‚O, teraz to można jechać’ – mówią – ‚bo normalnie, to panie, pół życia można przemyśleć, zanim do tych świateł przy Grójeckiej. Mój rekord to 45 minut’ Korki? W Warszawie? Nie wierzę. Robię blisko 90 tys. kilometrów po Warszawie, rocznie, a w życiu korka nie widziałem. No, może na Nowogrodzkiej, tak przed Parkingową, w weekendowe noce. I na Mazowieckiej. Po za tym zero korków. Idealne miasto. W nocy można je kochać.

Jestem na Białołęce. Spać mi się nie chce, Trzecia w nocy, dla mnie jak trzecia w dzień. Wiadomo, przestawiony. Człowiek to w końcu drapieżnik, chociażby po rozstawie oczu można poznać*. A drapieżnik, to nocne zwierzę. Jak wilk. Ma kły. Jadę przez świeżo spadły śnieg, na pusty parking pod centrum handlowym. Warunki idealne. Jeszcze tylko podgłaśniam muzę, tak na opór, i jest komplecik. Głośniki w megance ustawione na bas +7. Prodigy, ‚Breathe’. Uchylam lekko szybę. Chuj z mrozem. Oddycham, tym mroźnym, białołęckim. Ja-wilk, ja-gepard. Drapieżnik. Na pustym parkingu pod centrum handlowym.

 

Szaleńczo driftuję na pustym, ośnieżonym  parkingu. Przeguby w megance aż wyją.  Ufam, że z radości wyją. Bo ja tak. Zresztą, chuj z przegubami. Prodigy w głośnikach, opór. Breeeeeeathe. Tak, właśnie oddycham. Kółeczka robię, wariackie ósemki, na tym śniegu. O tak. Tak smakuje wolność. O trzeciej na Białołęce. #królżycia.

Przy siódmym, siedemnastym drifcie, łapię zlecenie. Akurat prawą dłoń mam na ręcznym, bo lewa na kierownicy, w maksymalnym skręcie kół. Sunę bokiem, chwilę trwa, zanim wyjdę na jako-taką prostą, przedtem odbijam kierownicą opór w prawo i opór w lewo, żeby wyrównać. Już wszystkie koła złapały kontakt z nawierzchnią, mogę zaakceptować to zlecenie.

Jest. Pasażerka Nadia, adres odbioru, Centrum Handlowe Głębocka. Te, po którego parkingu właśnie driftuję. O trzeciej nad ranem. Raczej nie z późnych zakupów wraca Nadia, myślę, wszystko martwe o tej porze, najbliższy nocny dopiero na Bródnie. Bardziej z nocnej inwentaryzacji, imię się w sumie zgadza, brzmi wschodnio. 12 zeta za godzinę to na Ukrainie upper-middle-class, wiadomo. Wchodzę w kolejny drift, telefon przy uchu, dzwonię do Nadii, nie mam pojęcia gdzie ta inwentaryzacja, a ciemnych sklepów wokół opór. Od A do Z, normalnie. Art Deco do Zary. Cały, kurwa, alfabet. Weź tu znajdź Nadię, wśród tych liter.

Więc dzwonię. I driftuję nadal.

– Halijo – słyszę w słuchawce. Czyli trafiłem. Wschód.

– Zdrastki Nadia, zdzies twoj ubierowiec, gdie ty żdajsz mienia. Czyli, gdzie czeka na mnie, ta Nadia. Błyskam rosyjskim, z ósmej klasy podstawówki zapamiętanym. Gorzej jak odpowie Puszkinem, wtedy za chuja się nie znajdziemy.

Osiemnasty drift.

– Nu, ja na pristanke na ciebie ciekam, pod Ikea – mówi Nadia, po ukrapolsku, na szczęście. – Gdie ty?

– Nu, ja driftuju na parkingie, widisz ty mienia, Nadia? – śmieję się w słuchawkę. Mam do niej z 500 metrów, w prostej drodze, przez parking gargantuiczny. Oczami wyobraźni widzę jej twarz, tej Nadii. Gdy tak rozgląda się po tych pustych hektarach, w dali dostrzega tańczące w śniegu auto. I myśli ‚Bladz. Maj uber-drajwer’.

Zaraz mnie zrzuci, normalniejszego weźmie, jest szansa, że na rodaka trafi. Nieważne. Robię kolejny drift.

– Da, widzu tiebia – słyszę w słuchawce. – Pakańczi te drifty i dawaj siuda, po mienia. Pod ikeu.

Wyjście, bokiem, na ślizgu, z ostatniego zakrętu. Na pełnej piździe podjeżdżam pod Nadię.

Wysiadam z wozu, otwieram tylne drzwi meganki.

–  Pażałsta – mówię, z ukłonem – Wsiadi.

Wsiada, śmieje się.

Jedziemy.

__________________

* Tak, po rozstawie oczu można poznać, odróżnić zjadalca trawy od zjadalca mięsa. Porównajmy antylopę i geparda, na przykład, taki czarnolądowy. Antylopa, zjadalec trawy, oczy z boku. Szeroko musi widzieć, dostrzegać zagrożenia na 360 stopniach. Nie wiadomo, ki chuj się tam w trawie czai. Pole widzenia oczu antylopy słabo się nakłada, więc widzi nie ostro. Wszystko jednym, wyłupiastym okiem. Ostrość nieważna, źdźbła sawannowej trawy i tak rozróżni, z bliskości, przy chrapach. Ważne, że widzi dokoła głowy. Najmniejszy ruch traw, na tej sawannie, i czmych! Już nie ma. antylopy. Gepard odwrotnie, oczy z przodu, nie wyłupiaste. Max 180 stopni ogarnia, tymi oczami. Za to na pełnym fokusie, widok antylopy z obu gepardzich źrenic nakłada się. Precyzyjnie, ją widzi, gdy tak się cicho skrada na miękkich poduszkach łap, gotowy do skoku. Pazury miękko schowane, w poduszki gepardzich lap. Czai się…

 

 

5 thoughts on “Antylopy i gepard”

  1. M. says:

    Uświadomiłeś mi, że z rok minął jak nie siedziałam w driftującym aucie 😮 Aż zatęskniłam…

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Spiesz się, z tym driftem. Zima się kończy. W przyszłym tygodniu na plusie. Starych górali, już w kościach łamie. Na wiosnę.

      Serdeczności,
      Paweł Grott

      1. M. says:

        Byłoby super zdążyć przed wiosną, ale to trzeba wyzdrowieć 😉

        1. mm
          Paweł Grott says:

          Mocno trzymam kciuki.
          Paweł

          1. M. says:

            Idź lepiej spać zamiast trzymać za mnie kciuki :*

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider