Alkopanny. Finał

Część trzecia. Finał

W poprzednim odcinku. Flashback:

Zlecenie. Magda. Nie kojarzę. Klub Park. Spina z taksiarzem. Nieważne. Ziewam. Widzę je. Alkopanny. Wiola. Zmęczona. Ogarniam. Do auta. Guziki z Ikei. Kurs na Mazo. Rozmowa w tle. Lód w kiblu. Anonimowy. Hahaha. Zazdrość. Nic straconego, noc młoda. Dziewczyny wysiadają. Nie wszystkie. Wiola nie. Kierunek Kaspijska. Z Wiolą.

Całość tutaj:

Alkopanny. Akt drugi

________________________________

– Zostań kochana, Paweł, nasz przystojniacha cię odwiezie do domu. Może nawet do sypialni, cię odwiezie – mówi Bogna. I dodaje, już do mnie – Prawda, Paweł?

Prawda. Zawiozę Wiolę.

Na Kaspijską.

 

Dziewczyny wysiadają pod Sketchem, znów ślą mi buziaki, przez ramię. Drobne déjà vu* mam. Sprzed trzech godzin, spod Parku. Po chwili widzę, że już jacyś kolesie do nich podchodzą przed klubem, zagadują: ‚Ej laseczki, dokąd wy, tak same, poczekajcie chwila. Do Sketcha? No cud normalnie, bo my też. Razem wbijamy, Bóg tak chciał’. Przypalają im papierosy. Przedstawiają się, całują w policzki.

I co z tego, że się przedstawiają, myślę. I tak nie zapamiętają tych imion. Ani one, ani oni. Laska w kiblu też nie pomoże, sperma nie Bilobil, na pamięć nie działa. Cóź, bez znaczenia. Złota tekila w Sketchu za więcej złotych niż w Parku, warto mieć znajomości, nawet anonimowe, nołnejmowe, może i lepiej, że takie. Bogna i Magda już ogarnięte, minuty to nawet nie trwało. W czwórkę stają w kolejce do Sketcha, w oczekiwaniu na tę selekcję.

Zostaję sam na sam z Wiolą, w megance.  W rozkosznym tête-à-têtes*, na Mazowieckiej. I w potężnym korku, dwa pasy zawalone taksówkami, trzeci co chwila blokowany, bo jakaś taryfa, uber, czy inne opti z przodu się zatrzymuje, żeby wysadzić pasażerów. Albo ogarnąć, tych poimprezowych. Wtedy cały ruch stoi przez parę chwil. Ogarnianie trwa dłużej, tym après* jakoś trudniej w drzwi trafić, bywa.

Tak stojo-jadąc, trochę się rozglądam. Na chodnikach po obu stronach tłok, wylaszczone laski, tani elegancicy, tu jakaś szarpanina, jakiś koleś maca pannę jak w grze wstępnej u Teresy O., obok ktoś rzyga, inny dopiero będzie, bo właśnie wywala wyniesionego z baru browara na szybko, na trzy łyki. Przed wejściami do klubów kolejki jak po te karpie, tuż przed wigilią. Ciuszki, pończoszki, adidaski, fatałaszki. Modnie-miodnie. Warsaw-by-night w kolorowej odsłonie.

Z tym tête-à-têtes z Wiolą, to trochę na wyrost, tak po prawdzie. Z konwersacji nici, bo Wiola dość milcząca. Nawet bardzo milcząca, werbalnie jest. Bo wokalnie nie do końca, jednak jakieś odgłosy z siebie wydaje. Regularne: ‚Yps!’, raczej słyszę. Zamiast rozmowy, podgłaśniam czarną muzę. Ulice Nowego Jorku, ulice Warszawy. Gangsta’ tu i tam. Mobb Deep leci. Piekło na ziemi. Kurwa, dosłownie, na tych chodnikach. Plus Wiola na pokładzie meganki, w romantycznym kursie na Stegny.

Po dobrych dziesięciu minutach, wyjeżdżamy z tej nocnej hels kiczen, skręcam z Mazowieckiej w Kredytową, dalej Jasną, Bracką i już Aleje. Gdzieś w okolicach ambasady amerykańskiej, moja cudna pasażerka z tyłu, przesuwa się w stronę lewych drzwi. Nadal milczy. Za to ten przesuw, dość jednoznaczny. Jedno-źle-znaczny. Ustawiam lusterko wsteczne tak, żeby widzieć jej twarz. I móc zareagować w porę.

– Będzie pani rzygać, pani Wiolu? – pytam. Wiola jakoś nie odpowiada.

Oho, wykolebałem ją, Wiolę, na tych wirażach na Trzech Krzyży, tam niebezpiecznie, bo najpierw skręt w prawo, z Brackiej, potem taki łuk w lewo, przy kościele, a potem znowu myk w prawo, w Aleje. I jeszcze przód-tył akcja potrafi dojść, jak światła przy Mokotowskiej zatrzymają. Plac Trzech Krzyży, istna zmora powracających, domyślam się.

Wiola nadal nie odpowiada. Zamiast tego widzę we wstecznym, jak kiwa głową, że nie, nie będzie rzygać. Lekko rozpaczliwie to wygląda. Wiola kiwa tą swoją główką, zamiast odpowiedzieć. A kiwa dlatego, że usta ma pełne. Więc i odpowiedzieć, nie może. Bo buzia aniołka pełna.

Momentalnie zatrzymuję się, przy skrzyżowaniu z Aleją Róż. Wiola przesyła mi, chyba, spojrzenie pełne wdzięczności. Takie momentalne, bo już za chwilę ręka przy klamce i haftuje, przez otwarte drzwi, na potęgę, wprost pod ambasadę Belgii, Brugii czy Brunei. Pod flagę kolorową, bruk upodabnia, do tych kolorów, na fladze. Ja czekam, na awaryjnych, w Alejach. Kolesia bym wypierdolił z wozu, Wioli jakoś mi żal. Po za tym zdusiła w sobie, wytrzymała aż się zatrzymam. Plusuje u mnie. Więc nie wypierdalam.

–  Już dobrze, dziękuję panu – mówi Wiola, gdy po dłuższej chwili zamknie drzwi. – Możemy jechać.

Ociera wierzchem dłoni usta, rozmazuje resztki karminowej szminki. Oby nie o kanapę meganki, ocierała, na szczęście wyjmuje chusteczkę. Przygotowana. Profesjonalna imprezowiczka, myślę. Chapeau bas*. Chusteczka to podstawa, do ocierania twarzy. W tym i w innych Wiolo-przypadkach, imprezowych.

Gaszę awaryjne i ruszam spod ekskluziw ambasady, ubarwionej haftem Wioli. Do Kaspijskiej mamy jeszcze z 5 kilometrów. Zanim dojedziemy, sytuacja spod Alei Róż powtarza się jeszcze trzy razy. Wiola, kolejno koloruje chodniki przed Urzędem Rady Ministrów, dawnym hotelem Hyatt, bo teraz Crown Plaza /dwie gwiazdy im spadły, przy tym rebrandingu/ i chuj-wie-gdzie, w szczerym polu przed Mangalią. Coś dla ministrów, dla turystów i działkowiczy. Sprawiedliwie dzieli, te hafty, myślę.

Dojeżdżamy na Stegny. Ostatniego rzyga Wiola rzuca zaraz po tym jak wysiądzie z meganki, pod samym blokiem. Tylne drzwi jeszcze otwarte, nie odjeżdżam. Czekam, aż skończy, złamana wpół, żal mi jej. Na pewno fatalnie się czuje, ja #miszczempatii zza kierownicy, współodczuwam. Jakoś się jednak nie ruszam, przytrzymać jej włosy. I tak ubrudzone na maxa, poprzednimi haftami, te słomiane Wioli.

Wiola wraca, znowu ocierając usta, resztki karminu rozmazując. I tekili. I niewiadomoczego jeszcze rozmazując, wolę nie myśleć.

-‚Yps!’ dziękuję – mówi. I zatrzaskuje tylne meganki, na dwie próby.

Przez chwilę patrzę na nią, na jej podkasaną miniówę, podarte kabaretki, na jedną szpilkę na stopie, drugą w dłoni, gdy desperacko, chwiejnie wspina się po pięciu schodkach do drzwi klatki schodowej bloku z wielkiej płyty na Stegnach. Jak na Kilimandżaro, wyprawa.

Wyobrażam, jak się szykowała, Wiola, jeszcze niedawno, na tę noc z psiapsiókami, te godziny przy lustrze, czy aby na pewno na bóstwo. I Bogna, i Magda, tak samo.

I jak je ogarniałem, z tej Kaspijskiej kilka godzin temu, moje trzy Królowe Nocy, pachnące gwiazdkową wyprzedażą w daglasie. Alkopanny.

To samo miejsce, inny czas.

Przypalam papierosa.

Odjeżdżam.

 

 

______________________

* na tych kilku zwrotach, kończy się moja znajomość francuskiego, niestety. Mega fajne te akcenty, nad samogłoskami mają. Chyba nieźle w tekście wygląda, więc wstawiłem, te drobne haute couture polszczyzny.

 

(Visited 3 761 times, 1 visits today)

4 thoughts on “Alkopanny. Finał”

  1. Karolina says:

    A czymże są te gry wstępne u Teresy O.?
    Świetne pióro, znam dokładnie takie alkopanny, Królowe Nocy 😉
    wszystkiego dobrego, à bientôt!

    1. mm
      Paweł Grott says:

      O Teresę Orlowski chodziło mi w tej frazie, można wyguglac, choc nie wierzę że trzeba. Dziękuję za życzenia i miłe słowo. Merci beaucoup.

  2. Andre says:

    Tak jak akt 2, tak i tu nic nie widać

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Ale gdzie? U mnie działa w porządku.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider