Malwina się jara

 

Początek grudnia, w Warszawie klasycznie, jak przez większą część roku. Czytaj zgniło-podmokło, mżyście. Plus wieje zachodni orkan, na termometrze rozkoszne plus jeden. O tym, że już przed-ranek przypomina zegar w megance i wzmożony ruch samochodów na ulicach. Bo szarówka dopiero za jakieś dwie godziny. Szczęśliwie wtedy już będę w domu, nie narażony na te zgniłe widoki. Pyszne świąteczne iluminacje na ulicach, wyglądają na żart sardonicznego Mikołaja, w tej pogodzie. Grube: ho! ho!

Piątek rano w tych okolicznościach, ja po nocce, jeszcze ostatni kurs zrobię i do domu. Wypocząć przed weekendem, UBERżniwami, najebańcami. Czekam pod Lidlem, na Kabatach, przy Stryjeńskich. Dobra okolica, na pewno zlecenie wpadnie, i to najpóźniej za kwadrans, wiem to. Zawiozę, pewnie na okęcie lub inny dworzec, a potem do domu spać. Jest plan.

Krótko przed szóstą ‚Ting-ting’, zlecenie. Pasażerka Malwina, odbiór z Ekologicznej. Wsteczny i jadę. Klientka schodzi po minucie. Jest bez walizki, dobrze, nie będę musiał wychodzić z wozu, bagażnika otwierać. Żadna przyjemność, w tej pogodzie. Ma ze sobą torbę na laptopa, kładzie ją obok siebie, na tylne. Classic.

W ogóle, cała jest klasyczna, jak ta warszawska grudniowa pogoda za oknem, o tej porze roku. Krótko obcięte włosy, biznesowy garnitur pod granatową kurteczką, do tego apaszka w burberry-kratę. Delikatny zapach perfum, nienachalny, zdynstansowany. DKNY, obstawiam. Nie przepadam.

–  Dzień dobry, panie Pawle – mówi Malwina – na centralny, poproszę.

– Jane, pani Malwino. O której ma pani pociąg? – pytam, jak zawsze, w podobnej sytuacji, gdy na któryś z dworców jedziemy.

Presję czasową, poziom stresu oceniam, warunki jazdy dopasowuję. Czy na pełnej piździe, czy na czilu mam jechać. Czasem wolę to pierwsze, nad ranem*. Lepiej budzi.

– Szósta trzydzieści – mówi Malwina. I dodaje – szybki wypad do Katowic. Przed piątą mam powrotny. Pracownicę jadę zwolnić.

Profesjonalnie od A do Z, myślę, zdążymy lekko. Jeszcze kawę, wypije Malwina w Costa, kanapkę ze świeżym sczypiorkiem, twarożkiem i łososiem z Norwegii do pociągu weźmie. Dla zdrowia. Plus piątkową wyborczą, do poczytania. Dla pewności kupi, w końcu wifi w InterCity, to loteria.

Biznes-Malwina. Haerówka /ejdżarówka?/. Time management. Tego nawet nie spolszczam. Profeska, to na pewno.

Tylko, jak to, pracownicę jedzie zwolnić. Tak tuż przed świętami? I czemu mi o tym mówi. Dopytuję, prowadząc na Rzymowskiego i patrząc we wsteczne, w oczy Malwiny. Te oczy błyszczą, dwa rozżarzone węgliki widzę, gdy parafrazuję jej słowa, dodając zapytajnik:

– Pracownicę jedzie pani zwolnić?

– No tak, zwolnić – Malwina się ożywia, jest wyraźnie podekscytowana. Przesuwa się bliżej mnie, na tylnym siedzeniu meganki, do przodu – Bo wie pan, to trochę jak z filmu akcji jest.

– Pani opowie, pani Malwino – mówię.

Malwina mocno podjarana, czerwień wbija na twarz, przez te pudry na profesce. Wygrywa z tym burberry, pod szyją. Oczy we wstecznym, już nie węgliki, bardziej lasery widzę, zaraz mnie oślepią. Laserowe miecze Luka Skywalkera i Darth Vadera, skrzyżowane nad delikatnym noskiem Malwiny, widzę, w tych oczach.

Opowiada dalej:

– Więc taka akcja, pan posłucha – strzela słowami, jak z kałasznikowa, opowiada przez zagłówek – Jestem starszą konsultantką w firmie #tosięwytnie, #niemamnaprawników, dział personalny. Mamy redukcje, trzeba oszczędzać, obcinać koszty. Dyrektor kazał, na zarządzie, taka cicha uchwała. Zeszło do nas, do personalnego. No to zrobiliśmy redukcje, zaplanowaliśmy. I zwalniamy, trzynaście osób w sumie, wszystkie dzisiaj. Zarząd klepnął dwa dni temu, ten nasz plan.

Urywa, śmieje się nagle, kontynuuje, przez śmiech:

–  Haha, pechowa liczba, no sam pan powie, że nie. Trzynaście, mieliśmy niezły ubaw, z tej ekipy pechowców, gdy tak układaliśmy listę do zwolnienia. Haha, luzerzy – nadal się śmieje. I kontynuuje opowieść – Później zrobiliśmy losowanie, kto do kogo jedzie, zwolnić, wszystkie te zwolnienia, dzisiaj, Ja wylosowałam Irenę, przedstawicielkę z Górnego Śląska, dziesięcioletni staż w firmie. Takie ciepłe kluchy, młodych nam trzeba. Więc od razu OUT! jedna z pierwszych na liście, wie pan, jak jest. Młoda krew robi wynik.

Kręci ją ta akcja bardziej, niż szybki seks, od tyłu, w przebieralni H&M w galmoku. To widać. Mokre majtki ma Malwina, to na pewno, gdy tak opowiada.

– No i jadę, do tych Katowic, na dworcu wezmę taksówkę, z Zabrza podjedzie jej kierownik regionalny. Pod aptekę na Kościuszki, ona ma być tam o jedenastej, tak zaplanowała. A tu taka niespodzianka ją czeka, po dziesięciu latach w firmie, haha. W życiu nie można gnuśnieć. Bo hop, i ktoś cię zaskoczy. Nawet jak nie będzie pod tą apteką, to i tak mamy wszystko pod kontrolą, na GPS-ie, ją widzę, gdzie jest. Nie ma opcji, nie ucieknie. Haha.

Słucham Malwiny, gdy tak trajkoce, podjarana. Nic nie mówię, czasem kiwnę głową, że słucham. W myślach zastanawiam się, czy nie zahamować z piskiem, nie wypierdolić pasażerki Malwiny z wozu, wraz z jej czarnym laptopem, tu na Chałubińskiego. Przedłużyć dziesięcioletnie szczęście lojalnej przedstawicielki Ireny, co na GPS-ie śledzona, o  jeden, przedświąteczny weekend. Bo o dłużej nie dam rady, przedłużyć tego korpo-szczęścia, jej białego aurisa, służbowej komórki, koprobonusów.

Rezygnuję z tej myśli. Wyrok już zapadł, w klimatyzowanej salce, przy Marynarskiej. Nic nie poradzę.

Dowożę Malwinę na centralny, z dużym zapasem czasowym. Kanapka z łososiem już na nią czeka, tam na dole, przy peronach.

Irena, w Katowicach pewnie się właśnie budzi, ogarnia dzieciaki do przedszkola, dzień jak co dzień myśli, dobrze że piątek. Za kilka godzin podjedzie pod aptekę n Kościuszki.

Malwina życzy mi udanego dnia, wysiadając.

Wylogowuję się, idę spać.

______________________

*Rekordzistkę #2 ogarniałem z Natolina, piętnaście minut przed odjazdem pociągu, też z Centralnego. I też około szóstej nad ranem. Bo zaspała. Problem w tym, że mega gołoledź była. Więc wszystkie auta poniżej 40-tki sunęły w stronę centrum. Pierwszy raz sam kazałem się zapiąć pasażerowi, na tylnej meganki. I modlić o zielone światła, na trasie przejazdu, kazałem. ‚Pani się modli, ja w slalomy, i tak szanse marne’ – powiedziałem. Jakieś chody, tam w niebiosach musiała mieć, bo tylko raz staliśmy na czerwonym, aż do Centralnego. I tylko raz, prawie przyjebałem na tej gołoledzi, gdy skoda na blachach LLU tuż obok przede mną, zdecydowała się zmienić na lewy, pod moje rozpędzone koła, bo czynną Żabkę zobaczyła, na Niepodległości. Na tej gołoledzi. O włos wyminąłem.

Dojechaliśmy w punkt, godzinę odjazdu pociągu. Następnego dnia, w aplikacji. ‚Zdążyłam. Dziękuję. G.’

O Rekordziście #1 napiszę oddzielny post, zasłużył.

6 thoughts on “Malwina się jara”

  1. Magda says:

    A to rekordzistą nr 1 nie był zaspany BORowiec pędzący na szczyt NATO?

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Haha, on w innej konkurencji na podium. Strzelanie-przez-zaspanie, albo jakoś tak.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł Grott

  2. Stefan says:

    Trzeba mieć dystans i nerwy ze stali. Ja bym chyba dał po heblach. Jeżdżę dużo, na trasie, ciężki tabor. Czasem mi się marzy tak po mieście, bo to kontakt z ludźmi, kultura jest się do kogo odezwać, nie taki survival z konserwą w tle. Ale chyba nie …jeszcze nie

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Polecam spróbować. U mnie codzienny kontakt z pasażerami, bardziej buduje wiarę w ludzi, niż odwrotnie.

      No, może z małymi wyjątkami, takimi jak Malwina. Wtedy, faktycznie, dystans bezcenny.

      Pozdrawiam,
      Paweł Grott

  3. fredzik says:

    takie ładne imię nie pasuje do korpoznieczulicy, jakby nie mogli sobie tego zajebistego planu wdrożyć po nowym roku

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Też mnie to zdziwiło. Mam te kilka lat korpo-doświadczenia za sobą i z reguły grudzień był okresem ochronnym. Listopad zawsze najgorszy, pod względem redukcji. Żeby być ludzkim i nie przed świętami ciąć, a jednocześnie już bez kosztów w noworoczny budżet wejść.

      W korpo Malwiny tylko ten drugi aspekt, jak widać.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł Grott

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider