Kusicielka

 

Czekam na Kamilę na Gocławiu. Jest kilkanaście minut po drugiej w nocy, w środku tygodnia. Blokowisko uśpione, nieliczne żółte prostokąty okien, chaotycznie rozrzucone wśród dziesiątek czarnych, bez żadnej reguły.  W czteropiętrowcu przede mną, tam gdzie adres odbioru, tylko jedno okno żółte, na drugim piętrze. Odgłosy melanżu dobiegają mnie stamtąd, gdy wychodzę z meganki zapalić, w oczekiwaniu na Kamilę, na tym nocnym Gocławiu.

Jakieś pijackie śpiewy, grube wrzaski, cienkie piski, zza szyb tego samotnie-żółtego okna, słyszę gdy tak stoję przy aucie, zaciągam się dymem. Noc spokojna, bezwietrzna, jeszcze lekki przymrozek trzyma, za to w ciągu dnia, już wiosnę czuć pełną gębą. Zakładam kaptur, spokojnie jaram.

Dzwoni telefon, to Uber, czyli pasażerka Kamila. Odbieram. Coś bełkoce. W tle muzyka, tłuczone szkło, jakieś śmiechy. Słabo ją słyszę, ona mnie nie mniej kiepsko. Dociskam samsunga do ucha, do bólu. Już wiem o co chodzi Kamili, po co dzwoni. Żebym poczekał ‚chwilunię, chwilusię’. I, że płaszcza, akurat szuka. W tle naszej rozmowy właśnie pierwsze takty sokołów, chóralnie.

Tak, tak, Kama, myślę, wal kolejnego drinka, na spokoju, ja poczekam, jak zwisły parasol tu pod blokiem. Nie sądzę.

– Ma pani trzy minuty, potem odjeżdżam. Także szybko, ten płaszcz – bezlitośnie ustalam zasady gry, zanim odpowie, rozłączam. Sztacham się aksamitnym, lekko słonym dymem, zamyślam. Jak to kurwa, możliwe, że te oceny, twoich pasażerów za kursy, Paweł, obijają się o 5 gwiazdek. Sam sobie, bym nigdy nie dał, never. Kierowca-cham, normalnie, widać chamstwo w cenie, takie czasy.

Po niecałych dwóch minutach, słyszę stukot szpilek, na asfalcie nocnego Gocławia. Znacie to, samotny stukot, takie nocne nóżkami przebieranie. ‚Tik, tik’, co wszystkich facetów na alarm stawia, z daleka. Zwłaszcza, że bez towarzyszącego ‚Szur, szur, człap’, to ‚Tik tik’brukowych szpilek jest.

Pstrykam niedopałkiem w gocławski błoto-trawnik, pewnie w jakieś psie gówno trafiam, przedwiosennym słońcem znalezisko wydobyte. Szanse większe, niż że w nagietka, innego przebiśniega, krokusa. Szczęśliwie nocą nie widać. Świat jest piękniejszy nocą.

Otwieram jej drzwi meganki, gdy podchodzi Kamila, te tylne. Ja, nocny chauffeur. Od siedmiu boleści. Kamila lekko odsuwa mnie, dłonią.

– Przednie pan mi otworzy, panie Pawle – mówi – Lubię od przodu.

Jest mocno wstawiona, zatacza się na bruku, przytrzymuje mojej kurtki, gdy zgodnie z życzeniem otwieram prawe przednie meganki. Blond włosy, jasne uda Kamili rozświetlają mrok nocnego Gocławia, jak tak wsiada. Już w środku. Zatrzaskuję jej drzwi, obchodzę przodem megankę, do swojego fotela. Kamila patrzy na mnie, uśmiecha się, gdy już jestem w aucie. Prawą ręką poprawia blond-włosy, lekko rozchyla uda i mówi wełnianym głosem:

– Drinka zostawiłam, tam na górze. Tak się spieszyłam się do pana, panie Pawle – nadal poprawia, tę swoją burzę jasnych włosów -Widzę, że warto było, zostawić.

– I słusznie, pani Kamilo, że pani się spieszyła. Zaraz bym odjechał. Nie płacą mi za czekanie – jakoś nie podejmuję tego alko-flirtu, nie tego mi teraz trzeba. Odpalam aplikację, kurs krótki, niecałe 3 kilometry, potwierdzam adres – Na Saską Kępę jedziemy?

– Tak, Saska Kępa. Blok numer 13, trzecia klatka, drugie piętro, mieszkania 84 – recytuje Kamila, jak z kartki, pomimo zamroczenia. I dodaje – najlepiej od razu do sypialni, z przedpokoju mam w lewo.

No, ileż można, te włosy poprawiać myślę, machać udami. I jeszcze to, myślę: sypialnia w lewo, a pościel w serduszka. Reprodukcja Podkowińskiego, istny Szał na istnie czarnym koniu nad wezgłowiem. Albo bezwstydne kalie w tanim passe-partout z Ikei. Wyobrażam sobie. Ładna jesteś, ale nie poszalejemy, Kamila. Kary rumak dla Ciebie jednak nie dziś, nie ze mną, myślę.

Podgłaśniam muzę, w głośnikach akurat Heltah Skeltah, taki tekst leci:

”… All y’all bitch niggas can suck my dick
Cliks, posses, crews and clans…”

Całkiem #nastrojowo.

 

Jedziemy z Kamilą przez nocną Pragę, murzyńskie duo nawija w tle. Ona macha nogami, te włosiska poprawia, pachnie fajnie, moją ulubioną, słodką mieszaniną tanich perfum, szlugów i wódki. Czuję jej wzrok na sobie, gdy staję na światłach, na Fieldorfa. Ja nic, twardo wlampiam się w sygnalizator, czekam na zielone. Serio, nie mam ochoty, choć sygnały wysyła oczywiste.

Już zielone, na Fieldorfa, jedziemy. Zaraz Saska Kępa.

Gdy już jesteśmy pod uśpionym blokiem na Saskiej Kępie, gdy już zaparkuję pod trzecią klatką, a czarna muza jakoś akurat wybrzmi i cisza w megance, Kamila podejmuje ostatnią próbę. Tak, na dobranoc, zanim mignie jasnymi udami, blond-burzę ostatni raz poprawi. I wysiądzie, forever.

– Podaj mi dłoń, Paweł – mówi, nagle na ty przechodzi. I wyciąga drobno-kościaną prawą, do mnie. – Chcę ci podziękować za kurs.

Czuję ciepło jej dłoni, gdy podaję moją prawą dłoń. Lewą odsuwam pijane usta Kamili, gdy zbliża twarz do mojej, rozchyla wargi, zamyka oczy.

– Idź do domu, Kamila, wyśpij się – mówię. – Już zaraz nowy dzień.

 

Chwilę patrzę na jej tyłek, gdy odchodzi, w burzy jasnych włosów.

Potem odjeżdżam, wyspać się.

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider