Opowieści z ramki. Luiza gotuje grzyby

 

Nad ranem  kończy się paliwo. I u mnie, i w megance. Zajeżdżam na statoil, tankuję do pełna, diesla wlewam, pod sam korek. Dwie-i-pół stówy, pojemny, głodny bak, żesz. Ja dużo tańszy, do wykarmienia, tylko szesnaście złotych, za Marlboro, w miękkiej.

Palę, sino-błękitny dym w płuca garnę, jak ambrozję. Wgapiam się, na zdjęcie na ramce. Powoli rozumiem, ogarniam tę historię.

 

Trudną, smutną historię widzę na tym zdjęciu, w tle, z morałem. I napis, wcale niejednoznaczny pod spodem, za to wyraźny: Rzuć palenie – masz dla kogo żyć.

‚Rzuć pielenie’ – powinno, jestem pewien, chochlik drukarski namieszał, autokorekta w Wordzie zmieniła, przy edycji. Zdarza się i to najlepszym. Paradoksalnie najłatwiej przeoczyć, gdy większymi literami napis, śródtytuł.

Ale, ale, zacznijmy od początku.

Bladawy koleś koło czterdziestki, ciut podobny do jeszcze-prezesa mojego klubu, więc powiedzmy, Bogusław, leży. Głowa Bogusława oparta o stalowo-błękitną poduszkę, dłonie w małdrzyk splecione, na brzuchu. Może trzyma pilota do Eurosportu, w tych dłoniach, a może nie. Do końca nie jest pewne, bo kadr lekko ucięty.

Dla historii nieistotne, czy trzyma, jedno jest pewne. To szpital, a Bogusław, na zdjęciu, umiera.

Przy nim panna, około dwudziestoletnia. Świeża twarz, po męsku na boczek przyczesana, w centrum kadru, niech będzie Luiza, jastrzębim wzrokiem wbija się w nozdrza konającego Bogusława. Czy jeszcze oddycha, Bogusław, czy już nie, sprawdza. Niecierpliwie czeka.

Na karku Luizy, głowę opiera ich córka, Ania, w wieku lat siedmiu. Ania spokojnie odpoczywa, po szkole. Mama zabrała ją ze świetlicy wcześniej, bo to ważny dzień, tak powiedziała mama. Ostatni raz zobaczysz tatę.

Luiza wspomina, gdy po raz pierwszy zobaczyła Bogusława, siedem lat temu, niewiele lat więcej miała, co Ania teraz. Bogusław przyjechał wtedy wypasionym merolem pod gminną szkołę, w Bukowie, akurat wychodziła z wuefu, zajęcia się przeciągnęły, rzut piłką lekarską. Parę razy już widziała, tego pana w aucie, pod szkołą, gdy kończyła lekcje. Zawsze proponował podwózkę, nigdy się nie godziła, w domu rodzice przestrzegali, przed nieznajomymi.

Tamtego dnia, nie zdążyła na pekaes, w centrum Bukowa, wsiadła do czarnego mercedesa. ‚Bez gwiazdy, nie ma jazdy’, powiedział pan za kółkiem, śmiała się wtedy, pamięta. Poczęstował otwartą colą, z butelki. Wypiła zachłannie, bo po wuefie okrutnie chciało się pić. A w domu, rodzice coli nie pozwalali.

Potem nastała ciemność, dalej Luiza nie pamięta nic.

***

Gdy okazało się, że jest w ciąży, a rodzice wyrzucili ją z domu, bo wstyd na całą wieś, zamieszkała w gminnym domu opieki społecznej. Po dwóch latach odezwała się do Bogusława, ten zachował się nawet, nawet, całkiem fair.

Zatrudnił ją w swoim agro-gospodarstwie pod Bukowem, do pracy przy truskawkach, w szklarni, przy pieleniu. Nawet podwójną stawkę jej dał, czasem jakieś premie, gdy kupcy z Holandii gotówką płacili. ‚Masz na Anię, kup jej coś’ – śmiał się i rzucał stówkę, pod krzaczki truskawek. Luiza zbierała.

Długo dojrzewała w swojej decyzji. Trwało to pięć lat. Rozważała siekierę, ogrodniczy sekator, nawet grabie. W końcu zdecydowała się na grzyby, od dziecka nie lubiła widoku krwi, zwłaszcza na grabiach, obrzydliwe.  A na grzybach się przecież znała, niezbędne do wykarmienia, późnym latem, gdy nie ma truskawek. Czyli grzyby, te blaszkowe.

Przedwczoraj zaprosiła Bogusława, na domową grzybową. I coś jeszcze – dodała z figlarnym uśmiechem. Przyjechał o dziewiętnastej, punktualnie, do jej pokoiku w domu opieki. Byli sami, Anię oddała do koleżanki, wszystko dograne. Z zimną satysfakcją patrzyła, jak Bogusław je zupę, prosi o dokładkę. Potem rozebrała się, jak chciał, położyła na cienkim tapczaniku.

***

A dziś jest tutaj, w szpitalu, jastrzębim wzrokiem wbija się w nozdrza konającego Bogusława. Już niedługo.

Rzuć pielenie – masz dla kogo żyć. Żyj dla Ani.

Zemsta Luizy ma smak coli, gorzkawej.

I grzybów.

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider