Dziewiątka

 

Pod modną-miodną knajpą na Mokotowskiej wsiada Artur z dziewczyną. Dziewczyna petarda, jak z okładki Vogue, widzę od razu, Szczupła szatynka, długonoga, szpileczki, rajstopki, minióweczka, wylaszczona-wypachniona. 9 na 10 jej daję, lekko, wcale nie nazbyt hojnie.

Panna w  dłoni trzyma różę, co najmniej metrową, taką krwisto-czerwoną, błyszczącolistną, na grubej łodydze, ogolonej z kolców. I ze wstążką. Arcydzieło kenijskich, czarnoskórych mistrzów kwiaciarstwa, równikowym słońcem ogrzana, deszczem tropikalnym odżywiona, dogorywa w ręku dziewiątki na wczesno-marcowym chłodzie Mokotowskiej, ta róża. Wwąchuje się w płatki, coś tam nawija do kolesia, obok.

Aha, bo jest i koleś, po chwili dostrzegam, zapatrzony w szatynkę. Stoi tuż przy niej, wystrojony, figo-fago, żolipapa. Sztruksiki, biała koszulka, marynareczka, spod płaszczyka trzy-czwarte. Idealny blond fryzik od Jagi Hupało, innego Wróblewskiego. Doinwestowany. Z godzinę spędził przed lustrem, Artur, zanim na randkę, najmarniej. Przygotował się.

Właśnie szarmancko otwiera pannie prawe tylne, upewnia się, czy zmieściły się, te dwie piękności, szatynka i róża, na tylnym meganki.

Oho, znam te klimaty, pierwsza randka, mucios romantikos, jak nic.

Artur obchodzi auto z tyłu, otwiera drzwi pasażera i siada, za mną. Tu błąd taktyczny, kolego, popełniłeś, bo za mną, w megance ciaśniutko, teraz na dyskomforcie pojedziesz, myślę. Jednak twardy zawodnik, z Artura, niezauważalnie jęknięcie tylko wydaje, gdy sztruksowe kolana w mój fotel wbija, nie komentuje nic a nic.

Zamiast tego, na full uśmiechu podaje mi kurs:

– Na Kabaty pojedziemy, na Wańkowicza – mówi Artur do mnie. I odwraca się do panny, błyska białymi zębami i elokwencją, z ósmej podstawówki skojarzenie wytacza – do Melchiora, haha, cię zawiozę.

– Nie chcę do żadnego Melchiora – żacha się panna, na poważnie – chcę na Wańkowicza, tam mieszkam. Jeszcze mało się znamy, Artur.

Zerkam we wsteczne, może jakiś żart, tylko tak serio powiedziany, dla wzmocnienia efektu. Ani śladu, na ślicznej twarzy szati, full powaga, lekkie wkurwienie, już raczej. Artur zaczyna tłumaczyć, powoli, uspokajać, że Wańkowicz i Melchior to jedno i to samo. I że do jej domu jedziemy, tej różanej, nie na dzikie sex-party, u Melchiora.

– Nieważne – przerywa panna, wpół słowa Artura – co innego chciałam ci opowiedzieć, Artur. O mojej koleżance z pracy, tej co zaczęłam mówić. przy kolacji. O Anicie. Bo ciekawa historia, posłuchaj. No więc, ta Anita, to straszna suka jest, wiesz. Ona myśli, że jest ładna, ale gdzie tam ona ładna, pudło-lafirynda, zrobiona cała, znasz takie, pustak straszny. No i ona, ta Anita, no chyba chce mnie wygryźć, bo ja, mnie, rozumiesz, to wszyscy lubią, i prezes i klienci, no i w ogóle, a ta Anita, to zazdrosna. Do mnie niby taka przyjaciółka, kawki-srawki, więc uważasz, ona to wszystko robi, żeby mnie wygryźć, na przykład ubiera się, tak wyzywająco, wiesz jak, Artur, żeby prezes przyuważył, no i najgorsze, że w ten piątek, co był ostatnio, ja się trochę spóźniłam do pracy, no bo kredka do makijaźu mi się złamała w łazience, taki pech, no i jak weszłam do tej pracy, nie to że bardzo spóźniona, ale trochę tak, bo ta kredka, sam rozumiesz, Artur, no to ona już tam była i nie uwierzysz, z tacą leci do prezesa, że kawka gotowa, i jeszcze że rafaello tak dołożyła, od siebie, rozumiesz, żeby piątek osłodzić prezesowi. Więc ja, jak to zobaczyłam, no normalnie, zagotowałam się cała. Ale nic, ja po cichu, nie wygryzie mnie ta flądra, wiesz Artur, bo ja to umiem, tak, po cichu, zatem potem….

Napierdala, normalnie jak katarynka, ta miodna Dziewiątka za moimi plecami, obok Artura. Wyłączam się, tępo patrzę w pasy jezdni, na Sikorskiego. Ma talent, dziewczyna, nie tylko nogi. Oczyma wyobraźni widzę Fifty-centa, co chowa się, zażenowany, przegrany w tej bitwie na słowa, z Dziewiątką. Ciekawe, czy Murzyni się czerwienią, ze wstydu, w sumie. Może bledną. Sprawdzam w Dr. Google.

http://www.samosia.pl/pokaz/1115301/jak_czerwieni_sie_murzyn

Czyli bledną.

Artur nie blednie, raczej słucha i to aktywnie. Dopytuje, gdy może. Udaje, że wciąga, go ta złamana kredka: ‚Co za pech, a jaki miała kolor?’ i prezesowskie rafaello: ‚O tak, wszyscy mężczyźni, lubią słodycze’. Po za tym potakuje, pomrukuje: ‚Hmmm’, ‚Taaaaak’, ‚No co ty powiesz’ Czasem ‚Mów dalej, kotku’ dodaje Artur. Podziwiam go, chyba. Choć raczej nie. Zdesperowany, myślę. I tak, nieźle wytrzymuje, tę paplaninę Artur. Pierwsza randka, ma swoje prawa, widać. Na kolejnych zajebie, obcasem tego modnego bucika, myślę.

Dojeżdżamy na Kabaty, pod adres docelowy. Potok słów Dziewiątki nadal trwa, tandetne biuro-romans-story, z prezesem w tle, szuka swojej puenty. Artur też szuka, swojej puenty, zatem ogarnia pannę, pomaga jej wysiąść. Trochę przesuwam fotel, żeby łatwiej było. Ależ ona ładna, tyleż co głupia, myślę, oblukując ją, gdy wysiada.

– Pan poczeka, na mnie, chwileczkę – mówi Artur, gdy już miodne uda Dziewiątki mignęły przelotnie, wyśmigane z tylnej meganki, na kabacką wolność – odprowadzę dziewczynę, do bramy. Pożegnam się, a potem zawiezie mnie pan, do domu.

Okej, czemu nie, myślę. I wychodzę z wozu, zapalić camela, nadal rozmyślając nad pseudo-urokami tych pierwszych randek. Artur, tymczasem, gdy jaram, odprowadza panne, pod furtkę, trochę służy ramieniem, bardziej niespecjalnie namiętnie, z pół metra nad tyłkiem, dłoń trzyma, bezpiecznie. Wiadomo, pierwsza randka. Dziewiątka nadal nawija, mu w ucho.

Szybkie, nieśmiałe, pierwszorandkowe muśnięcie policzek-o-policzek, dziewczyna znika za furtką, a Artur już z powrotem, u mnie, każe się zawieźć do domu . Na Bielany jedziemy, czyli z powrotem do centrum i jeszcze drugie tyle, co na Kabaty. Się chłopak wykosztuje, tym podwójnym kursem, inwestycja, wiadoma rzecz, myślę.

– Ja pierdolę, co za kretynka – mówi Artur, znienacka – i te historie z mchu i paproci, aż mnie ucho boli. No żesz kurwa, na następną randkę stopery założę, normalnie.

– No Einsteinem w spódnicy to raczej nie jest – zgadzam się, z Arturem – ale z wyglądu fenomenalna, gratuluję panu tego tematu.

– No właśnie, przezajebista, niestety – mówi Artur, zamyślony – Tylko, że taka cnotka-niewydymka, raczej. Nawet zapalić mi nie pozwoliła, bo: ‚Ja nie akceptuję nałogów, Artur’ powiedziała. I chuj, 3 godziny na głodzie. A ona paple i paple. Myślałem, że zwariuję.

A po chwili:

– Pan zatrzyma tutaj na chwilę, szybko spalę i jedziemy dalej, dobrze?

Staję w zatoczce, przy Rosoła. Artur wysiada, ja też. Sztacha się głęboko, nadal zamyślony. W końcu twarz mu się rozjaśnia, wypuszcza dym i mówi:

– Mam plan, do teatru ją teraz wezmę, tam trzeba być cicho. A potem myk stopery w ucho, że niby się przeziębiłem. Trochę na litość zagram, przy okazji, może do siebie na chatę zaciągnę dzięki temu. Dalej już prosto – uśmiecha się, do marzeń o jej ciele.

Nie komentuję, choć nie sądzę. Znam ten typ. Jeszcze się chłopie grubo namęczysz, zanim zamoczysz, myślę.

Choćby i miss Wenezueli była, nadal nie warto, to z mojego doświadczenia.

Cóż, jego sprawa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider