Kawalerski

 

Bezlitosne światła reflektorów wbijają mi się między oczy. I ślepią i grzeją, jednocześnie. Takie wash and go, tylko w wersji jak ze Stephena Kinga. Koszula lepi mi się do karku, jestem spocony, jak mysz. Grillowany jestem, ewidentnie. Bezlitosny typ mnie grilluje, co na czarnym foteliku, przede mną mruży oczy, przez grube szkiełka okularów prześwietla mnie, najczarniejsze moje myśli, jak rentgenem.  Dołek w brodzie, lekko obwisłe policzki, twardy, ogolony zarost, ironiczne spojrzenie spod trochę przypuchniętych powiek. Ja też na bliźniaczym foteliku, też czarnym, może nieco bardziej wyświechtanym tylko, bo wytarte oparcie niemiłosiernie wwierca mi się w kręgosłup. Ofiara #grillingu.

Jasne światło, dwa krzesełka, najazd kamery, na moją twarz, widzę z ekranu. W lewym rogu, piktogram bezlitośnie odmalowuje telefon, wraz ze słowami Zdzisława, z Niemiec, co stara się dobrnąć do puenty wypowiedzi. A ja, adresat, tej pół autoprezentacji Zdzisława, jestem grillowany, na niewygodnym krzesełku. Już to znacie? Tak, przez Grzegorza Miecugowa, jestem grillowany, właśnie witamy w TVN, szkło kontaktowe, jesteśmy na żywo.

A Zdzisław, z Niemiec, mówiąc brnie, w stronę pytania. Już telefon, na piktogramie, dokańcza się malować, ukazywać. Słyszę, jak Zdzisław, ten z Niemiec, w pośpiechu biegnie ku puencie, coraz szybciej mówi, kończy swoją wypowiedź, odważną tezę stawia:

– Bo ruskie, one wszystkiemu winne. One, te ruskie. Zielone ludziki, wszędzie ich pełno, przez Putina opłaceni. I takie blogi, jak pana, panie tfu! Pawle, to też, ruskimi rublami pisane. Prawdę mówiąc. I jeszcze, skoro już się dodzwoniłem, z Niemiec, to chciałbym… – prawie czuję, choć nie widzę, jak wbija we mnie stalowy wzrok, znad siwych rzęs. Bo, że siwe, te rzęsy, to pewne, po starczym głosie Zdzisława głosie poznaję.

Bezduszny flamaster w lewym rogu ekranu bezlitośnie zamalowuje telefon, w rytm upływającego czasu, wypowiedzi Zdzisława z Niemiec. Już obrazek pełny, znaczy czas minął. Redaktor Miecugow przesuwa się na krześle:

–  Kończymy, panie Zdzisławie, dziękuję za wypowiedź – mówi.

Ping-plong-plong-plang-plang-plang-plang-pla! Słyszę. Ufff. przerwa na reklamę, zaraz naradzę się, co tu odpowiedzieć Zdzisławowi, na te zarzuty. Nie zdążę. Słyszę ponownie, ten sam dźwięk, teraz, jakby bliżej. I mocniej. Przecieram oczy, budzę się, to telefon. I to mój. Przysnąłem, zlecenie kursu mnie budzi. Przecieram oczy, szybkie spojrzenie na zegar. Jest czwarta trzydzieści. Zlecenie przejazdu uber, na smartfonie, zamawia Robert. Adres odbioru Grzybowska, róg Wroniej, zaraz za Hiltonem, apartamentowce Platinum.

Klepię się w policzek, dość mocno, tak na trzy razy, żeby dobudzić, resztki snu z powiek zgonić. Nie pomaga. Więc jeszcze raz, trzy auto-plaskacze, tym razem mocniejsze. Szczypie, nadal nie pomaga. Twarz obustronnie czerwona od tych plaskaczy, jak u wodza Zbite Ryło, myślę, nadal widzę podwójnie, przez sklejone powieki. Zatem sięgam po niezawodne, prawa dłoń na uchwyt klamki, otwieram drzwi, wychodzę z wozu. Podmuch wiosennego wiatru momentalnie mnie cuci, ziąb przenika w głąb kości. Grunt, że budzi. Mogę bezpiecznie jechać po Roberta.

Chwilę po tym, jak podjadę, Robert wybiega z apartamentów Platinium, przy Wroniej, wieża B. Sportowa torba w dłoni, rozgląda się, szuka mnie rozbieganym wzrokiem. W końcu dostrzega, pośpieszny uśmiech twarz mu rozjaśnia, pośpiesznie mu z tej twarzy brodato-wąsatej niknie, gdy gna, gdy wpada do fluenca. Już otwiera drzwi, wrzuca torbę na tylne, potem siebie.

– Zaspałem. Zapierdalamy na lotnisko – mówi.

No to lu. Ruszam. Z Woli na Okęcie niedaleko.

– Zdążymy panie Robercie. Krótko po piątej będziemy na lotnisku, a pierwsze wyloty od szóstej, także z zapasem pan będzie.

– To super, panie Pawle – odpowiada Robert, uśmiecha się. Spinka trochę mu schodzi. I dodaje – ja do Budapesztu, właśnie o szóstej wylatuję. Dwunastu facetów nas w sumie jedzie, na kawalerski Szymona. Będzie grubo.

No kurwa, Parszywa Dwunastka*, prawię widzę Lee Marvina, co o stalowym wzroku, jak dowodzi bandą wykolejeńców, w samobójczej misji we Francji. Tylko że tutaj Budapeszt, zamki nad Dunajem bardziej, niż nad Loarą, a z Roberta, na tylnym, już bardziej Dżiajdżo niż major Reisman. Akurat się śmieje, Robert, dłońmi po kolanach przeciąga, z tego śmiechu, patrząc w ekran telefonu.

–  Hahahaha, Oooooo.  Już łoją, od rana, pan zobaczy, panie Pawle, jaką flachę właśnie robią moi kumple, na lotnisku w Gdańsku, w tej chwili – podaje mi samsunga edża przez zagłówek meganki.

Zerkam, tylko lekko, na ekran smartfona Roberta, w końcu auto prowadzę, na Żwirki i Wigury. Ekran samsunga jednak niezły, duża jasność, kątem oka dostrzegam wielką, minimum 5 litrową butlę Belvedere, na zdjęciu. Za nią rząd roześmianych twarzy, ciut rozmazanych na tęczowo w pryzmacie flesza, spoza kadru. ‚Pozdrówko Robin’ tekst na szarym pasku snapa, na zdjęciu. Plus milion kieliszków po nim.

– Jak pana kumple to wniosą na pokład? – twardy realizm się odzywa, we mnie, zasiewam wątpliwość w sercu pasażera – bo tam maksymalnie 100 mililitrów można wnieść, panie Robercie, niezapieczętowane żelazną pieczęcią celnika. Więcej ni chuja, ani o mililitr. Nawet pasty do zębów nie przepuszczą, co dopiero premium gorzałę, ci celnicy, wopiści.

– Hahaha, spokojnie. Półtorej godziny do wylotu mają, zrobią, znam ich. Wszystko zaplanowane, pod kontrolą jest – śmieje się Robert, rozwiewa mój sceptycyzm. Po chwili poważnieje – Tylko, że ja będę miał kłopot, w tym Budapeszcie. Bo ja pić nie lubię.

I poprawia się, natychmiast:

– To znaczy lubię, normalny jestem, ale tak kontrolnie lubię, sam pan wie. Zatem będę miał kłopot. Bo znając ich to tak się skują, że Dunaj w drugą stronę popłynie, do Austrii, do Niemiec zawróci, z tego Budapesztu. Ze wstydu zawróci.

Chyba trochę go rozumiem, więc dopytuję:

– Cały weekend przed wami, na tym kawalerskim Szymona w Budapeszcie? Bo dzisiaj piątek.

– No właśnie, cały. Powrót dopiero w niedzielę. Serio, nie wiem jak ogarnę. Pić niedobrze, bo nie tak bardzo lubię, nie pić też niedobrze, bo co kumple powiedzą. Jakiś koszmar panie Pawle, się szykuje, w tym Budapeszcie, nad Dunajem – mówi Robert.

I co tu poradzić, Robertowi? Faktycznie, sytuacja mocno patowa. Gdzie się nie obrócisz, tam…

– Musi pan rozłożyć siły, na te dwa wieczory, trzy dni, panie Pawle – mówię z głupia frant. I jeszcze, też głupie – szybko zleci, pan zobaczy.

– Oby – odpowiada zrezygnowany Robert, sam nie wierząc. I odbiera kolejnego snapa, pokazuje mi, gdy parkuję, na Okęciu.

– A nie mówiłem, że zrobią? Już mniej niż połowa im została, tej Belvedere.

______________________

* w Parszywej Dwunastce, Aldricha, z 1967 roku, obok Marvina i kilku innych mega gwiazd, grał nie kto inny, jak sam Charles Bronson, fakt mało znany. Gwiazda amerykańskich filmów akcji, Życzenie Śmierci, te sprawy. Bez wąsa akurat był, zatem można od razu nie skojarzyć. Wiadomo, Niemiec, musi być elegancki, wygolony.

Wrzucam zdjęcie, kadr z planu Dwunastki, gdzie Bronson razem z Marvinem, w wermachtowskich, a jak, mundurach.

Chyba wrócę do Parszywej Dwunastki, jeszcze raz obejrzę, może nawet w ten weekend.

Mega kino.

Zdjęcie wygooglałem z: pinterest.com.

 

 

 

 

 

 

 

 

*

2 thoughts on “Kawalerski”

  1. Jarek says:

    Musisz się zdecydować czy kurs był fluencem czy meganką.. 😉

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Fluencem był. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy jeździłem meganką, zatem jeszcze mi się czasem wtrąca, z przyzwyczajenia. No i fajniej brzmi. Za to fluence większy. Dzięki za czujność.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider