Królowa życia. O Wandzie, co chciała Niemca

 

Wanda walczy z walizką na mokrym, staromiejskim bruku,  Kółeczka sporego, beżowego samsonajta wpadają w szczeliny pomiędzy kamieniami, akurat wypełnione deszczówką, zacinający wiatr wcale nie pomaga. Kolejne uderzenie orkanu  centralnie trafia w beżowość materiału walizki, zmieniając uwięzione pomiędzy kostkami bruku kółeczko w idealny punkt oparcia dla dźwigni, którą staje się długość tego bagażu, wraz z rączką.

Fizyka, niuton, któraś tam zasada.

Nic dziwnego, że wściekły wiatr wyłamuje drobną wandziną dłoń, trzymającą uchwyt, po czym z pełnym satysfakcji Trrrrach! odrzuca  tę jej walizkę dobry metr do tyłu, jak odrzuca się przegrany kupon totolotka, po ostatniej kumulacji.

Moja pasażerka, cała w deszczu, klnie potężnie. Widzę grymas jej twarzy przez zapłakaną szybę, w wygodnym fotelu fluensa, przy fajnej muzie. Przez moment biję się sam z sobą, w myślach, w końcu otwieram drzwi, wychodzę z ciepłego auta na zewnątrz, w wiatr, w pluchę, w tę kurwa zawieruchę. Kaptur na głowę, nie ma miękkiej gry.

– Pani wsiada, zostawi tę walizkę, ja ogarnę. – krzyczę do pasażerki, przez wiatr.

Podnoszę tego jej samsonajta z kałuży. Walizka, choć spora, dość lekka, ale nie pusta też. Wrzucam do bagażnika. Wiatr zatrzaskuje pokrywę za mnie, nie bardzo delikatnie, z fasonem, z takim dużym jebut, a jak. Wdzięczna Wanda w tym czasie wskakuje do auta, ja po chwili dołączam.

– Na Poczty Gdańskiej – mówi pasażerka – jak najszybciej. Do domu. Uciekajmy stąd jak najprędzej.

Ruszamy w stronę Ursusa. Pierwsze czerwone łapie nas po 100 metrach, na Miodowej. Widzę moją pasażerkę we wstecznym. Wgapia się w ekran telefonu, ledowe światełko rozjaśnia jej twarz. Blondynka, mocno umalowane usta, rozmazany makijaż na policzku, pod oczami. Od łez, myślę. Albo od deszczu. Albo i jedno i drugie.

– Pan przyciszy radio trochę, muszę zadzwonić – mówi Wanda, patrzy mi się w oczy, przez lusterko. Posłusznie ściszam. gaszę ostatnie zawyjki Lauryn Hill w pół taktu. Wanda kciukiem wybiera numer w komórce, dzwoni. I słyszę, taką rozmowę, karminowymi ustami Wandy prowadzoną.

–  No już jestem, już po wszystkim, możesz być ze mnie dumna, kochana. Bo wcale nie było tak łatwo się rozstać, jak mówiłaś – zaczyna opowieść Wanda, do słuchawki. – Cała się poryczałam przy tym rozstaniu, ale tylko na chwilę się poryczałam.

Aha, jednak od łez, rozmazane wandzine oczy, dramat sercowy w tle. Chciał-nie chciał, słucham. Uszu nie zatkam, foką nie jestem, nie umiem*. Taka prawda. Wolno jedziemy Długą, po bruku, w stronę Alei Solidarności, tam kawalkada aut. Pasażerka mówi dalej, wokół pogodowy armageddon trwa.

– Bo wiesz, dzwonię do mieszkania, on otwiera, nie uwierzysz, jest w garniturze. Serio. Trochę mnie przytkało, ale mówię, że tylko po rzeczy wróciłam mówię i żeby oddać klucze. Tak, tak, wiem. Dokładnie tak, jak uzgodniłam z tobą, kochana. Twardo. Wchodzę dalej, a tam w salonie, uważasz, nakryte, świece, kieliszki, olbrzymi bukiet czerwonych róż. No zamurowało mnie totalnie, kochana.

No żesz, aha, akurat, myślę, na zamurowaną to złotko nie wyglądasz, kompletnie, ani przytkaną również. Co jak co, na milczka absolutnie. Już raczej trajkocesz, jak katarynka, patrzę we wsteczne. Wanda opowiada dalej. Psiapsiółce i – tak mimochodem – mi.

– Więc, dalej, uważaj, on wtedy nalewa mi wina do kieliszka i mówi żebym poczekała chwilę w pokoju, jeszcze się zastanowiła nad winem z tą przeprowadzką, nie działała pochopnie, srety-pierdety wali, dokładnie tak, jak mówiłaś, że będzie. Że kocha, że trzy lata razem byliśmy, takie tam. I że risotto w tym czasie, jak ja się zastanowię nad winem dokończy, dla nas. A wiesz, kochana, jak ja lubię risotto. No drań jeden, skubaniec, rozmiękczacz. Sama powiedz, kochana, czy nie drań.

Fajnie ogarnął koleś, widać mu zależy, myślę. Czy gość drań, tego nie wiem. Za to risotto lubię. I jeść, i gotować. Mam nawet swój specjalny przepis, wychodzi bankowo. Chyba głodny jestem, rozmarzyłem się, Wanda zdaje relację anonimowej przyjaciółce, przez telefon, dalej.

– Już chciałam uciec do kibla, rozumiesz, pod pretekstem, że mi niedobrze, albo co. I do ciebie zadzwonić, kochana, poradzić się, co dalej. Bo tak mnie zmiękczył, że gotowa byłam odwołać przeprowadzkę i to wszystko, co ustalałyśmy, że zrobię. Zostać u niego. Na szczęście akurat wtedy, w tym samym momencie, czuję wibracje w telefonie. On poszedł do kuchni, risotto robić, ja sprawdzam. Andreas napisał, wysłał mi esemesa, ze zdjęciem. Na zdjęciu motor, taki szybki chyba, nie wiem, nie znam się kochana, czerwony motor. I że nie może się doczekać, jak mnie zabierze na wycieczkę, nad Zegrze, tym nowym motorem. No, uratował sytuację, ten mój berlińczyk nowo-poznany, sama powiedz, że nie.

Skręcamy w Aleje Jerozolimskie, stąd do Ursusa już prosta droga. Co za zdzira, myślę, trzy lata. Za siedem minut osiągniesz cel, mówi nawigacja, głosem Hołowczyca. Wanda kontynuuje tę swoją paplaninę, przez telefon:

– Mmmm słodki jest, ten mój nowy Andreas, Andrzejek, prawda? I to gardłowe errrr. Takie faine ma. Haha. No więc, kontynuując, wtedy oświadczam  gnojkowi, już twardo, żeby w dupę sobie wsadził. I to risotto, i to wino. I te nasze trzy lata razem, bez dwóch dni. Bez słowa pakuję, te moje rzeczy, ubrania, wrzucam byle jak, do walizki. Trochę ryczę przy tym, w końcu to trzy lata, ale tylko trochę ryczę.

Nagle odsuwa telefon od ucha, potem znowu przykłada, przyspiesza te swoje tele-story, do puenty dobiega, szybkim sprintem. Już nie katarynka, bardziej karabinek automatyczny, G36, niemiecki Sturmgewehr, pociskami słów strzela z ust Wandy.

– Nie, nie, kochana. Wszystkiego nie zabrałam, sama wiesz, może jeszcze kiedyś do siebie wrócimy. W końcu trzy lata. A teraz, muszę kończyć. Andreas pisze znowu, mój wariat, sama rozumiesz. Wpadaj na winko, pogadamy.  Paaa, paaa, kochana, paaa! – rozłącza się, niecierpliwym gestem.

Momentalnie wgapia się w telefon, coś kciukiem przesuwa. Ja skręcam z Nowolazurowej w lewo, w Poczty Gdańskiej, tam mieszka Wanda, pokazuje aplikacja. Jasna sprawa, myślę, Poczty Gdańskiej, a gdzieżbyś Wanda mogła mieszkać. Może jeszcze na Westerplatte. Albo 1-go Sierpnia.  Parkuję pod jej blokiem. Nawet nie zauważa, tak wsiąknięta w szkiełko telefonu, oczyska jej się śmieją, znad burych smug niedawno łzami rozmazanego makijażu. Do telefonu, Andreasa, czerwonego motoru się śmieją te oczyska Wandy. Do przygody.

– Halo, tu ziemia, pobudka. Jesteśmy na miejscu, pani Wando – cedzę przez zęby, jakoś – pani wysiada, ja walizeczkę ogarnę.

– O, tak szybko – otrząsa się pasażerka. Wysyła ostatni buziakoserduszek kciukiem w smartfonie, odpina pasy, wysiada.

Gdy podaję jej walizkę, nadal w deszczu strugach, tym razem ursusowskich strugach, mówi do mnie, przekrzykując wiatr.

– Wie pan co, dziwne. Przed chwilą ryczałam. A teraz się czuję po prostu jak no… no… no… jak Królowa życia!

Łaskawy wiatr szczęśliwie zagłusza moją odpowiedź.

Wracam do wozu, kolejne zlecenie.

 

____________________________

* Gdzieś, kiedyś czytałem, a może przyśniłem, że foki, jako jedne z niewielu ssaków potrafią zatkać sobie uszy. Cenna umiejętność, myślę. Nie płetwami wcale, tylko specjalnym mięśniem, kawałkiem skóry, albo jakoś tak. Do nurkowania przydaje się to fokom, ewidentnie, w sumie ewolucyjnie logiczna zdolność. Tylko nie do końca kojarzę, szczerze, czy tak jest naprawdę, czy to tylko taka urban-legend, miejska legenda mniej znana, z cyklu ‚nietoperze-we-włosy-się-wkręcają’ albo ‚chiński-mur-z-kosmosu’.

Chciałem sprawdzić, ale google nie pomaga, akurat tutaj. Wpisałem ‚foka zatkane uszy’ – dostałem milion reklam gabinetów z woskowaniem. I laryngologów dziecięcych. Nic o foce. Wpisałem ‚umiejętność zatykania uszu przez foki’ – dostałem 4 domowe porady na temat zatkanych uszu. Nadal nic o foce.

Ktoś ogarnia ten foczy temat?

 

Zdjęcie foki z wikipedii wziąłem, fantastyczne. Propsy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 816 times, 1 visits today)

10 thoughts on “Królowa życia. O Wandzie, co chciała Niemca”

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Angielskie internety mają przewagę nad polskimi, jak widać.

      Bardzo dziękuję,
      Paweł Grott

  1. fredzik says:

    wpisałam ”uszy fok”i i wyskoczył mi artykuł,gdzie w ciekawostkach nie pisze nic o zatykaniu uszu http://dinoanimals.pl/zwierzeta/foki-phocidae-urocze-drapiezniki/

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Też tak wpisywałem i nic nie wychodziło. Ale w angielskim łatwiej, jak widać. Też nie wiedziałem, ale już wiem.

      Vide komentarze czytelników obok.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł Grott

  2. koper_cięty says:

    http://www.seals-world.com/seal-anatomy/

    Those seals that have ears have a mechanism that allows them to be closed before they go under the water. They also close their nostrils to prevent water from entering them as well.

    w angielskim internecie łatwiej znaleźć 😉 pierwszy wynik z google dla hasła „seal closing ears”

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Czyli jednak prawda, nie przyśniło mi się. Bardzo dziękuję.

      W sumie to cenna umiejętność, takie niesłuchanie, myślę.

      Pozdrawiam,
      Paweł Grott

  3. Ceruja says:

    Ajc, przyznam trochę boli. Nawet sobie próbuje wmówić, że przekoloryzowaleś.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Dla mnie optymistyczna i życiowa historia. Przykro mi, jeśli boli, nie taki był zamiar.

      Jesteś Wandą, którą wiozłem tamtego deszczowego wieczora? Tą lekko podkoloryzowaną w historii.

      Paweł

      1. Ceruja says:

        Chyba dobrze by było być Wandzią, co wie czego chce i jest dla siebie najważniejsza, kuta na cztery „fuck me pumps”. Może kiedyś. W międzyczasie tak sobię wyobrażam Wandzie, nie inaczej: https://www.youtube.com/watch?v=Py_-3di1yx0

        1. mm
          Paweł Grott says:

          Fajnie opowiedziana historia w tym klipie, co podesłałaś, na początku. Nie znałem, dziękuję.

          Faktycznie, coś w tym jest. To mogła być Wanda.

          Pozdrawiam ciepło,
          Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider