Topolowy puch

 

 

Wcześnie się robi widno, o tej porze roku. Tuż przed trzecią niebo zaczyna granatowieć nad Warszawą od wschodniej, praskiej strony, potem dalej blaknąć, niebieszczeć. Szarówka tak w pół do czwartej. A o czwartej już całkiem widno, pomarańczowe smugi na niebie zapowiadają rychły wschód słońca. I obłędnie świergoli ptactwo. Fajny czas, ta wiosna. Wiosną świat pachnie obłędnie. Aż chce się czerpać z życia pełnym, wiosennym tchem.

Jedyne z czym mam problem, to topole. Topola to taki drzewo-chwast, co szybko i wszędzie rośnie, pleni się gdzie popadnie, ani pożyteczne, ani ładne. Z drewna topoli najwyżej zapałki zrobisz, nie żaden mebel, ani okręt. Nawet do kominka się nie nadaje, wartość opałowa znikoma. Do tego pyli na potęgę, właśnie teraz. Wszystkie ulice, trawniki, pełne są tego syfu, topolowego pylenia. Plus lata toto w powietrzu, jak gołębi puch, do mieszkań się wbija, weź tu zostaw otwarte okno. zaraz całe mieszkanie ujebane tym pyłkiem. Masakra. Myślinister Szyszko-Złota-Piła mógłby wyciąć w diabły akurat to ścierwo, jak dla mnie, wszystkie topole, skoro tak się podnieca tymi wycinkami drzew, jak aż tak go to kręci.

I jeszcze jedno. Unoszący się puch topoli wygląda jak płatki pierwszego, listopadowego śniegu. Dość paradoksalny to widok, zwłaszcza tu i teraz, w maju. Trochę przypomina o nieuchronnie czekających nas mrozach, chłodach, zawieruchach, za kilka miesięcy. Pierwsza jaskółka jesieni, ten topolowy puch, serio. Carpe diem woła topolowy puch, ciesz się życiem tu i teraz.

Nie tylko ja tak uważam, jak widać, bo i naród w ten weekend majowy chwyta życie za rogi, jak może. Na przykład Jędrzej i jego dziewczyna. Wyznawcy topolowego Carpe diem.

Podjeżdżam pod Izbę Przyjęć szpitala Czerniakowskiego. Piątek rano, koło piątej, już całkiem widno.

Wyelegancikowany koleś, to Jędrzej, wąs, broda, wiadomo, wszystko na miejscu, biała koszula lekko rozchełstana pod szyją, jak trzeba, wyprowadza mocno zrobione dziewczę, taką lalkę z dużym cycem, za to w małej mini z czeluści szpitala. Panna jest na bosaka, nogi jej się mocno plączą, srebrne szpilki trzyma w prawej dłoni, za tasiemki. Czerwoną podeszwą pobłyskują. Obcasy niemiłosiernie obijają jej się o odsłonięte uda, całkiem fajne.

Jędrzej podchodzi do fluensa, otwiera tylne drzwi, te z prawej, szarmancko, laska ląduje na kanapie, mniej szarmancko, za to z głuchym Łup. Obchodzi auto, wsiada z drugiej strony, za mną. W końcu oboje już w środku, ruszam, kierunek Biały Kamień, grube apartamentowce, za gruby hajs. Ruszam.

– Kurwa, miśku, tak źle, to jeszcze ze mną nie było na baletach – mówi słabym głosem panna, do Jędrzeja. I dodaje, kładąc mu się na kolanach, w poprzek kanapy- spójrz na moje nadgarstki, oba mi nakłuli w tym szpitalu?

– No szukali żyły, Kochanie, albo co – odpowiada Jędrzej, miękkim, spokojnym głosem. Po czym mówi – W sumie nieźle głową przywaliłaś, w tym kiblu w Na Lato. Dobrze, że Reni była tam z tobą. Zaraz wybiegła i zawołała mnie. Ogarnąłem sytuację. z Bartkiem, barmanem. W pięć minut pogotowie przyjechało. Dobrze, że nie łódzkie, skórką byś już była skarbie, haha.

Po czym dopytuje, dość bezsensownie:

–  Dużo ćpałyście…?

Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, myślę. Nie ma i dla panny, widać, zasypia bez odpowiedzi na kolanach Jędrzeja. W aucie mocno śmierdzi rzygami, pewnie obhaftowała się, przy tych akcjach-reanimacjach. Otwieram okna, z obu stron. Pod Pole Mokotowskie już niedaleko, szczęśliwie.

Gdy już jestem blisko, na Rostafińskich, zaraz skręcę w lewo, w Biały Kamień, śmigiem wyprzedza mnie czarny merol w esce. I to na dużej piździe wymija. Limo-limo, czarne szyby, już wiecie. Potem zaraz daje po heblach, wrzuca kierunek. Też skręca w lewo, w Biały Kamień, tam gdzie ja podjeżdża, ten sam apart-blok. Staję tuż za  nim pod tym samym podjazdem, tym samym szlabanem. Widzę przed sobą, jak tęgawy koleś w garniturze i bardzo młoda dupa, w takim kremowym autficie wysiadają z merola, o pięć kroków z przodu. Trochę się zawieszam, nad jej tyłkiem, kremowo opiętym, szczerze.

Jędrzej tymczasem, na tylnym fluensa budzi złamaną pannę, co ze szpitala, podwójnie nakłuta.

–  Już dojechaliśmy, złotko – mówi. Głaszcze ją po nagim ramieniu, tak budząco. Trochę szczypie, gdy na te głaszczko-budzenie panna reaguje wyłącznym mmmm, przeciąganiem się. W końcu osiąga zamierzony efekt.

Dziewczyna podnosi głowę z kolan Jędrzeja, szybkim wzrokiem ogarnia sytuację, co przed nami się dzieje, z tym merolem w esce, brzuchatym kolesiem i dziewczyną w kremowej. Już prawie zniknęli za szlabanem.

–  Patrz, miśku – mówi laska, z wyraźnym podziwem, też widać zawieszona na tej młodej dupie – jaki kurwa temacik Jacunio ogarnął.

 

______________________

* Okej, topolowy puch wszędzie. A czy wiedzieliście, że jest także łatwopalny? Mój kumpel, z ubera, opowiadał mi ostatnio jak zapalniczką, przed dzieciakiem się zabawił na Mariensztacie, na trawniczku przy skarpie, zaraz za kościołem świętej Anny. Podpalał topolowy puch. Podobno chwila i zapalił się tak, ten puch, że on, dzieciaka na ręce i spierdalali w dół, przez Bednarską, ku Wiśle. Po chwili siwy dym. I pięć jednostek straży ogniowej już było. A trawniczek niepozorny, topolowym puchem usiany, jak ten, przed chwilą na Mirowie.

Don’t try it at home.

foto: Paweł Grott

 

zdjęcie: Paweł Grott

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider