Podwójne żniwa Hasana

 

Pierwsza wakacyjna weekendowa noc powoli dogorywa, z wolna ustępuje wschodzącemu nad Warszawą słońcu. Jest sobota nad ranem, studenci dzień temu skończyli sesję, teraz obficie świętują w mieście. Czyli chleją na umór, egzaminy, te zdane opijają po raz pierwszy, te oblane oblewają powtórnie. Wódką z browarem, tym razem. Głównie plenerowo, na nadwiślańskich bulwarach, na Polu Mokotowskim, studenckie zwłoki po całym mieście o tej porze. Tę mniejszość, co jeszcze umie trafić palcem w aplikację, żeby kurs zamówić rozwożę po akademikach, mieszkaniach, po całej Warszawie.

Właśnie odstawiłem jednego do domu. Bartka, studenta architektury, tyle zdołał powiedzieć w ramach przedstawienia się, tradycyjnej, każualowej gadki z kierowcą. Znad Wisły na Grenadierów go wiozłem, Poniatowskim. Maksymalnie siedem minut kursu, w normalnych okolicznościach. Tym razem pół godziny zeszło. Na każdym przystanku po drodze Bartek rzygał wylewnie, do kosza przy przystanku, jeśli kosz akurat był. ‚Bbbbb…. bbbppan się zzzzaczczyma’. Przy skrzyżowaniu z Kinową nawet dwukrotnie się zzzzaczczymaliśmy, co pięćdziesiąt metrów. Tam nie było śmietnika akurat, więc na tory tramwajowe rzygał Bartek, przyszły architekt.

Dość, chwila przerwy, myślę, gdy już Bartek z wozu się wytoczy pod blokiem, a ja przez szybę oddam mu pozostawioną komórkę, na tylnej kanapie. Wracając z Pragi odbijam wgłąb miasta, oddalam się od Wisły, żeby kolejnych zwłok na pokładzie raczej uniknąć. Tam, wśród quasi-manhattańskich wysokościowców stolicy, klientela nieco inna z reguły, studenckiej braci raczej nie stać na eksluziv burdel-kluby na wysokości, pod chmurami, z widokami, na ostatnich piętrach chmur drapaczy. Co Libeskind, Helmut Jahn zaprojektował, ku chwale mego miasta.

No i bingo, jest zlecenie, trafia się Hassan, podjeżdżam pod adres. Trochę z deszczu pod rynnę, myślę po niewczasie, kontemplując imię mojego pasażera in-spe, pod wypasionym klubem przy Twardej. Co prawda raczej abstynent, sądząc z imienia, pewnie nie zarzyga, myślę. Za to co zrobisz, jeśli z dwoma wielkimi walizkami podejdzie, kurs na Okęcie zamówi Hassan? ‚Pan mnie wysadzi na lotnisku’ – powie – ‚Albo lepiej nie, sam się wysadzę. Allahu Akbar’

Odganiam złe myśli, stereotypowe skojarzenia, jak czarne muchy. Racjonalizuję sytuację, staram się być pozytywny, tolerancyjny, wegański i w ogóle eko. Najwyżej anuluję, dam w długą, jak walizki zobaczę. Mam plan, to ważne, by mieć plan.

Po chwili widzę śniadawego gościa, w elegant-koszuli, z bródką, jak wychodzi z szklano-obrotowych. Zamiast dwóch walizek szczęśliwie dwie panny akurat  prowadzi, zataczające się, uczepione białej, hasanowej koszuli. Ta z jego lewej strony, niewysoka blondynka, takie śmigiełko, szarą obcisłą sukienkę podwiniętą ma powyżej bioder, stringi co normalnie pod sukienką schowane, teraz całkiem ma na wierzchu. Czarny trójkąt majtek, z paskami po bokach, pomiędzy zjaranymi solarką udami bezwiednie ukazuje warszawskiemu porannemu słońcu. I mi. I dwóm taksówkarzom z Globa, co jarając czekają naprzeciwko, mają niezły ubaw z tej całej sytuacji. Już jeden szturcha drugiego, pokazują ją sobie zafajkowanymi palcami, rechocą.

‚Się chłopaki napatrzycie chociaż, bo kurs jest mój’ – myślę. I też się trochę wlampiam pod jej podwiniętą do bioder kieckę, po prawdzie. Choć uda ma niezafajne, oceniam na szybko. Dość grube. Jestem na nie.

Dziewczyny z dużym trudem, potykając się wsiadają na tylne astry. Hasan je jakoś ogarnia, pomaga im, taki mały, zamszowy amancik przy dużym, niezamszowym hajsie. Jest zupełnie trzeźwy, na to wygląda. W sumie nie dziwi nic, w końcu Hasan, religia nie pozwala. Już cała trójka z tyłu, Hassan za mną, czarnostringa pośrodku, jej koleżanka -w dzinsach- przy prawej tylnej szybie.

Jedziemy całkiem niedaleko, na Kolejową. Panny z Hasanem to Polki. Poznaję, po krytycznej uwadze tej dżinsowej, zaraz gry ruszam spod klubu:

– Weź podciągnij sukienkę, Laura, bo wstyd – mówi, do tej świecącej stringami pośrodku.

– Yps! Ale o co chodzi – pada celna riposta, z środka kanapy. Potem dziewczę, to pośrodku, wyraźnie się gubi, w miejscu, w czasie  – Mam komuś obciągnąć?  To już? Yps!

Po tej kwestii, wyczerpującej jak słodka myśl o tym, co ma zaraz zrobić, Laura zasypia, koleżanka przytula ją do ramienia. Ja prowadzę, już jesteśmy przy rondzie Daszyńskiego, zaraz i Kolejowa.

Śniadawy-światowy Hassan odwraca się do dżinsowej przez zagłówek astry i mówi po angielsku, z twardym bliskowschodnim akcentem, na Laurę nie ma co liczyć, akurat w tej sytuacji. Akurat słodko drzemie, zmęczyła się widać bardzo. Tymi tańcami.

– Jesteście głodne dziewczyny? Coś zjemy zanim do mnie? – pyta. I dodaje, z uśmiechem – Tak się cieszę, że was poznałem dzisiaj. Bóg czuwa, god is great.

Propozycja Hassana spotyka się z wyraźnym protestem. Dżinsowa protestuje, wyjaśnia, daje alternatywne rozwiązanie, instrukcje. Mówi tak:

– Noł noł, Hasan. Nic nie jemy. Not hangry. Aj and maj frend Laura. Napijemy się raczej – I dalej, na szybkości, wyraźnie do mnie – pan skręci tu zaraz, nawróci na rondzie i w prawo, w Żelazną. Tam obok jest nocny.

Wrzucam kierunek, posłusznie nawracam. Nocny przy Żelaznej w końcu dobrze znam, to mój Mirów w końcu. W ogóle większość nocnych w Warszawie ogarniam. I stacji benzynowych też. I klientów, pasażerów takich, jak ta trójka, też znam.

#sięjeździ, wiadomo.

Parkuję na Żelaznej, prawie pod nocnym, jakieś 50 metrów obok. Zamszowy Hassan wysiada z dżinsową, z tą po prawej. Obejmuje ją, wpół w drodze do sklepu, ona chichocze, jak to dziewczyny. I nadal śmichy-chichy, gdy czekają aż pani za ladą poda butelki, Czekając Hassan maca dżinsową pannę po tyłku. Ona uchyla się, choć nie za bardzo. Takie ‚Weź mnie, choć boję się, brutalu’ – ćwiczy panna.

Na widok ekspedientki Hassan wyjmuje dwa banknoty z grubego portfela, podaje przez szybkę.Na resztę nie czeka. Szkoda dłoni, w końcu. Już lepiej położyć ją z powrotem na tyłku towarzyszki, gdy wracają z siatą pełnych tyskich, do wozu. Rozumiem to i szanuję. Coś tam szepce jej do ucha, gdy zbliżają się do auta, zaraz wsiądą.

Nagle droba spinka między nimi, tuż przy wozie.

– Go fuck yourself, Hasan! – krzyczy dżinsowa panienka do śniadego kolegi, słychać przez uchyloną szybę. Odskakuje na dwa kroki, ale nie za bardzo długie.

Oho za daleko się posunąłeś chłopie, nie ten tajming*, myślę. Po trzecim tyskim, na chacie gładziej pójdzie, wiadomo. Z tyłu Laura, pozostawiona w aucie, przez towarzyszy podróży, budzi się na ten krzyk, wierci na tylnej kanapie, ledwo obudzonym wzrokiem stara ogarnąć tę sytuację zza szyby, podobnie jak ja. Widzę jej pytający wzrok w tylnym lusterku, aha, nie zna angielskiego wyraźnie, to blond dziewczę w czarnych stringach. Albo i zna, tylko trochę zapomniała.

– Hassan, weź no wyluzuj trochę chłopie – tłumaczę na szybko. I dodaję tekst niezawodny, uniwersalny. Od pasażera, co o nim pisałem ostatnio, wyuczony, pamiętacie – Zero spinki, będzie dobrze, Laura.

Laura uspakaja się. Dżinsowa panna też, pozwala pocałować się Hasanowi, tak w policzek tym razem, na przeprosiny, na ajmsory.

I faktycznie, jest dobrze. A nawet bardzo dobrze jest, Hasanowi, gdy już wsiądzie, na środek kanapy, z siatką pełną browarów pomiędzy kolanami, z dwoma nawalonymi pannami po obu stronach, co zaraz. Po trzech minutach parkuję pod adresem, pod apartamentami na Kolejowej, vis-a-vis Nocnego Marketu, jest przez mur ta wylęgarnia hipsterów,  tuż obok.

Wysiadają z wozu, cała trójka. Najpierw ta dżinsowa, potem Hasan. Na końcu podaje lewą dłoń Laurze, pomaga jej się wygramolić. W prawej trzyma siatkę pełną tyskich. Laura nadal ma sukienkę podwiniętą wysoko, powyżej bioder, czarne stringi, nagie pośladki, wyraźny cellulit świeci w ostrym blasku wschodzącego słońca, przy Kolejowej. Jest prawie półnaga, gdy wysiada.

Nawet nie poprawia, tej sukienki, Laura.

Bo i po co.

_______________________

* ‚Timing is everything. Mówią Amerykanie. Trudno się nie zgodzić, jedna z najprawdziwszych prawd. Nawet trochę szukałem autora tej złotej myśli w necie, żeby błysnąć tutaj przed Wami erudycją, oczytaniem, sami wiecie. Że niby wiem, że się znam, że oczko puszczam,  że ojtam-ojtam.

I co? I nic. Spaliło na panewce, jak często. Zamiast błysku olśnienia dostałem ‚Około 89 300 000 wyników (0,50 s)’. W tym nic cennego, przynajmniej na pierwszych 17 milionach wyników. Nic o autorze tych słów.

Za to w bonusie od Google’a dostałem podgejowanego blondasa w filmiku, co oparty o klasycznego, amerykańskiego pikapa, niestety śpiewa. Niejakiego Garretta dostałem.

Jakaś masakra.

Don’t try it at home.

 

 

 

 

 

 

(Visited 873 times, 1 visits today)

2 thoughts on “Podwójne żniwa Hasana”

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Oooo i to jest bardzo fajne. Koleś wygląda trochę jak Seweryn za młodu, plus śpiewa mega.

      Kawałek z gatunku tych uczepiających się.

      Just do it now. Timing is the answer… Lalala.

      Dzięki za podesłanie.
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider