Bogusia

 

Bogumiła ma fajny kapelusz. Biały, z takimi prześwitami, drobnymi dziurkami, chyba lekko koronkowy, okrągły w kształcie z dużym nieregularnym, opadającym rondem. Na lata dwudzieste, lata trzydzieste wzorowany, pierwsze skojarzenie, gdybym miał zgadywać, chociaż nie będę. Jeszcze się ośmieszę. Totalnie się nie znam na modowych hitach współczesnego kapelusznictwa. A tak swoją drogą, ciekawe od czego ją chroni, ten kapelusz? Bo od słońca na pewno nie. Już raczej od deszczu, lato marne w tym roku, bardziej rzęsiste niż promieniste. Poza tym już wieczór, zapada zmrok, gdy ją ogarniam z okolic Wąwozowej, na Kabatach.

Oprócz fajnego kapelusza równie fajne ma nogi, Bogumiła. Tu się akurat bardziej mogę wypowiedzieć, tu się bardziej znam. I wiem że ma fajne. Wbite w obcisłe dżinsy, opięte na kształtnej pupie, jak trzeba. Zgrabne uda, miodne łydki, nogi ogólnie długaśne. Przesuwam fotel pasażera do przodu, gdy wsiada do astry. Żeby pomieściła, te swoje nożyska. Mieści, choć z trudem, potem zatrzaskuje drzwi.

Włączam się do ruchu, gdy już pomieści, w Wąwozową, niedaleko Tesco. Jedziemy do Konstancina, przez Powsin. Klasyka, metrem do ostatniej stacji, dalej za miasto Uberem. Ludzie kombinują, wożą się po taniości, a co. Mi pasuje. Jedziemy z Bogumiłą na Konstancin.

Niedługo po starcie moja pasażerka wzdycha.

– Ehh, co za dzień. Szóste podejście, szósta porażka – dobiega z tylnej kanapy, akurat gdy skręcam w wąski przejazd na skraju lasu kabackiego, w dół, ku Powsińskiej.

– Jak to, pani Bogumiło – jestem czujny jak pies podwójny. Łapię jej wzrok we wstecznym, też podwójnie ukryty, takie firanki czarnych rzęs pod firankami białego kapelusza. Z dziurkami.

–  Mów mi Bogusia – panna podaje mi dłoń, przez zagłówek astry.

– Paweł jestem – chwytam drobne, mocno opierścionkowane palce Bogusi. Dopytuję – I co z tymi porażkami, Bogusia?

Dziewczę pochyla się w moją stronę, łapie oburącz zagłówek fotela pasażera. Najpierw ponownie wzdycha, tym razem dłużej, jest wyraźnie podłamana:

– Ehhhh, Paweł, szkoda gadać. Od pół roku prawko staram się zrobić. – Przez moment trochę się ożywia, wyjaśnia – A myślałam że to takie proste, i że za pierwszym podejściem, Paweł, no byłam normalnie pewna. Bo jeździć umiem, mam to we krwi, normalnie. Wiem, bo ponad 50 godzin jazd doszkalających mam za sobą. I nikogo nie uszkodziłam przez ten czas. Nikogo, rozumiesz? Wozu też nigdy nie uszkodziłam. No może raz. Ale tylko trochę. Poza tym to wina słupka była, nie moja, bo za niski był.

Już się śmieję. Fajnie się zaczyna. Plus mam pewne podejrzenia, ale o nich za chwilę. Na razie Bogusia kontynuuje, o swoim pierwszym razie:

–  Więc teorię całkiem bez trudu, już za trzecim podejściem zdałam. Tydzień później, po tej zdanej teorii idę na mój pierwszy praktyczny. Nawet dobrze pamiętam, fajny dzień był, jakoś w kwietniu. – opowiada – Ja w humorze, egzaminator też całkiem fajny mi się trafił, taki przystojniacha, ogólnie okej. Niestety trochę gorzej u mnie z mechaniką, wiesz Paweł. Mylą mi się te wszystkie uchwyty. śrubki, zbiorniczki, różne płyny, no nic nie poradzę. Tak już mam.

– Aha, widzę sytuację. Co dalej? – pytam znad kierownicy.

– No więc mówi żebym płyn, ten no, od hamulców sprawdziła. A ja, na pewniaka, sięgam pod kierownicę, żeby otworzyć tę, no tę klapę z przodu. A tam uwierzysz, nie ma za co pociągnąć. No nic a nic, nie ma tej rączki, uwierzysz?

– Pewnie diabli zabrali, Bogusia, czasem tak bywa. Jak pech to pech – staram się uwierzyć, choć trudno. – No i?

– No i wyginam się, staram znaleźć. Pytam się go w końcu, mojego egzaminatora, czy coś pozmieniał w konstrukcji wozu, tak na złość, bo nie mogę znaleźć. – mówi Bogusia. – A on, że nic. I że pięć minut minęło. I że egzamin oblany.

O cholera, myślę. Postanawiam się upewnić, co do moich podejrzeń. Lekko przesuwam kąt wstecznego lusterka, tak ukradkiem, akurat pod latarnią przejeżdżamy.  faktycznie. Pukiel blond włosów wystaje, spod białego kapelusza Bogusi. Aha, skąd wiedziałem.

Uśmiecham się i mówię, łapiąc jej wzrok we wstecznym:

– Trzeba było mini włożyć, Bogusia, na ten drugi egzamin –  I trochę śmiejąc się, bo mocno bawi mnie ta jej relacja. A bardziej sposób opowieści.

– A myślisz że nie próbowałam? – odpowiada natychmiast spod kapelusza, dość gniewnie.

– No i? – dopytuję, ledwo powstrzymując śmiech.

– No i chuj. Za drugim na babę trafiłam. Oblała mnie z tylnych przeciwmgielnych. Wstrętna bźdźwiągwa. Zazdrośnica.

Nie mogę, parskam śmiechem.  Aż zjeżdżam niebezpiecznie z pasa w prawo, na pobocze. koła astry przejeżdżają przez ostrzegawcze znaczniki na boku pasa krawędzi jezdni z głośnym ‚tydyn-tydyn-tydyn’. W porę wyrównuję, na szczęście moja blond miszczyni kierownicy nie zauważa, kontynuuje swoją opowieść o paśmie nieszczęść w warszawskich WORDach:

– Dalej? Dalej prawo serii. Ze zbiorniczków i z klapy już sie wyuczyłam, jest i mini, ale dalej też pod górkę. Kolejny raz potrąciłam tyczkę na placu manewrowym, bo akurat padał deszcz i we wstecznym nie widziałam dokładnie. Potem, za piątym, prawie sukces, plac zdany, górka też, no to pojedziemy w miasto, myślę. I co? I dupa – opowiada – Do bramy wyjazdowej dojechałam, już chcę skręcić w ulicę, kierunkowskaz włączony, jak trzeba, wiadomo. A tu nagle rowerzysta wpada mi na maskę. Po chodniku skubany jechał. A instruktor na to że dziękuje, że się przesiadamy.

– Ci rowerzyści to faktycznie plaga, wiem coś o tym – przez moment włącza mi się empatia.

Bo fakt, tu ją rozumiem. Sam rowerzystów autentycznie się boję. Bardziej niż czegokolwiek innego na drodze. Samochodu z rejestracją WCI przede mną, burzy z gradem, przebitej opony na S8. Serio, czegokolwiek innego. Zapierdzielają jak wariaci. Bo eko-moda. Bo załóż obcisłe, a rower jest bardzo okej. Bo królowie dróg, chodników, szos, pobocza, wegańskich knajp i latte z sojowym. W ogóle wszystkiego królowie. Szkoda tylko że w czarne worki foliowe, wcale nie ekologiczne, ich pakują w razie wypadku, kolizji.

O rowerzystach będzie innym razem, tymczasem wróćmy do Bogusi, sytuacji z wozu. Już Konstancin, trzecie rondo zaraz dojedziemy pod adres docelowy.. Więc pytam się jej, na szybko:

– A dzisiaj? Opowiedz, co się stało dzisiaj. Na dzisiejszym egzaminie. – jestem szczerze zaciekawiony.

– Ehh, nawet nie pytaj, Paweł, Zła jestem na siebie i tyle. Zamiast świateł mijania postojowe włączyłam. I po zabawie. Nawet na plac manewrowy nie dojechałam. I już koniec. 140 złotych wpizdu. – mówi rozgoryczona, spod kapelusza – Nie znam się na tych mankietkach, przekręcznikach. Czy jak to się nazywa.

Tym razem panuję nad kierownicą, choć też śmieję się mocno. Z tych jej przygód, z mankietek, zwłaszcza. Bezbłędne. Mija chwila zanim ogarniam się, parkuję pod domem Bogusi, wypasioną willą w wypasionym Konstancinie.

– Jesteśmy, Bogusia – mówię.

– Dziękuję Paweł za podwózkę – mówi panna, zabierając siebie, zajebiste nogi i dziurkowany kapelusz w stronę grubo rzeźbionej, konstancińskiej furtki.

Wlampiam się w jeszcze chwilę w jej tyłek, w opiętych dżinsach, gdy wychodzi z wozu, zbliża się do furtki. Staram się wyobrazić Bogusię w mini. Na pewno bym jej nie oblał wtedy, no może po to,  żeby na doszkalające wziąć, wtedy tak. Nawet za cenę bezpieczeństwa w ruchu drogowym, a co.

Potem kończę kurs w aplikacji, zawijam na trzy pod bramą, mijam ją gdy wciąż szuka klucza do furtki. Uchylam szybę, krzyczę przez okno:

– Do zobaczenia na warszawskich drogach, Bogusia! Kiedyś na pewno ci się uda – wołam.

Kiedyś, oby nie za szybko – dodaję już po cichu, bardziej sam do siebie.

– Paaa, Paweł. Siódmy na pewno wyjdzie. Będzie w Łomży! – krzyczy Bogusia spod furtki.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider