Sezon na podgrzybki

 

Wolno wyjeżdżam z parkingu przy Chmielnej, prawie w podcieniach grobowo-czarnego biurowca. Na pewno kojarzycie ten budynek, co wyrasta w biednym zakątku Mirowa, tuż obok torów kolejowych pomiędzy dworcami, Zachodnim i Centralnym. Biurowiec choć dość nowy, mocno upiornie wygląda, przynajmniej jak dla mnie. Przypomina mi trochę granitowy katafalk wykręconą dłonią starej ciotki dokładnie nabłyszczony, na zaduszny, święto-trupi  dzień. Już bardziej na Powązkach bym go widział, niż w centrum mojej dzielni-dzielnicy.

O, nawet otwory na świeczki, na znicze-gromnice ma wycięte po trupiaszczych bokach. Bądź na smutną, obwisłą, samotnie więdnącą chryzantemę. Zresztą sami spójrzcie, czy nie tak.

źródło: Skyscrapercity

Dumno-zajebiaszczym logiem ubezpieczyciela ten katafalk świeci nocami, z każdej strony ponurego graniastosłupa daje po oczach zimnym, neonowym blaskiem. Memento mori, widać ma przypominać ten neon, wisienka na torcie mistrzów archite-marke-nekro-tingu. Jutro możesz umrzeć. Ubezpiecz się u nas, póki czas. Plus dodatkowa zniżka na ACe. w razie gdyby piorun kulisty.

Ot takie myśli mam swobodne, meandruję nimi leniwie gdy macham kierownicą, lawiruję pomiędzy ciasno zaparkowanymi samochodami na parkingu. Powoli wyjeżdżam na Chmielną, nadal swobodnie zamyślony, zawieszony nad losem katafalku, nad własnym.

Nagle jakiś cień wytacza mi się na jezdnię, wprost przed maskę auta. No nic, tylko kurwa jakiś zombie z tego katafalku wylazł. Rozgnieść żywego trupa kołami, czy nie? Reaguję bezwarunkowo, choć z pewnym opóźnieniem, nagły stop robię, daję ostro po hamulcach. Astra staje dęba, mimo że max trzydziestką jadę, hamuję po prawdzie dość gwałtownie, hamulec gaz, nie ma czasu na sprzęgło, silnik dychawicznie kaszle ‚eh-eh-eh’ i zaraz gaśnie.

Tuż przed łysawym, krępym gościem z białym wiaderkiem w dłoni, co najpierw desperacko stara się tym wiaderkiem osłonić przed uderzeniem maski, a potem, gdy już zahamuję, wyciąga otwartą dłoń w moim kierunku w uspakajającym geście.

– Ależ panie kierowco-kierowniczu, miszczu-miszczuniu, jest git, nic się nie stało – ciut bełkoce ten prawie-co przejechany. I uśmiecha się radośnie, trochę bezzębnie, lewą otwartą dłoń trzymając w górze. Bo prawa nadal zaciśnięta na uchwycie białego wiaderka.

Już uchylam szybę, żeby zwyzywać chuja co wtargnął na jezdnię, od najgorszych chujów właśnie, gdy rozpoznaję i twarz, i osobę. Toż to i mój gospodarz bloku, ten od liczników, z pierwszej historii na blogu. We własnej, rumianej osobie.

Po gospodarsku

– Ależ mnie pan kurwa wystraszyłeś, panie gospodarzu – mówię do niego przyjaźnie,  przez uchył w szybie.

– Ooo, witam witam sąsiada – gospodarz mnie rozpoznaje po dobrej chwili. I dodaje, dla wzmocnienia poprzedniej frazy, jak widać – Witam witam.

Po czym rozpromienia się, przekłada wiaderko do lewej dłoni, prawą dłoń podaje, żeby się przywitać. Opuszczam szybę niżej, też chcę mu podać rękę, na witkę, przez uchylone okno astry. Moja dłoń mija się z powietrzem, niestety.

Gospodarz tymczasem błyskawicznie, acz nieco chybotliwie, po prawdzie, omija auto z pewnym wysiłkiem. Już jest z prawej strony, chwyta za klamkę pasażera, otwiera drzwi, gramoli się do środka.

– Z nieba mi spadłeś sąsiad. Na Nowolipki mnie zawieziesz. Kurna nóg już nie czuję, sąsiad, z grzybów wracam – mówi sapiąc, sadowiąc się na przednim pasażera.

Faktycznie, widzę że spore wiaderko ledwo wcisnął między kolana. Jest pełne grzybów, darów lasu jest pełne. Dorodnych borowików, brzozonożnych koźlarzy, śliskich maślaków. A najwięcej tam podgrzybków ma gospodarz, są zamszowo -skórzaste, brązowe kapelusze o żółtym podbrzuszu dominują pośród innych.

Dostrzegam jeszcze napis „farba śnieżka’, taki wpół zdrapany, na boku białego wiaderka.

I czuję mocny zapach wódy, od gospodarza. Ledwo co przetrawionej.

Nic to, podwiozę go, w sumie mam niedaleko, ot taka sąsiedzka przysługa, los tak chciał, widać. Nawet najebanego w sztok zawiozę.

Ruszam w kierunku Nowolipia, najpierw przez Złotą, potem w Żelazną, za szpitalem położniczym dalej w Smoczą, na brukową kostkę. Cały czas mój Mirów, wszystko blisko. I serca i myśli. Jedziemy.

– Widzę, że grzybobranie się powiodło, panie gospodarzu – zagajam patrząc się na te wszystkie kapelusze i nóżki w wiaderku, niedbałe wycinki po robalach u mojego nieoczekiwanego pasażera, na światłach przy skrzyżowaniu z Prostą.

Akurat cisza w aucie. Gospodarz nie odpowiada, milczy, może czasem czknie, ale nie za często, ogólna cisza w aucie. ‚Tyk-tyk’ – tykocze kierunek w astrze. Kontempluję delikatne wybrzuszenia maślaków w wiaderku gospodarza. Też są fajne. Serio. Polecam maślaki.

Zielone światło, już ruszam, gdy gospodarz nagle się cuci, przypomina moje pytanie, wybucha potokiem słów, wyrzuca gdzieś z siebie:

– A idź pan w chuj, sąsiedzie. Dwa dni już wracam z tych grzybów jebanych, zawieź mnie pan do domu – mówi, nadal lekko sapiąc, lekko się tnąc słowami.

Wyciąga wymiętą chusteczkę, ociera pot z czerwonej twarzy, z łysiny, z wąsów. I mówi dalej, pół-krzykiem, z wyraźnym wyrzutem:

–  To Kazek mnie namówił, jebany, ten spod szesnastki, żeby wyjechać na grzyby, zakładowy wyjazd miał. Moja stara się zgodziła, nawet poparła ten temat. Jeszcze z cebulą usmażę, jedź, jedź w końcu sezon, bo lato ogólnie deszczowe, czyli chujowe.

Nagle gospodarz odwraca się do mnie, pyta z bocznego fotela, tak całkiem serio: się pyta:

–  No a co potem, sąsiedzie, jak już wyjechaliśmy. Jak myślisz?

–  Wóda, wóda i jeszcze raz wóda. – odpowiadam wraz z gospodarzem, w jeden rytm, chóralnie.

Już jesteśmy na Nowlipkach, gospodarz wysiada, wiaderko zabiera ze sobą.

Rano jego miotła, jak zawsze, tańczy, jest na posterunku, sprząta dziedziniec nędznego bloku przy Siennej. Zbija mi piątkę, bez słów, gdy znów wracam mocno zjebany po nocce.

Tylko zagadki pełnego wiaderka grzybów nadal nie rozwiązałem.

Skąd je ma?

______________________

* źródło zdjęcia katafalku w tekście: Skyscrapercity.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider