Fiszbiny Moniki

 

Czwartkowa noc nad Warszawą z wolna staje się piątkowym dniem. Na wschodzie, po praskiej stronie Wisły, niebo powoli zaczyna rozjaśniać się nad strzelistymi wieżami katedry przy Kościelnej, nad koszykową konstrukcją biało-czerwonej szachownicy stadionu. Choć zachmurzenie pełne, jak praktycznie co dzień tego lata. Taki klimat. Właśnie przejeżdżam mostem Poniatowskim, zbliżam się do ronda. Stadion z mojej lewej, na wyciągnięcie dłoni. Na tylnej kanapie zmęczony baletem pasażer słodko drzemie, śni o tych wszystkich, niewyhaczonych, długonogich dupach z klubów przy Mazowieckiej, skąd zgarnąłem go jakieś siedem minut temu. I lekko chrapie, tak śniąc, coś tam pomrukuje sennym majakiem.

Następnym razem, Arek. Na pewno. Teraz śpij.

Za chwilę skręcę w prawo na rondzie we Francuską, kawałek prosto, potem dam w lewo w Meksykańską i już jesteśmy na miejscu. Będzie mógł kontynuować te swoje mokre sny w domowych pieleszach. O ile szybko go dobudzę, bo gość śpi dość mocno, a różnie bywa, wiadomo.

Tymczasem łapię kolejne zlecenie, też na Saskiej Kępie, ulica Zwycięzców*. Okej, nawet fajnie, że blisko. Akceptuję. I skręcam w Meksykańską, budzę pasażera. Najpierw słowami go budzę – ‚Już jesteśmy, panie Arku’ – potem, przy drugiej próbie szturchnięciem w kolano. Jest całkiem nieźle, pasażer budzi się, przeciera oczy, przez chwilę szuka klamki w drzwiach, wreszcie bingo, wychodzi. Chwiejnym krokiem znika pomiędzy niską, zadrzewioną zabudową.

Kończę kurs, kciukiem daję Arkowi pięć gwiazdek. Śpiący pasażer to idealny pasażer, na piątkę. Zwłaszcza o tej porze. Nie gada głupot i nie rzyga. Zawracam na Meksykańskiej, trochę pod prąd, za to oszczędzam czasu. Do Francuskiej tylko kilkanaście metrów, jest pusto. Daję w prawo i jadę po Monikę, na Zwycięzców. Po chwili czekam pod przedwojenną kamienicą, jakich wiele tu. Czekam na awaryjnych, przy krawężniku. ‚Cyk-cyk’ robię astrą, w uśpionej dzielnicy.

Trochę przecieram oczy czekając na Monikę, błyskając pomarańczą awaryjnych. Jestem senny widać albo i soczewki uwierają, mam piasek w oczach. Trzeba jutro będzie je wymienić, myślę, kupić nowe. I tak już trzeci miesiąc w nich ogarniam, trzy razy dłużej niż producent nakazuje w ulotce. Więc prawie stówa w kieszeni, przyoszczędzona. Gdy żyjesz z ubera taka prawie-stówa rzecz bezcenna.

W końcu widzę moją pasażerkę, Monikę, jak wychodzi z którejśtam klatki niskiej kamienicy przy Zwycięzców. A raczej widzę jej nogi, najpierw. I twarz i blond włosy. A pomiędzy nimi czarna dziura. W sumie nie dziwne, bo ubrana jest cała na czarno i na bardzo krótko, przynajmniej z dołu. A włosy ma jasne, Monika. Trochę wygląda to tak, jakby same nogi, długaśne frunęły nad chodnikiem /bo szpilki, minimum dziesiątki, też czarne, więc same nogi płynące nad chodnikiem widzę/ potem nic, przerwa, nadal długo długo nic, potem jasna twarz i blond kręcone włosy wokół tej twarzy.

Kurwa Paweł, serio zmień te soczewki jutro rano, te pięć dych odżałuj, najwyższy czas. Jak nie, to w oczy ci się wtopią, w gałki i będziesz jak Łysek. Ten z pokładu. A wtedy nici z ubera, bo na echolokacji daleko nie polecisz. Żeś nie nietoperz, panie. Podejmuję męską decyzję na jutrzejszy dzień.

Tymczasem Monika wsiada do auta. Kurs niedaleki, z Saskiej Kępy jedziemy na Gocław, na Poligonową. Niecałe trzy kilometry trasy. Moja pasażerka jak widać mocno rozgoryczona przebiegiem wieczoru, mówi do mnie w pierwszym zdaniu:

– Idź pan w chuj z tymi klubami w Warszawie panie Paweł, z tą całą Mazowiecką. Mocno przereklamowana jest – to pierwsze słowa Moniki, gdy wsiądzie.

– Jak to, pani Moniko? – pytam, starając się złowić jej wzrok we wstecznym lusterku astry. Co mi się niestety udaje. Wrażenia estetyczne ogólnie słabe, z tego złapania. Raz że oczy mocno zamulone ma moja pasażerka, dwa że makijaż totalnie rozmazany pod powiekami. Ogólnie nieciekawie to wygląda, dość słabo. Owco-zombie. Tyle w temacie oczu.

Pasażerka tymczasem dalej snuje swoją opowieść:

– Więc byłam na Mazowieckiej dziś w nocy – opowiada Monika, lekko niewyraźnie, trochę bełkocąc. Jest pijana, wyczuwam. – Klub za klubem. Faceci, faceci, faceci.

– Aha – słucham dość aktywnie, bardziej mocno olewczo.

Zaraz Bora-Komorowskiego, potem Poligonowa, niedaleko. Same kurwa militarne, szybka myśl, skojarzenie, batalistyczny naród, barierki pod sejmem. A życie całkiem gdzie indziej. Odganiam. I ziewam, nic nie poradzę. Jakoś nie wciąga mnie opowieść Moniki. Ani dalszy jej ciąg. Już raczej boje się tych jej oczu. Są straszne, serio.

– Ci wszyscy faceci w tych klubach w Warszawie, to jakaś porażka – mówi dalej Monika. I żali mi się – Nic, tylko seksu chcą. I tyle. Buhaje jacyś. A pogadać nie ma z kim.

– Mhm – to ja, kierowca. Monika kontynuuje, niezrażona.

– Bo wie pan, ja seks to lubię, nawet bardziej niż lubię, tylko… – tutaj zawiesza się, głos jej się łamie. O nie, zaraz mi się rozryczy. Tylko nie to. Nie zniosę.

Niestety. Monika już szlocha.

-…tylko najpierw, przedtem to bym chciała trochę porozmawiać. Chlip-chlip. Choć trochę. Buuuu – kaskada moniczych łez na tylnym fotelu astry.

Zwalniam, sięgam do schowka, podaję mojej pasażerce paczkę chusteczek jednorazowych przez tylny zagłówek. I nic nie mówię. Bo i po co. Ruszam, dojeżdżamy pod bramę strzeżonego przy Poligonowej.

– Jesteśmy na miejscu, pani Moniko – zatrzymuję auto. I odwracam się przez prawy zagłówek do tyłu.

Wtedy widzę, jak moja pasażerka rozpina bluzkę, sięga pod stanik. Coś tam grzebie niezdarnie, pod fiszbinami. Nagle blada pierś Moniki uwolniona z uścisku stanika siłą grawitacji, miękkim plaskaczem wypada na czerń jej bluzki.

O kurwa, o żesz. O nie. Tylko tego brakowało, myślę. Cycki ma równie fatalne, jak oczy. Dostrzegam w przelocie, niestety. Zanim odwrócę wzrok do przodu. Na dobre.

– Nie. To nie tak, jak pan myśli – Monika krzyczy w tym samym momencie, chowa cycek z powrotem w fiszbinowe kajdany, tak myślę, bo wzrokiem na wszelki wypadek nie sprawdzam.

Przez chwilę cisza w astrze, bo i mocne żenua, ogólnie, ta cała sytuacja. Potem moja pasażerka wyjaśnia, trochę bezradnie:

– Napiwek chciałam panu dać, po prostu. Za te chusteczki. I za wysłuchanie mnie. A że pieniądze w staniku schowałam przed imprezą. No i dlatego…

Okej. Wierzę jej. Jest pijana. Tak bywa. Biorę od Moniki dychę napiwku z wyciągniętej przez zagłówek dłoni, zwinięty, wciąż ciepły banknot ciepłotą jej cycków.

Potem ona wysiada, ja odjeżdżam.

____________

* są trzy ulice, na Saskiej Kępie. Zwycięzców, Obrońców i Walecznych. Równoległe do siebie. Wszystkie odnoszą się do walk wyzwoleńczych z okresu I wojny światowej. Niedługo potem, w międzywojniu zakładano dzielnice mieszkaniowe na obecnej Saskiej Kępie. Stąd nazewnictwo tych ulic.

O innym, znacznie ciekawszym i znacznie mniej znanym fakcie na temat Saskiej Kępy opowiedziała mi pasażerka, jakiś czas temu.

Otóż całkiem niedaleko triumwiratu patriotycznych ulic, przy Adampolskiej, pomiędzy niską zabudową, rosną dwa dość niezwykłe drzewa. Są to metasekwoje chińskie.  Nazywane żywą skamieliną. Gatunek mega stary, pochodzący jeszcze z mezozoiku. To jakieś 50-200 milionów lat temu. Czyli sporo. Pomiędzy takim drzewami i ich koronami, hasały dinozaury. I skubały radośnie liście metasekwój, zanim wyginęły. Te liściożerne dinozaury przynajmniej.

Metasekwoje z Adampolskiej, oba pomniki przyrody, są jedynymi okazami tych drzew w Polsce. Warto podjechać, zobaczyć.

zdjęcie metasekwoi z wiki

 

 

 

 

4 thoughts on “Fiszbiny Moniki”

  1. Lechu says:

    Ach te Moniki z okolic KFC… 😉

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Monika fajne imię. Tylko czemu z okolic KFC? Nie łapię.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł

  2. fredzik says:

    rozumiem co czuje bohaterka jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie
    https://www.youtube.com/watch?v=Rn7uXD8HS-c

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Też ją bronię.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider