Janusz wyrusza w podróże

 

Spory ruch dzisiaj i to przez całą noc. Na warszawskich ulicach masa ludzi, bo nie dość że ciepła sobotnia noc i wiara wyszła w miasto, to dodatkowo ogólnie gniewnie, naród się burzy w biało-czerwonych gestach, orlich okrzykach pod Sejmem, Senatem, Pałacem, innymi ważnymi gmachami. Nic dziwnego, że kurs za kursem wpada, rozwożę wszystkich po domach, bez wyjątku. I tak na zmianę, gniewny protestowicz z dumnym transparentem, bądź radosny imprezowicz z dumną flachą mi się trafia. Ja wyważony, ja pośrodku, ja na czilu. Neutralny król warszawskich szos, a co.

Po prostu wożę-rozwożę, tak na przemian:

Protestowiczów i ich świeczki.

A potem dwie fajne dupeczki

Klara i Kinga, jedziemy znad Wisły aż do Rembertowa, ogólnie super nam się gada, jest wesoło w astrze i to bardzo. Fajne, radosne dziewczyny, takie lato vivaldiego, zagrane na dwa smyczki. Aż szkoda, że już wysiadają, przedłużyłbym ten kurs. Aż do śniadania, najchętniej.

Coż, wszystko przemija, nawet kurs do Rembertowa z Klarą i Kingą na pokładzie. Właśnie jesteśmy na miejscu, w bocznej, mocno przydrzewionej osiedlowej uliczce. Przy jakiejś uśpionej willi. Dwie panny K wysiadają, machają do mnie dłońmi, rzęsami, letnimi sukienkami. Uśmiechem. I znikają przy furtce. Dwie efemerydy z Remember-towa.

Niestety, zamiast ich uśmiechu na gudbaj wysłanego ja łapię kolejne zlecenie. ‚Ting-ting’, ostro wzywa komórka, wyrywa. Zamawiający Mateusz jest w Ząbkach. Odpalam nawigację, 4 kilometry dalej, przez Piłsudskiego. Jadę po typa. Oby do centrum było.

Gościa przyuważam z daleka, stoi pod brama jednego z tych ogrodzonych modern blokowisk, jakich ostatnio wysyp w tamtym rejonie. Deweloperski raj, hit nad hity, dużo się buduje w Ząbkach. Poniżej 5 tys. za metr mieszkania chodzą, no kurwa sama słodycz. Przy trójce dzieci nie dość że salon z aneksem i niezłą plazmą,  to jeszcze i kawałek balkonu na drugim piętrze w niecałe 10 lat się spłaci. Z samego programu 500+. Można sprawdzić kalkulatorem, albo w mózgu, dość proste równania. A przy szóstce dzieci? Chwila-błysk-rajfajzen i rodzina na swoim. Naprawdę, opłaca się w Ząbkach.

Zatem stoi tam Mateusz przy bramie i macha do mnie radośnie, wyciągniętym w górę kciukiem,  jakby kurwa stopa łapał. Obok ma dwie walizki i jedną reklamówkę z dumnym logo sieci niemieckich marketów Aldi. Niebiesko-żółtym, na białym tle. Nadjeżdżam od strony Rembertowa, skręcam z Piłsudskiego, zatrzymuję auto, tak trzy kroki za nim.

– Pan uber? – pada nieuchronne. Kurwa, skąd wiedziałem.

Wysiadam z wozu, nadal na czilu. Wspólnymi siłami ładujemy mateuszowe skarby do przepastnego bagażnika. ‚Czy aby się zmieści?’ pyta zatroskany pasażer. ‚To kombi, panie Mateuszu. się zmieści, na spokoju’ – odpowiadam zgodnie z prawdą. Żółć puszki biedronkowego browara miga przelotem z aldi-reklamówki, gdy wstawiam do bagażnika. Obok czipsy paprykowe, kilka pomidorów, może i jakieś ogórki, sam nie wiem. Hermetyczna paczka kiełbasy, chyba śląskiej.

– Reklamówkę to ja raczej ze sobą do środka, panie Pawle, jak pan pozwoli – mówi Mateusz. I zgarnia aldi-folię z bagażnika, za wzmocnione rączki. Po czym wsiada na tylne. Jesteśmy już w wozie, obaj.

Mateusz zapina skrupulatnie pasy na tylnej kanapie, ja odpalam kurs docelowy w aplikacji. I tutaj zaskoczka, serio  niezbyt wierzę w to co widzę. Mateusz chce jechać też do Ząbek, tylko że na PKP.  Stacja kolejowa Ząbki. Niecałe dwa kilometry stąd. A w ogóle jest taka? Kurwa na eskaemkę go wiozę? Na wakacje do Kobyłki jedzie? WTF. Jestem w kropce. I to dużej. Plus pomidory, w siatce niemieckiego marketu.

Szczęśliwie zagadka szybko się rozwiązuje.

– Jedziemy na Centralny, nie na PKP Ząbki, panie Pawle tam mój pociąg nad morze, TLK się nie zatrzymuje w Ząbkach, niestety. Z Centralnego muszę jechać. Za to zrobimy inaczej. I pan i ja obaj zarobimy – wyjaśnia Mateusz, radośnie, konfidencjonalnie.

Po czym dodaje, szczęśliwy, zapięty pasami na tylnej kanapie. wtajemnicza mnie w swój chytry plan:

– Bo pan posłucha, normalny kurs uberem na Centralny kosztowałby 40 złotych ode mnie z Ząbek. A od pana uber pobrałby 20 procent prowizji za kurs. Czyli ja płącę 40, pan dostaje 32. Tak?

– Chyba tak,  panie Mateuszu – dopytuję, nie do końca obudzony, widać. Zupełnie nie łapię tej karkołomnej matematyki Mateusza.

– A tak, po moim planie pan niby-skończy kurs na PKP Ząbki. Ile to będzie mnie kosztowało stąd?

– Dziesięć złotych panie Mateuszu. To niedaleko – mówię.

– No właśnie. Więc ja płącę dychę, a pan jest osiem złotych do przodu, po odjęciu prowizji ubera – wtajemnicza mnie Mateusz w swój szczwany plan. I mówi dalej – Pan tam skończy kurs, na PKP Ząbki, uber panu nalicza osiem zeta za kurs. A potem jedziemy dalej, już za gotówkę. Ja panu daję 25 złotych pod Centralnym. I co?

–  Kurwa nie wiem i co, panie Mateuszu – zgubiłem się w tej matematyce, serio.

– No więc ja zapłacę wtedy w sumie 35 złotych za ten kurs na Cenralny, czyli  piątaka do przodu jestem – woła Mateusz. I dodaje – Ba, pan też zarobił. Bo zamiast 32 ma pan osiem plus 25 gotówką ode mnie.  Czyli dwa zeta pan wygrywa.

Po czym wyjmuje taniego browara w żółtej puszce,  z siatki aldi, kciukiem podważa zawleczkę, pstryka nią, zadowolony. Bierze dużego łyka.

– Jak to się mówi na zachodzie: Łyn-łyn – dopowiada. I podaje mi puszkę, przez zagłówek astry  – A teraz nie łyn, a łyk, panie Pawle, pana zdrowie.

Niestety, tu akurat źle trafił.  Nie piję w robocie.

Łyn-łyn.

2 thoughts on “Janusz wyrusza w podróże”

  1. Pingback: Mateusz zapina skrupulatnie...
  2. Trackback: Mateusz zapina skrupulatnie...
  3. Marlon says:

    Uwielbiam Cie Paweł !!! 🙂

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider