Kwestia honoru. Akt pierwszy

 

Wracam z dalekiego wypizdowa. Czyli z Wawra. Na wyłączonej nawigacji tnę do centrum pustymi wawerskimi ulicami. Mozaikowa, Sulęcińska, Tawułkowa. Egzotyczne nazwy migają wokół mnie, jak wspomnienia z egzotycznych wakacji. Byle do Przewodowej, tamtędy dotrę do Wału Miedzeszyńskiego. Nawigacja wyłączona, niepotrzebna. Mało jest takich miejsc w Warszawie, w których nie byłem przez ostatnie pięć tysięcy uber-kursów.

Przed chwilą odwiozłem pasażerkę Ewelinę z domowej imprezy na Gocławiu, aż do Józefowa. Pasażerka, dość mocno najebana, siedziała na krawężniku wraz z równie mocno zrobioną przyjaciółką, gdy ogarniałem ten kurs. Obie podeszły do wozu, na szpilczastych, mocno chwiejnych nóżkach. ‚Pan Paweł?’ spytała przyjaciółka Eweliny, chwilę potem jak uchyliłem szybę w astrze. Ewelina nie była w stanie nic wymówić.

Potwierdziłem, że ja to ja. Że Paweł. Przy pomocy koleżanki moja pasażerka wgramoliła się do środka.

Potem droga przez mękę, tfu przez ulice południa Warszawy aż za miasto, do Józefowa, z kilkoma przystankami po drodze. Śledziłem nie tyle co tę drogę, co Ewelinę przez tylne lusterko przez ten czas. Bo moja pasażerka komunikowała tylko jednym, wywróconymi oczami. Wtedy wiedziałem kiedy się zatrzymać w porę, na Prymasa, przy przystanku, w szczerym polu, gdziekolwiek gdzie sytuacja wymagała. I to cztery razy zdążyłem co najmniej, zanim dotarliśmy do Józefowa.

Właśnie tak wyglądały te nasze przystanki, zza mojej szyby, z perspektywy nocnego kierowcy.

foto: Paweł Grott

Perspektywa dość odległa plus szyba brudna, w końcu leje non-stop tego lata u nas. Co za chujowa pogoda, wiecznie. A lato mija, nieubłaganie. Już prawie jesień, kasztany pęcznieją jak jądra buhaja w środku rui. Poza tym i tak nie chciałem być blisko, uwierzcie. Po prostu czekałem spokojnie i podawałem chusteczki, gdy już Ewelina wracała z tych swoich rzygo-wojaży.

#rozumiemto. Też tak miewałem, kiedyś, nie raz. I wcale nie chodzi o szpilki.

A potem odstawiam ją, pół-trupa, pod samą furtkę józefowskiej wypas-willi. I jak najszybciej wracam do miasta, do żywych. Ostro zapierdalam ciemnymi ulicami na północny azymut, gonię gwiazdę polarną* w plątaninie uśpionych uliczek Wawra. Chcę jak najszybciej znaleźć się z powrotem w centrum. Oglądać tęczowo podświetlony kalczer-palas, widzieć czynne makdonaldy, inne kerfurekspresy. Neony przy Jerozolimskich zamiast smętnych plafonów na uśpionych pseudo-willach. Najebanych imprezowiczów na drodze omijać slalomem, zamiast kuliste-igliste jeże. Lub co gorsza, dziki.

W cywilizacji, wśród ludzi, w światłach wielkiego miasta, tam moje miejsce.

Śmigam zatem dość ostro, astra zagłusza wyciem silnika nocne sety didżejów radia Kampus. Zdecydowanie na za niskich przełożeniach daję, wiem, celowo to robię. Szukam odrobiny dynamiki w tym dizlowskim jeden-siedem. A zakręty ścinam. Od lewego, do prawego. Jak śpiewała Kayah. Jestem ponad limitem prędkości, i to grubo. Wokół ciemność.

Nagle, tuż za kolejnym zakrętem pomarańczowy błysk. Jakieś auto stoi na poboczu, na awaryjnych, po mojej stronie drogi. Policja zatrzymała, nie ma innej opcji, szybka myśl. Bezwarunkowo daję mocno po heblach, prawie z piskiem. Zaraz i mnie wyhaltuje, absolutnie. Już widzę wąsatego bohatera podwawerskich szos, co czerwono-świecącym, krótkawym mieczem luka skajłotera ogarnia mnie z tej Przewodowej. I siebie, bezrobotnego, na zasiłku, pod mostem też widzę. Bo, że prawko stracę za tę prędkość, to pewne.

Ciągle hamując zbliżam się, przygotowany na najgorsze. I faktycznie, zza migającego awarią auta na środek drogi wybiega gość, wybiega przed maskę, zatrzymuje mnie stając w świetle halogenów, z rozłożonymi po chrystusowemu rękoma. Prawie go uderzam, trochę odbijam w lewo, szczęśliwie nic nie najeżdża z naprzeciwka.

Staję kilka metrów za nim, gość podbiega do astry. Co za gnojek. Mocno mnie zestresował. Otwieram drzwi, wysiadam, żeby ostry wpierdol mu spuścić, za ten stres, za to wybiegnięcie na jezdnię. Bo adrenalina mi skoczyła mocno. Ciśnienie mam minimum 200. I to rozkurczowe. Biegnę do niego, zaraz mu jebnę.

– Nie, nie – woła koleś, macha rękami jak wiatraki, zasłania twarz – pan mnie nie bije, pan mi pomoże.

cdn.

_______________

* wiedzieliście, że podobno można się nieźle zgubić, podróżując wedle gwiazdy polarnej na północ? Przynajmniej w długiej drodze, takiej na przestrzeni kilku tysięcy lat. Otóż gwiazda polarna nie będzie tą samą gwiazdą, przez cały czas tej waszej kilkutysiącletniej podróży. Oto dlaczego.

Gwiazdy zmieniają swoje położenie względem magnetycznej pólnocy Ziemi z powodu tak zwanej precesji osi ziemskiej. Po prostu Ziemia skręca w swoich wirowaniach, trochę jak piłka uderzona fałszem Kobanangi w stronę bramki Malarza wczorajszego wieczoru w Astanie. I jej biegun pólnocny też się zmienia. Zatem co pewien czas, wybiera się tę gwiazdę, która jest najbardziej zbliżona, żeby określić kierunek bieguna. I właśnie ją nazywa się ‚Polaris’, gwiazdą północną.

Tak twierdzą zwolennicy teorii o okrągłej ziemi. A ja, po rozmowie z jednym z moich pasażerów, mam pewne wątpliwości. Być może to wszystko wielka ściema. Nie, absolutnie nie jestem oszołomem, fanatykiem kościoła spaghetti ani drzewa Dobra i Zła. I też nie wierzę że Elvis, bądź Hitler żyją. Ani że sztuczna mgła pod Smoleńskiem. Czy że kosmici zbudowali piramidy.

O tym kursie, dalekim aż do Żyrardowa, w jednym z kolejnych wpisów na blogu.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider