Classic

 

Łukasza wiozę niepierwszy raz. Raczej szósty, a może i ósmy od początku mojego uberowania. I to najmarniej. Czyli raz na jakieś dwa-trzy miesiące mam go na pokładzie. Niestety, tylko ja to pamiętam, bo Łukasz raczej nie:

– My to się już kiedyś widzieli, panie Łukaszu – mówię zawsze, gdy już wsiądzie.

– Nie sądzę – pada niezmienna odpowiedź z tylnej kanapy.

Kurwa, jak nie, jak tak, myślę, skoro scenariusz zawsze ten sam, gdy łapię zlecenie od Łukasza. A scenariusz tych naszych krótkich spotkań jest taki:

Późny wieczór, jakaś dwudziesta trzecia z minutami. Daleka Białołęka. Odbijam w Mehoffera w prawo, z Modlińskiej, jadąc od centrum w stronę Legionowa. Po jakimś kilometrze drogi mięsisto-zielony las drzew*, zamienia się w strzeżone osiedle, takie za grubym parkanem, strzeżone przez emeryt-służby, ze służbowymi aurisami równolegle parkowanymi na tym strzeżonym. Czyli klasycznie.

Gdy podjeżdżam Łukasz już czeka, a czeka gdzie? Tak jest, czeka przy szlabanie, zaraz za budką śpiącej dziadkochrony. Pod pachą ma reklamówkę z biedronki, pustą. Są mocniejsze, wiadomo, od tych ze stacji benzynowej. Ergo, więcej się zmieści. Plus tańsze są, to też istotne.

– Krótki kurs będzie – mówi Łukasz stanowczo, gdy już wgramolony. – Na stację tylko jedziemy i z powrotem.

Okej, jasna sprawa. Nocny alko-serwis. Przerabiane tysiąc razy.

– Sorry, że krótki, ale opłaci się panu, pan zobaczy, hehe – rzuca Łukasz.

Na pewno się opłaci, myślę. I to wybitnie. Zwłaszcza jak zmianę dobową będą robić na orlenie, o północy., jak podjedziemy. Dwadzieścia minut czekania po 25 groszy za minutę, zanim otworzą kasy. Piątaka zarobię, opłaci się że hej.

– Jedziemy na bipi, panie Łukaszu – mówię kategorycznie. I dodaję – trochę dalej będzie, ale nie będziemy wartowali, aż kasy otworzą. Właśnie północ dobija.

Nie czekając na odpowiedź skręcam w lewo, w Modlińską. Pasażer nie protestuje. Zamiast tego zadaje pytanie, też #classic, jak cały ten kurs.

– Pan mi powie, jak tam dzisiaj, na uberze?

– Zajebiście – ucinam – same długie kursy panie Łukaszu. No żyć, nie umierać, normalnie.

– A taksówkarze, to was czasem nie gonią? – mój pasażer jest wyraźnie dociekliwy.

– Czasem oni nas, czasem my ich, panie Łukaszu. Samo życie – odpowiadam.

Po trzech minutach jesteśmy na stacji, Łukasz wyłazi z wozu, ja czekam. Po chwili wraca, zadowolony, otwiera tylne drzwi. Najpierw objuczona piwem siatka, ta z biedronki ląduje na tylnym, potem on, zasapany.

– No, to wracamy, panie uberze – mówi – na Mehoffera.

Sprzęgło, gaz, jedynka, kierunek, sprzęgło dwójka, czerwone przy modlińskiej, hamulec, sprzęgło luz. Czekamy. Ruszamy. Jedziemy. Znów sprzęgło, gaz, jedynka… piątka, sprzęgło, redukcja do trójki. Skręcamy w Mehoffera.  Dwa kilometry, ten sam las drzew mijamy, już jesteśmy z powrotem, pod szlabanem, a jak.

#znudzony. Najwyraźniej.

Zanim wysiądzie, Łukasz ma jakieś alko-moralniaki, nawyraźniej. Że kurs krótki, że chla samotnie w lesistych odmętach blokowiska, że cokolwiek. Że dzików nie spotkaliśmy, po drodze. Albo sarenek.

Więc podaje mi czteropak Kasztelana przez zagłówek.

– To dla pana, za fatygę – usprawiedliwia się – zamiast napiwku.

Chłód puszek rozpala moją wyobraźnię, gdy przejmuję tego tipa w naturze. A może by tak jebnąć to wszystko, wziąć wolne? W końcu weekend.

Nic z tego Paweł, cała noc przed tobą.

Gdy wracam do domu po nocce, jest już ciepłe.

______________________

* Las drzew. Celowo doprecyzowałem. Bo jeszcze może być las krzyży. Ale to wiadomo.

Zobaczcie jaki ładny.

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider