Magda. Akt pierwszy

 

Sytuacja z Magdą wygląda tak. Jest weekendowa noc, wracam z Konstancina, jadę Warszawską w stronę centrum. Krótko przed czwartą, na niebie już wyraźnie świta, zaraz wstanie letnie, zaspane słońce. Wysokie chmury – chyba cirrusy – nad wschodnim horyzontem. ‚Cirrus na niebie, pogoda się zjebie’ – przypominam dawną mądrość ludową. Z tych co babcia wnukom, z pokolenia na pokolenie przechodzi. Eh, tylko z czego ma się zjebać, myślę. Bo tak szczerze, dnia bez deszczu tego lata nie przypominam.

Zanim minę rogatki Konstancina wpada zlecenie. Zamawia Magda, tuż niedaleko, w Bielawie. Na wypasionym osiedlu jednorodzinnych tuż obok amerykańskiej szkoły, willa numer 54. Skręcam w prawo i po chwili jestem pod szlabanem. Krótkie negocjacje z zaspanym ochroniarzem, gość dzwoni pod adres, żeby potwierdzić, czy faktycznie pseudo-taxi zamawiane było, po chwili otwiera szlaban, podjeżdżam kawałek, staję pod jedną z bliźniaczych willi.

Wszystkie wille są #nabogato, hektary przydomowych trawniczków przycięte kosiarką na milimetr. Jest styl, żadnego krasnala w ogródkach. Już raczej jakieś stawiki-baseniki, pasiaste baldachimy ogrodowych huśtawek. Zaparkowanych wokół aut też niewiele, poniżej leksusa tylko moja astra i to chwilowo. Wiadomo, przy każdej willi garaż i to podwójny. Więc tylko te trzecie auta, te najsłabsze, co w rodzinnym garażu się nie mieszczą, stoją przy krawężnikach. Auta niani, sprzątaczki, bądź na osiemnastkę synowi kupione. Tak myślę stojąc, czekając na Magdę.

W końcu jakiś ruch w willi numer 54, uchył inkrustowanych drzwi, wychodzą dwie dziewczyny w krótkich szortach. Jedna z nich dwa niskie, za to długaśne, mocno owłosione psy prowadzi na smyczy. Lhasa apso poznaję od razu, to akurat wiem, na psach się znam. Psy ciągną za smycze, jedna nie może ich utrzymać, druga potyka się o te smycze, prawie przewraca. Obie się śmieją. Ja też zaczynam, komicznie to wygląda.

Dziewczyny podchodzą do wozu, ja uchylam szybę. Śmieję się wciąż, uchylając.

– Pan zawiezie moją przyjaciółkę Magdę, bezpiecznie na Wilanów – mówi ta z psami, opierając się ramionami tuż przy mojej twarzy. Całkiem romantyczna ta scenka, nie powiem.

Dopóki jeden z lhasa-aaaa… psów, wyraźnie znudzony, postanawia się wylać na moją przednią oponę. Okej, lej do woli futrzany brachu, myślę. Ja też czasem na oponę, tylko raczej wybieram tylną. Otwarte drzwi lepiej zasłaniają wtedy. Każdy kierowca to wie. I każdy leje na tylną, jak ma wybór.

– Jasne, że bezpiecznie zawiozę – mówię do tej nachylonej – przecież sejfty, moje drugie imię. Wypisane mam na czole. Powyżej dwudziestki nie jeżdżę. Tylu wariatów na drodze, sama wiesz. Trzeba uważać.

Laska z psami się śmieje. Lhasa kończy lać, czwartą nogą łapie grunt. Zaczyna szarpać smycz, nachylona odsuwa się od szyby, pociągnięta przez psa.

Druga, ta odwożona, Magda, już jest na pokładzie. Wsiada na przednie, odsuwa fotel, pochyla się przeze mnie, palcami przesyła długaśniego buziaka przyjaciółce z psami. Czuję alko-zapach jej oddechu, gdy tak się pochyla. Plus fajne, lekko ciężkawe perfumy, to chyba nowy Dior, zgaduję.

– To paaa! Zadzwonię, jak już dojadę, kochana – krzyczy Magda przez otwartą szybę astry.

Koleżanka coś tam odmachuje, ja ruszam. Wyjeżdżamy z Magdą przez szlaban przy niezawodnej ochronie , sprawdzają nas tam, świecą halogenem prosto w twarz. Czasy nożowników z Hamburga, wysadzeńców z Tower Bridge, wiadomo. A że też ciemnawą karnację mam, to nic dziwnego. I zarost, tydzień niegolony.

Gdy już wyjedziemy na Warszawską, w stronę Wilanowa, Magda zaczyna wyraźnie kleić się do mnie. Kładzie lewą dłoń na moim karku, niby tak każualowo, na początku, potem przez chwilę pieści mi ucho. I pieszcząc pyta, słodkim głosem:

– Lubisz być miziany?

– Aha – odpowiadam.

Kto nie lubi, ręka w górę.

Magdę to wyraźnie rozkręca, już drapie mi kark, długaszczymi palcami w karminie paznokici. Warszawska zamienia się w Powsińską, jedziemy w stronę Wilanowa, w całkowitym milczeniu. Czasem stajemy na czerwonym świetle, częściej nie.

Instynktownie wyciągam prawą dłoń, znad lewarka skrzyni biegów, łapię ją za lewe kolano. Taki eksperyment.  Co ona na to. Magda łapie mnie za nadgarstek, ściąga moją dłoń w dół, po linii swych ud. Jestem posłuszny. Schodzę dłonią w dół, nadal prowadząc, lewą.

Pod moim dotykiem Magda rozchyla uda, jak otwartą książkę. Przyciąga moją prawą rękę niżej, i jeszcze niżej. Posłusznie podążam. Bardziej łapczywie. Dotykam jej ciepłego środka, przez krótkie dżinsowe szorty.  Całuje mnie, gryzie w ucho.

Pięć minut temu się nie znaliśmy. A teraz.

– Zatrzymujemy się. Tu i teraz, Magda – nagłym skrętem kierownicy łamię linię jezdni.

– Nie, jedź dalej. Do mnie, na Wilanów – mówi Magda.

cdn,

….

 

 

 

 

2 thoughts on “Magda. Akt pierwszy”

  1. bartek says:

    Pablo, dawaj drugi!

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Będzie, będzie.

      Pozdrawiam, Paweł

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider