Warszawski

 

Upalna niedziela. Papież Franciszek właśnie wylatuje drim-drim lajnerem do Rzymu, w podkrakowskich Balicach. Trzysta kilometrów dalej na północ ja wyruszam w miasto, przede mną całonocne jeżdżenie. Noc dopiero za kilka godzin, na razie nadal gorący letni wieczór w moim mieście. Warszawa paruje nasłoneczniona. Na termometrze ponad 30 stopni, mimo że słońce już schowane za wieżowcami przy Emilii Plater i innymi, tymi w konstrukcji, na rogatkach Woli. Jest gorąco, lipiec zmienia się w sierpień.

Nic to, klimy nie włączam, tak wolę, jadę sam, na pasażerów chwilowo nie czekam. Zamiast tego wszystkie szyby na dół i czarna oldskulowa muza na full. Plus zimny-gorący łokieć na otwartej szybie. Pocę się niemiłosiernie, mokra smuga spod mojego skrzydła już prawie ogarnia nadgarstek. Pewnie śmierdzę tym potem, jak koń. Jaram się tym, a co. I jaram szluga przez tę opuszczoną szybę.

#jedziesię. Wiadomo.

Mój plan jest taki: dojechać do domu, trochę się kimnąć, po północy wyruszyć na dalsze kursy. Już całkiem blisko, niecały kilometr do mojego Mirowa. Niestety przede mną kawalkada aut, kompletny korek, Świętokrzyska zajebana autami dokładnie, Czyli poczekamy, potoczymy. Okej. Podgłaśniam muzę w aucie, pstrykam niedpopałkiem w stronę kosza na śmieci pod makdonaldem, Nie trafiam.

Potem mijam w żółwim tempie, na trzy zmiany świateł skrzyżowanie Świętokrzyskiej z Marszałkowską. Na przystanku autobusowym zaraz za skrzyżowaniem, widzę jak dwóch staruszków bezskutecznie stara się zatrzymać taksówkę. Właśnie hybrydowy, srebrny auris z Ele odjeżdża im sprzed nosa. Coś machają za nim, gniewnie, jeden laską.

Goście są strasznie chudzi, tacy wysuszeni. Za to elegancko ubrani, obaj pod krawatem, w brązowych garniturach, mają na sobie białe koszule. Na klapach garniturów ciepłym złotem pobłyskują ordery, w blasku zachodzącego słońca. Nad pooranymi zmarszczkami twarzami, nad srebrzystą siwizną równo przyciętych bród.

Kurwa, to Powstańcy.

Momentalnie wjeżdżam w zatoczkę, zatrzymuję fluensa przed nimi, otwieram drzwi, wysiadam z wozu.

– Wsiadajcie panowie – mówię – zawiozę tam, gdzie trzeba.

– Nie, nie. Pan nie taksi, nie wsiadamy – mówi do towarzysza dość stanowczo ten z lewej, opierając się o laskę. Którą przed chwilą wymachiwał za srebrnym aurisem.

– Taksi, nie-taksi – przecież im nie wytłumaczę, w dwóch zdaniach, że też taksi jestem, tylko takie na nielegalu. Takie fejk. Zamiast tego powtarzam, trochę bardziej stanowczo.

– Wsiadajcie panowie, zawiozę tam gdzie trzeba. Tylko szybko, szybciutko, bo czasu nie ma – otwieram przed nimi prawe tylne drzwi od fluensa.

Bo i faktycznie, czasu nie ma. Już za mną żółty solaris szuka miejsca w zatoczce, którą centralnie zastawiłem zatrzymując się przed Powstańcami mocno trąbi. Kątem oka dostrzegam nalaną, czerwoną twarz kierowcy, wykrzywioną w okrutnym przekleństwie. I jego dłoń, co pokazuje dużego faka przez otwarty lufcik autobusu.

Odpowiadam mu dwoma fakami, z obu dłoni, prawej i lewej. Co dość trudne, bo  właśnie domykam drzwi za drugim z moich nagłych, nieoczekiwanych pasażerów. Jego laskę chwytam w dłoń, wrzucam do bagażnika, tuż przed czołem wkurwionego autobusu. I odjeżdżamy, z tej wrogiej zatoczki. Budynek PAST-y zostawiamy z prawej.

A potem podróż, dość krótka, na bliską Wolę.  Serio, sto pytań miałem w głowie, nie zadałem ani jednego, przez tę trasę. Bo o co tu się pytać, o to jak umierać, gdy warszawskie lato aż śpiewa?

Zatem bez słowa dowożę ich na Płocką. Pierwszy pan, ten o lasce, wysiada powoli, trochę mu w tym pomagam. Drugiego wiozę też niedaleko, na Sokołowską.

Wysiadając domaga się zapłaty, wciska mi dychę, na siłę.

Weź-tu-weź. Nie mam wyboru.

Nic to, kupię znicz.

One thought on “Warszawski”

  1. Szulczyk says:

    Panie Pawle, dzięki…

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider