Mecenas

 

Mecenas wychodzi do pracy o normalnej godzinie, jak każdy biały człowiek. Tuż przed dwunastą w południe widzę go, gdy zbliża się cienistą alejką, wychodzi zza kutych płotów, strzyżonych żywopłotów.  Wiek plus-minus trzydzieści, ubrany dość każualowo, w końcu piątek mamy. Jakieś jasne sztruksy, markowa koszula rozpięta na trzy guziki pod szyją, zakasane dość wysoko rękawy. Ajmsołfakingkul – prawie krzyczy.

Nadchodzi dziarsko, mimo że dość mocno objuczony. W lewej dłoni laptop w czarnej torbie, do tego aktówka, też czarna, tylko z rączką. W prawej targa papierową eko-torbę z zielonym rysunkiem rozjebiaszczo uśmiechniętej żaby na boku. Eko-market, złoty-pięćdziesiąt sztuka, za papierową. Za to butelki w tej torbie już nie do końca eko. Bardziej czarne chivasy, złote jacki. I inne tekile, kaktusy palcami meksykańskiej młodzieży zbierane. Wszystkie puste, widzę jak już jest przy astrze, obdrapane z banderoli szyjki stukają w tym post-recyklingu jedna o drugą głuchym ‚dzyń-dzyń’. Jest i jedna plastikowa, po coli.

– Pan poczeka chwilę, muszę butelki do kontenera odstawić, a potem jedziemy na Twardą, do mojej kancelarii – rozkazuje Mecenas, wrzucając torbę z laptopem oraz aktówkę na tylne siedzenie. Po czym oddala się w stronę przydomowego śmietnika, tfu! altanki. Przedtem wyłuskuje tę plastikową po coli spośród jej szklanych alko-towarzyszek nocnych libacji, chwyta w wolną rękę.

#segregacja. Wiadomo. Znam się. Plastik ze szkłem się mocno gryzie*.

Po chwili typ wraca. Już jest na pokładzie, ruszamy w stronę centrum. Jest kurewsko gorąco na zewnątrz, za to u mnie w aucie pomnóż to gorąco razy 3. I to co najmniej. Klima nie działa, trochę sępię tej stówy z hakiem na nabicie. Liczę na arktyczny klimat, chłodne masy powietrza polarno-morkskiego, jakiś głęboki front, najlepiej znad Skandynawii. Z reguły się sprawdza tego lata.

Akurat nie dzisiaj. Upał jak sam diabeł, żadnej chmurki na niebie. Nic, to trzeba będzie odżałować, myślę. Skoro mam mecenasów, elity wozić, mojom lymuzynom. Inaczej niskie oceny, jedynki, uber zawiesi i co dalej. Serio, z klimatem nie ma żartów.

Tymczasem staram się wybrnąć z tej sytuacji. Zwłaszcza, że we wstecznym widzę, jak Mecenas na tylnej kanapie jeszcze wyżej podwija rękawy top-koszuli, już i tak wysoko podwinięte. Zaraz czwarty guzik u koszuli będzie grany. Pot rzęsisty ma na czole, podobnie jak ja.

– Bo wie pan, ja bez klimy jeżdżę, tak bardziej eko – mówię, szukając zrozumienia w jego oczach we wstecznym lusterku. I precyzuję – Lasy, puszcza, korniki. Dziura ozonowa. Dlatego bez klimy.

Ewidentnie brnę w tej wypowiedzi. I grzęznę, jak w biebrzańskim mule. Na szczęście u mojego pasażera dzwoni komórka, tuż zanim strzeli we mnie celną ripostą. Odbiera telefon.

– Halo, no cześć. Już jadę, zaraz będę w kancelarii – słyszę jak mówi do słuchawki, pomimo huku opon na asfalcie, przez otwarte okno. I dalej słyszę – no tak, wiem, że wtopa. Że Jureczka przymknęli. Bo on głupek jest, sam się prosił.

Podgłaśniam muzę. Jakoś nie interesuje mnie historia Jureczka. Niestety, Mecenas daje znaki, z tylnej, żebym przyciszył. Widać słabo słyszy w tym huku. Po chwilowym wysłuchaniu swojego rozmówcy odpowiada, nadal z uśmiechem, na mocnym czilu:

– Ano tak, że głupek. Raz, że wziął trzy bańki pod zastaw tej willi na Chocimskiej, choć wcale jej nie miał. Dwa, że ojebał kolejne dwa miliony na remont na lewe kwity, na fundusz, mimo że chuja tam się działo. Więc ma teraz za swoje, niech się chwilę postresuje Jureczek, hahaha – śmieje się Mecenas.

A potem zasłania słuchawkę, przez chwilę i mówi do mnie, mruga konfidencjonalnie:

–  Widzi pan? Aleee duperka na jedenastej. Tu, przed nami – pokazuje mi palcem.

Faktycznie, dziewczę jak samo złoto. Króciutka spódniczka, duży cycek, długaśne, opalone nogi. Jak lubię. Panna właśnie przechodzi przez Jana Pawła, tuż przed rozgrzaną maską astry. Zbliża się, przyspiesza, przebiega, wsiada do tramwaju pomiędzy pasami. Ja skręcam w prawo, w Twardą. Staję pod adresem, czekam aż Mecenas skończy rozmowę. Trwa to może pięć sekund, nie dłużej.

– Już jestem pod kancelarią, nic się nie martw. Max za trzy godzinki wyciągnę Jurasa – mówi Mecenas do słuchawki. I rzuca żarcikiem – Niech trochę schudnie, z tego stresu, przyda mu się, na tych naszych Madagaskarach, one tam chude jak patyk podobno są.

Hahahaha. Słyszę jak obaj rozmówcy się śmieją. Potem Mecenas wysiada.

U mnie nadal kurewsko gorąco.

____________________

* Mam dwóch kumpli, zdeklarowanych ekologów. Fanatycznego i pragmatycznego.

Ten fanatyczny godzinami oddziela papierową naklejkę od plastikowej butelki po kefirze. Przy użyciu specjalnego nożyka do oddzielania papierowych naklejek od plastikowych butelek. Potem butelka do kosza żółtego, szczątki naklejki do niebieskiego, na makulaturę. Dobry kwadrans potrafi trwać to oddzielanie, jak klej mocno trzyma. Więc fanatyczny zawsze spóźniony.

Temu pragmatycznemu butelki z kefirem koło chuja latają, on jest ekologiem przez duże E. W swoim czasie kupił kilkanaście hektarów gruntów rolnych, rozsianych po podwarszawskich wsiach, z reguły nad wodą. Świder, Wkra, inne dopływy. Rzeczki, rzeczułki. Tereny mocno zalewowe, więc kupił za bezcen. Ba, wszyscy się w głowę pukali, czemu to kupił. Ryż będziesz hodował? Śmiali się. On też się śmiał, tylko kilka lat później.

Jakiś czas temu byłem na skromnej parapetówce, u tego pragmatycznego. Akurat wtedy nabył apartamencik, przy Drewnianej 9 na Powiślu. 160 m2, najmniejszy w ofercie. ‚Taka pakamerka’ – śmiał się znad szklaneczki japońskiego łyskacza – ‚Natura 2000 sponsoruje’.

Na swoje rolne włości rzadko zagląda. I tak stoją odłogiem, chaszcze dzikie na nich, więc po co. Wpada tam, gdy jakaś kontrola ornitologów się zbliża. Upewnia się, czy instalacja, co nadaje odgłosy lęgowe ptaków chronionych nadal działa bez zarzutu.

Jest chłopem bezrolnym. Za to przy kasie.

Dodaj komentarz

Arrow
Arrow
Slider