OŁ-DI-EL-OŁ-TI-ŁAJ

W dalekich Łomiankach czeka na mnie Abdul. Jest wczesny wieczór, krótko po 22-giej. Chwilę to trwa, zanim go zgarnę, nawigacja słabo uwzględnia wakacyjne, łomiankowskie remonty nawierzchni, większość dróg ślepa, zamknięta zanim dojadę. Albo jednokierunkowa. I to w całkiem przeciwnym kierunku niż Abdul, ten jeden kierunek. Dobrą chwilę błąkam się po Łomiankach, jak dziecko we mgle. W końcu bingo, trafiam, Abdul wsiada do wozu.

No szejkiem z zatoki perskiej to on raczej nie jest. Nie ten strój. Nie nosi tych wszystkich białych powiewnych szat, kółeczka na głowie, innych pierdoletów. Chociaż nie wiadomo, jak szejkowie noszą się poza ojczyzną*. Na terrorystę też raczej nie wygląda, jest jakaś ulga. Nie to, żebym wiedział, jak wyglądają terroryści, ale chociaż jakieś walizki na bomby pewnie mają, albo co. Domyślam się z tefauenowskich obrazków lotniska w Brukseli i paru innych. Mój pasażer na szczęście bez bagażu, w ciemnym garniturze, ciemnym krawacie I w ciemnej karnacji, co pasuje do imienia.

Kurs do centrum Warszawy, do Marriotta. Okej, mi pasuje. Ważne, że do cywilizacji jedziemy, do miasta, do ludzi.

Niedługo potem, jak wystartujemy, Abdul pyta mnie po angielsku, czy mówię po angielsku.

– Jes aj du, Abdul. – odpowiadam. Choć szczerze, słabo chce mi się gadać.

Za to pasażer jest wyraźnie rozmowny. Pochyla się do przodu, zaczyna opowieść o swoich przygodach dzisiejszego dnia. O tym, że dziś rano przyleciał do Polski, z Kairu. W delegację /biznes trip – ju noł – biznes, biznes/. Że po męczącym dniu w biurze postanowił poszukać towarzystwa słynnych z gościnności polskich dziewczyn /polisz gerls – ju noł – fejmus gerls, hospitality/. Zwłaszcza w Egipcie.

Że zebrał w tym celu kilka kolorowych ulotek zza szyb zaparkowanych samochodów pod hotelem. Że zadzwonił. I że dwie, po kolei, odwiedziły go w hotelu. I wcale nie były to te, z kolorowych ulotek, ani za grosz podobne do polskich turystek, które widział w Kairze. No chyba, że do babć tych na ulotkach podobne. Że obydwie, odprawił na progu, płacąc solidnie, bo duży kolega /big boj – ju noł – wery macz big/ stał tuż obok.

I że w końcu, zdesperowany zszedł do hotelowej recepcji. Tam powiedzieli mu, że najlepsze dupy są… w Łomiankach. Więc pojechał limuzyną spod hotelu pod podany adres. Za dwie stówy. A w Łomiankach, sami wiecie. Natknął się znowu na te same babcie, tych z obrazka, zza wycieraczek, tych turystek. A teraz wraca ze mną do hotelu.

– I co, Abdul, nie poruchałeś w delegacji? – pytam się przez zagłówek. /ziroł faking on biznes trip, Abdul?/

– Nie, nie, nie – obrusza się Abdul. I dodaje  – bez ruchania, tylko masaż /noł, noł,  noł faking – dżast masaż, masaż/

Hahaha, akurat. Desperat wieczornego masażu się znalazł, myślę, i to spod piramid. A co, fotele za dwa zeta w recepcji nie wystarczają? Okej, niech ci będzie, łomiankowski bohaterze z opaloną skórą. Uratuję twoją delegacyjną dupę, a co. Polecam mu stronę internetową, gdzie zdjęcia zweryfikowane, podobno. Przynajmniej te niektóre.

– Wpisz w komórkę, Abdul, stąd zamów – mówię. I literuję, wyraźnie – OŁ-DI-EL-OŁ-TI-ŁAJ – dot piel.

Śniadawy stuka w wirtualne klawisze łapczywie, aż się cały spocił. Chyba dlatego słabo mu to wpisywanie wychodzi. literki się gubią, mimo że literuję powoli, trzeci raz. OŁ-DI-EL-OŁ-TI-ŁAJ – dot piel. Nic z tego.

W końcu zrezygnowany podaje mi wypasionego arab-ajfona, przez zagłówek astry.

– Ty wpisz, kolego – mówi /ju tajp, maj frend/

Wklepuję, oddaję telefon w wyciągniętą dłoń Abdula.  Akurat stoimy na skręcie w lewo, łapie nas czerwone przy samym hotelu, na Emilii Plater. Abdul już nie gada ze mną, ślini się do ajfonowego wyświetlacza, kciukiem przesuwa, powiększa, tę mnogość opcji, polskich gościnnych masażystek.

Elegancko i z fasonem, cóż że astrą pośród meroli podwożę go pod samo wejście do hotelu. Jakiś pedalsko-czerwono ubrany gość w śmiesznej czapce, otwiera tylne drzwi z niskim ukłonem. Abdul prawie go nie zauważa, frenetycznie wlampiony w wyświetlacz ajfona. Po prostu wysiada, portier delikatnie zatrzaskuje za nim drzwi, ja powoli odjeżdżam, bo podjazd mocno zastawiony lux-autami.

Po chwili słyszę nagły łomot w szybę obok mnie, po prawej stronie. To Abdul, gestami dłoni każe mi opuścić okno. Tak robię.

Przez uchyloną szybę podaje mi tipa, niebieskiego Kazimierza, co Polskę zostawił murowaną. Całe pięć dych, bez słowa podaje. I bez słowa odbiega, wzrok nadal wlampiony w wyświetlacz, tak frenetycznie. Znika za obrotowymi drzwiami Marriotta.

Kurwa, jednak szejk, myślę odjeżdżając, chowając pieniądz do portfela.

O szczęściaro, co poznasz Abdula.

______________________

* kiedyś, dobre kilka lat temu, leciałem Lufthansą z Frankfurtu do Abu Dhabi. Też w delegacji, jak Abdul w Łomiankach. Przy wsiadaniu do samolotu, na lotnisku we Frankfurcie uderzyła mnie mnogość fantastycznych dziewczyn, smagłych, śniadawych, w obcisłe dżinsy, w krótkie spódniczki ubranych. Niestety, żadna nie usiadła koło mnie, zamiast tego spoconego grubasa i staruszkę miałem obok siebie.  Prawo Marfiego, wiadomo. Ale nie o tym chciałem.

Otóż jakąś godzinę przed lądowaniem w Abu Dhabi, te wszystkie laski śmignęły do pokładowych kibli. Aż kolejka się ustawiła i to gruba. W niej same laski, czekały, aż kolejna wyjdzie z kibla. A te wychodziły, jak po metamorfozie, dotknięciu magicznej różdżki, całkiem zmienione. W tradycyjnych strojach, w burkach, same oczy wyglądały znad zagłówków foteli airbusa.

Jakoś dwa dni potem wracałem, z Abu Dhabi do Frankfurtu. I cała historia się powtórzyła, tylko odwrotnie, jak taśma przewinięta wstecz. Kolejka zaburkowanych, bezpostaciowych-postaci ustawiła się do kibla chwilę po osiągnięciu wysokości przelotowej. Grzecznie czekały, aż z kibla wyjdą te co wcześniej wstały, po kompletnej metamorfozie. Smagłe, śniadawe, w krótkie spódniczki ubrane.

Tym razem miałem szczęście, dwie z nich usiadły koło mnie.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider