Aussie

 

Dzisiaj piątek, więc robię wyjątek. Jeżdżę w dzień i w blasku słońca nad Warszawą, w korkach. Choć słabo mi to idzie, po prawdzie, ja, nocny król warszawskich szos jestem trochę zagubiony w tej widności dnia, w upale kamienic przy jerozolimskich. Nietoperz, batman, ten koń z pokładu ze szkolnej lektury, co w totalnej ciemności orze w czeluściach bezdennej kopalni, o tak. A tu nagle dzień, zmiana klimatu,  nagłe słońce, co tak kurewsko praży mi oczy. Nie moja bajka, nie mój film.

Przedłużony sierpniowy weekend wokół, Warszawa pusta, jakby jakąś bombę kim-dzong-któryś zrzucił na pałac Krasińskich, pod budynek sądów, trybunę trampa, na moje miasto, wiernego sojusznika Hameryki przycelował i trafił. Ot tak, doleciała, pomimo macierewiczowskich patriotów nad Biebrzą, nie złapały.

Reżimowa, koreańska bomba i łup-bęc, i chuj. I wszyscy wyginęli. I nikogo nie ma. Ot. Jest życie a po chwili go nie ma. Dość smutna historia. Jestem lekko oszołomiony, tym dziennym światłem, jak widać.

Jaram stoicko oparty o maskę mondziaka, wokół nudy-dłużyzny. Trochę martwię się o naszą cywilizację, a trochę nie. Już nawet papieros nie smakuje, nikotyna dociera nie tam, gdzie trzeba, w ustach suchy kapeć zamiast euforycznego sztacha. Solidnym pstrykiem wypierdalam niedopałek, wpół-spalonego kiepa wprost pod opony nadjeżdżającego solarisa. Zblazowany kierowca nawet nie hamuje. Po prostu wygraża mi pięścią przez otwarty lufcik, solidnego faka pokazuje. Olewam to.

Musze do jakiejś Żabki zawinąć, mają promocję na Muszynę, niecałe dwa złote za dużą butelkę, mineralną. Innych wód nie pijam, w końcu dbam o kondycję, minerały dostarczam, te wszystkie mikro-elelemelenty, co wiadomo że trzeba dostarczyć. Inaczej ukatrupi warszawski sierpień, bezlitośnie. I klops, nie ma cię, najwyżej zrobisz pasek na tevauenie. Setna ofiara morderczych upałów, jakoś tak. Jak dobrze trafisz, w tego setnego.

Krótko zanim wbiję pod Żabkę ‚Ting-ting’, łapię zlecenie, zamawia niejaki Jack. kilkaset metrów przede mną, pod Novotelem. Waham się, czy nie anulować kursu, pewnie cudzoziemiec, podjedziemy pod Łazienki co najwyżej. Albo na staromiejski rynek, żeby pozwiedzał juneskie zabytki z cegieł Szczecina zbudowane.

Ostatecznie podjeżdżam, daję mu dwie minuty na podejście, najwyżej. Potem anuluję zlecenie, odjadę.

Jack okazuje się być Dżekiem, wcale nie Jackiem. I do tego szybkim*, po niecałej minucie już jest przy wozie. Dwie ogromniaszcze walizki taszczy za sobą. Jest dosyć zmachany, spocony, nie dziwię się, słońce w końcu nieźle operuje.

Po chwili walizki już w aucie. I one, i Dżek. Jedziemy na Kabaty, zaraz po wystartowaniu mój pasażer zadaje pytanie, z tych egzystencjonalnych raczej, sensu życia dotyka.

– Opowiedz mi o polskich dziewczynach, Pavel, jakie one są – pyta po angielsku. I dodaje – Bo, że piękne, to już wiem.

No i weź tu odpowiedz, jestem w kropce. Bo od czego by tu zacząć. Od sierpniowego ciepłego wiatru, co muska włosy tych polskich dziewczyn, niedbale podwija ich sukienki? Czy raczej od ich uśmiechu, spojrzenia jasnych oczu, nieco figlarnego, takiego, że eh… Mój angielski nie ogarnie tego, nie mam szans. Poza tym kursu na Kabaty nie starczy, żeby to wszystko wytłumaczyć.

Zamiast tego odwracam pytanie:

– Opowiedz mi lepiej swoją historię, Jack. – mówię.

Mój pasażer ożywia się, zaczyna opowiadać. I to dość chętnie, ja prowadzę, kierunek południe Warszawy, mamy czas. On snuje opowieść o tym, że trzy tygodnie temu rzucił dobrze płatną robotę w Perth, w Australii, po to żeby właśnie, żeby żyć, a nie tkwić. Że wybrał sie do Europy na wycieczkę i że trochę jeszcze kasy ma, ale nie za dużo. Że we Frankfurcie napadli go, jakieś brudasy – derty gajs – zajebali mu ajfona  i portfel. Dopiero teraz, w Warszawie kupił taniego androida. I że na nowym koncie, na tinderze, tu w Warszawie, spotkał dziewczynę swoich marzeń. Kasię z Kabat.

Byli razem na piwie wczoraj, teraz jedzie do niej trochę pomieszkać. Może dzień, może pięć, może całe życie. Kto wie., jak długo. Nie, nie rżnęli się, jeszcze, choć bardzo by chciał. Odpowiada na moje pytanie.

Potem, na sam koniec, gdy już parkuję pod blokiem na Kabatach, Jack ponawia swoją kwestię, z początku kursu:

– Opowiedz mi o polskich dziewczynach, Pavel, jakie one są – pyta po angielsku. I dodaje – Bo, że piękne, to już wiem.

–  Szybkie są, Jack. Piękne i szybkie. Nie spóżnij się. – mówię.

Więcej nie mogę mu pomóc.

 

_________________

  • Taki suchar mi się przypomniał. O szybkim Lopezie:

Szybki Lopez posuwa panienkę u niej w domu. Nagle dzwonek do drzwi. Ona mówi, całkiem serio:

– Musisz spierdalać, Lopez. To mój mąż.

Szybki Lopez spierdala, przez balkon. Panienka ogarnia się, otwiera drzwi.

Za drzwiami stoi szybki Lopez. I mówi:

–  Zapomniałem skarpetek.

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider