Pisarz miłości

 

Gdzieś na Chomiczówce łąpię zlecenie. Zaraz ogarnę pasażerkę Tricię, mam niewiele ponad kilometr do niej. Odbijam z Conrada w prawo i powinna być, dwa skręty i drobne tuż-tuż pokazuje nawigacja. Nic z tego, zamiast przelotowej drogi jakieś patriotyczne słupki białoczerwone, za nimi prostokątny śmietnik na kółkach, pękaty, syty, bo nakarmiony milionem puszek po piwie wypitych przez okoliczną młodzież. Aż mu się ulewa, spod żółtego dekla. Suche-opakowaniowe, na ekologii trochę się znam.

Wbijam głębiej w beznadziejny labirynt pieszo-jezdnych ciągów pomiędzy wielką płytą, parkingami a pstrokatymi altankami śmieciowymi. Nazwiska pisarzy na niebieskich tabliczkach patronują tym zakop-uliczkom. Wszyscy mocni piórem, przyprószeni patyną kredy szkolnych ław. Balzac, Petofi, Horacy. I Czechow, u którego strzelba w trzecim akcie wypala. Coś tam przypominam z licealnej ławy, dawno temu.

Marny to sukces, skoro do Tricii nie mogę trafić, za chińskiego chuja. Grzęznę w kolejnej ślepej, znowu zawijam na trzy, zawracam pomiędzy zaparkowanymi autami, bardziej oddalam się od mojej pasażerki, niż zbliżam.

–  No żesz jasny chuj! – Klnę wylewnie, głośno przez otwarte okno w astrze, klima nadal niezrobiona. ‚Uj-uj-uj…’ – gaśnie echo moimi słowami w wielkiej płycie.

– Albo dwa! Ha-ha-ha! – Słyszę rechot z któregoś z miliona otwartych okien.

Tu nic nie dziwi, wiadomo. Chomiczówka*.

Po zawrotce kolejna przeczniczka, tym razem Szekspira, miga mi na niebieskiej tabliczce. Angielski sztuk-mistrz prowadzi auto do następnego rozwidlenia, zatrzymuję się, nawigacja nadal bezradna. W prawo albo w lewo. Być albo nie być. Obstawiam lewo, skręcam i bingo, po stu metrach znajduję Tricię. Jednak być.

Tricia okazuje się być całkiem swojską Trycją, czyli Patrycją. Nie jest sama, dwie koleżanki jak cienie podnoszą się wraz z nią z przyblokowego krawężnika, wyrzucają wpół dopalone szlugi na rachityczny trawnik. Zatrzymuję wóz, one podchodzą. Trochę się kolebią, każda trzyma flaszkę w dłoni, każda inną, każda sporą. Wyglądają nieco jak klony,  w obcisłych szorcikach, w białych conversach z wysokimi, wzorzastymi skarpetkami. I mocno wydekoltowane. I w mega mocnym makijażu. Serio, fajny widok, gdy tak nadchodzą. Warto było błądzić.

– Kurwa, trochę tu po nas jechałeś, Paweł – krzyczy Patrycja.

– Noooo, trochę tak – przyznaję jej rację. I dodaję, trochę dla załagodzenia atmosfery, a trochę żeby wiedziała, że swój chłopak podjechał – Kurwa. Pojebane te uliczki u was, sama powiedz.

O oceny dbam, jak o nic. Mimo spóźnienia. Prostym słowem łapię kontakt z klientką.

#kursnapięćgwiazdek.

– Taaaa. Pojebane i to mocno. Jak sam chuj – Patrycja, udobruchana, śmieje się do koleżanek, przez ramię – Wsiadajcie siostry.

Dziewczyny też się śmieją, któraś jakimś żartem rzuca. Gramolą się do auta, wszystkie trzy na tylną kanapę. Pewnie im ciasno, myślę. I gorąco. Raz że gorący wieczór, ponad trzydzieści na termometrze w wozie, choć już dobrze po północy. Dwa że blisko siebie siedzą, uda o uda ocierają. Trzy, że alko grane. I to w dużej ilości. Ich sprawa, przedni fotel wolny, jak by co.

– Na Parkingową lecimy, Paweł – krzyczy Patrycja z tylnej kanapy – Na balet.

– Serio tam? Już myślałem, że do Teatru Wielkiego na Dziadka do Orzechów, właśnie balijet balszoj podjechał – Nie, wcale tak nie odpowiadam, w końcu walczę o ocenę w uberze. A cynizm nie popłaca. Zamiast tego ruszam, wyjeżdżam z powrotem na Conrada. Skręcam w stronę centrum.

W aucie czuję mocny zapach, kwiatowość całej wyprzedażowej półki z rossmana albo hebe. Plus większość mocnych alkoholi z biedry, w ich oddechach. I kapciowatą miętowość mentolowych eldeków, dopiero zgaszonych. I pot. Mój i ich, wymieszany. Nawet całkiem fajnie pot się miesza w takiej sytuacji: noc, perfumy, zabawa, alkohol. Jak dzisiaj. Zupełnie nie to samo, co w zatłoczonym autobusie linii 113 o poranku, gdy owłosiony pasażer podniesie skrzydło po uchwyt. Inne okoliczności, po prostu, tak sądzę.

Dziewczyny tymczasem sprzeczają się na tylnej kanapie, która co piła, a która co jeszcze wypije.

– Mam żubrówkę jeszcze, na dwa grzdyle dla każdej zostało – ocenia ta z prawej, mrużąc umalowane oko, przechylając butelkę w rytm mijanych latarni przy generała Maczka.

– A ja wermut, pijemy wermut – szybko odpowiada ta przy lewym oknie, słyszę tuż za moim uchem.

– Najpierw dopijamy łyskacza – godzi koleżanki stanowczo Patrycja. ta pośrodku. I dodaje – w końcu najdroższy był, nie może się zmarnować.

Stuk, stuk, brzęk, łyk, brżęk, łyk, łyk. I jescze raz: łyk. Na do dna. Potem wzdech. Potrójny. Już bez brzęku. Łyskacz dopity.

Chwila ciszy, potem odzywa się ta z lewej, za moim fotelem.

– A tak w ogóle, to co tu tak smętnie u ciebie w aucie. Nie masz jakiejś lepszej muzy? – pyta.

Akurat zabrałem wszystkie graty z auta, wymieniam astrę jakoś na dniach. W tym całą czarną muzę zgarnąłem do mieszkania. Więc pech. Coś tam przełączam kciukiem, pomiędzy stacjami. Wszędzie to samo, komercja czy nie-komercja, wszystkie radiostacje po nocy ogarniają zaiks, polskie rege grają, w tygodniu po północy. Totalnie nie pasuje do klimatu w astrze. W końcu łapię VOX efem, na sto-czwórce.

–  Oooo, to zozstaw Paweł! – krzyczą panny z tyłu, każda oddzielnie i wszystkie razem.

Zostawiam ten hit spod lubelszczyzny. W sumie okej, jest mocny rytm, są mocne słowa. Dziewczyny podchwytują momentalnie, opór odchylają szyby. Wirują dłońmi przez okna.

‚Świruj, świnio, tańcz, świruj jak pojebana,
Pójdziemy do WC jak już będziesz pijana,
Świruj, świnio, tańcz, to Tequila Sunrise,
Napiszę „tu byłem” magicznym długopisem.’

Łapię się na tym klimacie, podduszam gaz. Tniemy mocno przez Jana Pawła. Stówą przecinam Nowolipki, na mocno spóźnionym żółtym. Patrzę w wsteczne, psów nie ma. Widzę trzy rozśpiewane alkopanny na tylnej kanapie.

I jak tu nie lubić tej roboty.

________________________

* Filmik poglądowy załączam poniżej. Właśnie tak jest, na Chomiczówce. Do tego fajna nuta. Pamiętacie?

 

cytat z tekstu: ‚Pisarz miłości’ utwór Braci Figo-fagot. Albo jakoś tak.

2 thoughts on “Pisarz miłości”

  1. Magda says:

    To piwka do samochodu nie można, ale inne alkohole już tak? Pozdrawiam 😉

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Haha, nie do końca. Zero płynów zewnętrznych, twarda zasada obowiązuje. Po prostu astrę zdawałem na dniach i miałem lekko wyjebane.

      Pozdrawiam ciepło,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider