Być jak Bułhakow

W przykrótkich czarnych bermudach z podbiciem koloru szarości, posuwistym krokiem kierowcy , wczesnym rankiem czternastego dnia letniego miesiąca sierpień pod krytą dachem osłonę parkingu łączącą oba skrzydła dawnej stacji Statoil wyszedł kierowca ubera, Paweł Grott. Kierowca ponad wszystko nienawidził zapachu oleju z makdonalda , a dziś wszystko zapowiadało niedobry dzień, ponieważ woń frytek prześladowała kierowcę od samego rana.

Miał wrażenie, że frytczany aromat sączy się z rosnących na trawnikach klonów i topoli, że z wydzielanym przez obsługę stacji odorem potu i dresowego rynsztunku miesza się zapach znienawidzonych frytek. Z zabudowań na tyłach bloku, gdzie mieszkała przybyła do Warszawy ekipa przyjezdnego zaciągu Prokariatu, aż tu, pod ten daszek na Statoilu, napływał poprzez górną kondygnację ogrodu gorzkawy dymek świadczący, że ich żony w ślepych kuchniach przy ulicy Miedzianej zaczęły już gotować obiad, i w tym dymku także była domieszka oleistych frytek.

“Za cóż mnie tak karzecie, o bogowie?… Tak, to bez wątpienia znowu ta niezwyciężona, straszliwa choroba… migrena, przy której boli pół głowy… choroba, na którą nie ma lekarstwa, przed którą nie ma ratunku… Spróbuję nie poruszać głową…”

Na terakotowej podłodze stacji przy kasie był już przygotowany kasjer i kierowca nie spojrzawszy na nikogo podszedł do niego i wyciągnął rękę z pieniędzmi. Kasjer z uszanowaniem złożył w jego dłoni wydruk z kasy fiskalnej. I, nie zdoławszy opanować bolesnego grymasu, kątem oka pobieżnie zerknął na stówę, zwrócił kierowcy resztę, powiedział z trudem: – A co, drobniej nie miałeś?

….

 

foto: z wiki

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider