Pierożki od Romana

 

Kończę kurs na Powiślu, podwożę pasażerkę Monikę na Czerniakowską, skrzyżowanie z Okrąg. Rozmowa w aucie słabo się klei choć Monika nawet fajna i nawet i zagaduje, ja raczej monosylabowy. A powód prosty, mocno chce mi się lać i jarać jednocześnie, nie wiem które bardziej. Więc odburkuję na te jej zagadywajki, o pogodzie na weekend, o innych pierdołach. Niestety nie będzie mi dane zajarać ani się wylać po kursie, prawo Marfiego działa jak zawsze niezawodnie. Na ostatnich metrach kursu z Moniką wpada kolejne zlecenie i to niecałe pięćset metrów dalej, na Ludnej róg Wioślarskiej, Przekąski u Romana.

Do tego na mnożniku 1.6, pierwszym tej nocy. Przecież nie anuluję takiego hajsu. Akceptuję odbiór kolejnego pasażera w aplikacji, odstawiam Monikę pod jej skrzyżowanie, ‚Dobrej nocy, panie Pawle – Do zobaczenia, pani Moniko*’, chwila-dwie już podjeżdżam po Łukasza, parkuję równolegle naprzeciwko baru po drugiej stronie Ludnej, akurat jest miejsce.

Nogi na supeł, płuca też. Rurką tchawiczną związane. Oby szybko wyszedł mój pasażer, myślę na bezdechu i bezmoczu, choć nadzieję że szybko wyjdzie mam raczej słabą. U Romana na Powiślu wiadomo, jak zabawa, to za-ba. Całą noc i cały dzień. Wiem, wiem, bywałem. Panie Romanie, jak by co, to serdecznie pozdrawiam. I dziękuję za te nasze rozmowy, pana rady, darmowe wódki, kiedyś. Jeszcze na Krakowskim Przedmieściu to było, kopę lat.

Tymczasem stoję po drugiej stronie Ludnej, wlampiam się w prześwietlone szyby Przekąsek i to mocno. Zaklinam pasażera Łukasza, żeby się migusiem pojawił. Widać mam moc, może i pewne chody gdzieś na górze, chuderlawy typ w środku dostrzega mnie, najpierw macha komórką przez okno, że niby ‚tak, tak, to ja zamawiałem’, potem wychodzi, przekracza ulicę na czerwonym patrząc wymownie w moim kierunku. Błąd, Łukasz, błąd – myślę. Źle patrzysz, nie na mnie. Tu trzeba najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo. Potem przekraczasz. Już w szkole uczyli.

Słyszę nagły pisk hamulców, rozpędzona fabia w ostatnim momencie wymija Łukasza, co akurat przekroczył środek Ludnej zbliżając się moją stronę.  ‚Bladź!!!’ – wyraźny okrzyk kierowcy skody w trakcie manewru przez uchyloną szybę. Właśnie tak ukraiński uberowiec gna po mnożniki nad Wisłą.

Łukasz, niezrażony podchodzi do wozu, gestem dłoni pokazuje, żebym uchylił szybę. Uchylam. Oho, zaraz padnie pytanie, czy pan Uber, myślę.

– Pan Uber? – pada pytanie.

– Witam panie Łukaszu. Tak , pan Uber. A pan wsiada. Tylko szybko, szybciutko – mówię.

Naprawdę chce mi się lać. I jarać też. Szybko skończyć kurs to priorytet. Aha.

– Pan chwilę poczeka – mówi do mnie Łukasz i palcem wskazuje w stronę baru – moja dziewczyna właśnie zamówiła pierożki.

WTF? Zaskakuje mnie. Jestem chwilowo zawieszony na pierożkach. Łukasz dostrzega moje zawieszenie, więc dodaje, uspokajającym tonem:

– Minutkę to potrwa panie Pawle, może dwie. Pan włączy licznik. I poczeka. – mówi.

– Mam czekać, aż pana dziewczyna zje pierożki? To jakiś żart. Sorry, nie ma mowy, panie Łukaszu.

Tu jestem stanowczy. Presja na jaranie, sikanie pomaga. Plus słaba opłata za czekanie na uberze. 20 groszy za minutę. Pusty żart. W biedrze na wykładaniu chemii na półki więcej godzinówki dają, niż godzinówka czekania na uberze. Plus utrzymaj z tego auto. Nie, nie zaczekam, nie ma opcji, nie ma bata.

– Ni chuja nie zaczekam aż pana panienka zje pierożki, panie Łukaszu – mówie stanowczo.

– Nie, nie, ona na wynos bierze – Łukasz stara się łagodzić sytuację.

– Okej. Tylko zero żarcia w aucie – uprzedzam lojalnie.

Bo weź tu posprzątaj nadgryzione cząstki pierożków z tapicerki, z prowadnic pod fotelami.  Jeszcze jak z mięsem, albo z serem czy nawet z wiśniami  to mały miki, prosta sprawa. Przejadę mokrą ściereczką w tę i we w tę, pestki wyjmę z zagłębień, wywalę na ulicę  i już, auto gotowe. A co jeśli pierożki z kapustą i grzybami dziewczyna Łukasza zacznie jeść w wozie? Nitki kapusty paskudnie się wkręcają  w różne metalowe części auta, są jak kobiece włosy. Wtedy najgorzej. Wiem coś o tym, trochę jeżdżę, niejedno zbierałem.

– Dopilnuję jej, żeby nie jadła, choć może być ciężko – zastrzega Łukasz. A potem jeszcze dodaje, dość tajemniczo – bo wie pan, ja zawsze pilnuję. Więc pan czeka.

Po czym odchodzi z powrotem w stronę baru, zgarnąć dziewczynę. Tym razem bezkolizyjnie ogarnia powrót, Ludna akurat pusta nic go nie zabija, dociera bezpiecznie, Ja łapię tę chwilę, wychodzę przed auto, odpalam kamela. Przynajmniej płucom ulżę, pęcherz będzie musiał jeszcze zaczekać. Trudno wylać się na skrzyżowaniu Ludnej i Wioślarskiej, nawet przez otwarte drzwi, dużo psiarni wokół. Zresztą sprawdźcie sami, spróbujcie tam się wylać. Zaraz niebieskie ludziki, jakiś mandat, czcze rozmowy. Imię matki, imię ojca, adres zamieszkania, Takie rubryki mają.

Zaciągam się słodko-słonym dymem z kamela, walę grubo w płuco zamiast w krzaki..

***

Jedziemy mondziakiem, mam ich na pokładzie. Łukasz, jego dziewczyna i ja za kółkiem, ich nocny kierowca. Duch Romana też z nami podróżuje, wyrażony siatką parujących pierożków na kolanach panny z tyłu. Jebie od tych pierogów na potęgę, kapusta i grzyby są grane, skąd wiedziałem. Trochę gratuluję sobie w myśli.

Jedziemy na Kabaty, ja nogi zaciskam, jak panienka. Przez tę presję na lanie. Co zrobić, zapierdalam mocno, na grubym przekroczeniu. Zakręty ścinam, jak Kubica w rajdzie Barbórki. Nie jest zbyt wygodnie moim pasażerom, na tylnej kanapie, myślę, trochę ich rzuca. Głowę panienki odbija na kościstych kolanach Łukasza. Chuj z ich komfortem, gdy białka żółcią nabiegają.

Trzeci zakręt w prawo, migające żółte, długa prosta, potem delikatnie w lewo, pięćset metrów, znowu zakręt. Ten ostatni mocno ścinam. To przez te zaciśnięte kolana.

Ostro hamuję pod blokiem, jest ich adres docelowy. Łukasz wysiada pierwszy, otwiera tylne drzwi od mondka. Panna trochę macha długimi nogami w krótkiej miniówce, odsłania majtki tuż przed moimi oczami szukając zgubionego ajfona siódemki gdzieś wciśnięteto w tylną kanapę. Podobno.

Podobno, bo Łukasz trzyma jej telefon w dłoni. Ehhh, wysiadaj mówi. Już posłuszna, już wysiada, już ich nie ma.

Łukasz zatrzaskuje drzwi, dość mocno. Nie biję klienta, nie przeklinam życia, Po prostu odjeżdżam.

***

Całkiem niedaleko odjeżdżam, bo w pierwszą przecznicę, zaraz potem jak ich zostawię skręcam w prawo. I mocno hamuję, otwieram drzwi, wychodzę z wozu, zostawiam auto na obrotach. Rozpinam dźinsy i wylewam się na potęgę, kaskada moczu oblewa tylne koło. Trochę paruje, widać tarcze przegrzane. Co za ulga.

Gdy kończę sikanie, ‚Ting-ting’ telefon w wozie, kolejne zlecenie. Gnam z powrotem, nie dopinając rozporka potwierdzam kciukiem kurs. Odległość typu rzut kamieniem. I Imię znajome. Łukasz. Zapinam spodnie, odwracam auto, podjeżdżam. Gość stoi na ulicy, komórka w dłoni, szybko wsiada na tylne.

–  I co, panie Łukaszu, jednak nie dała skubnąć pierożka? – nie mogę sę powstrzymać.

___________

* wysiadającym z auta pasażerkom mówię z reguły  ‚Do zobaczenia’ albo ‚Tymczasem’ zamiast  zwykłego o tej porze ‚Dobranoc’. Choć szansa na to zobaczenie niewielka, jakoś lepiej to brzmi. Nutkę nadziei za sobą niesie.

Oczywiście tym fajnym tylko tak mówię.

fota Pana Romana z mojepowisle.com

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider