Priscilla

 

O szóstej rano w niedzielę zawijam już prawie do domu. Co miałem zarobić, to zarobiłem, kogo nie spotkałem na moich nocnych trasach, tego nie spotkałem. Jakieś alko-niedobitki zagubione plątają sie po rannym mieście, obsługa aplikacji totalnie ich przerasta, miejsce odbioru wbite niewiadomo gdzie, weź tu ich szukaj, najebanych zombie o brzasku. Pusty kurs raz za razem.

W ostatnim zleceniu łapię Priscillę, miejsce odbioru Fredry. Jestem akurat na placu Bankowym, okej, niedaleko, podbiję. Podjeżdżam, długowłosa panna w obcisłych dżinsach wypada mi pod maskę.

– Haj, aj em Priszczilja – mówi. I zamaszystym ruchem ramion przywołuje dwóch brodatych typów, co pod wejściem do klubu jarają szlugi. – Kamon, fast, kamon. Ałer taxi is hir.

Gdy już wsiądą, na krótkiej trasie spod Teatro Cubano przy Fredry do Luster przy Jerozolimskich, taka oto scena na tylnej kanapie mondziaka się rozgrywa. Jest w niej Priscilla, zamawiająca przejazd, jej chłopak i ich kolega, dopiero poznany w klubie. Cała trójka na tylnej kanapie, z przodu koło mnie wolne miejsce. Priscilla i jej chłopak są z antypodów, zaraz ma się okazać, koleś z nimi to Polak, jak najbardziej, choć rozmawiają po angielsku.

Cała trójka w bajecznych humorach, choć mocno wstawiona. Nic to, mocny elektro-bit na parkiecie w Lustrach, plus biały proszek w tamtejszym kiblu na pewno na nogi postawi moich pasażerów, tak myślę.

Przejeżdżamy przez plac Piłsudskiego, z prawej mijając Grób Nieznanego Żołnierza. Zaspane słońce znad dachów Krakowskiego Przedmieścia oświetla beżową kolumnadę potrójnej arkady w podcieniach dawnego Pałącu Saskiego, jeden z symboli Warszawy. Pod nią trzech zaspanych żołnierzy ledwo utrzymuje w pionie bagnety karabinów.

– Fajny pomnik – zauważa chłopak Priscilli. Akurat z jego strony, z prawej mijamy. Priscilla po lewej stronie auta, za mną, kolega z Polski pośrodku, widzę rumianą twarz we wstecznym. Powiedzmy, że Jacek.

– Aha, to druga wojna światowa. To dla upamiętnienia wybudowali. Ogień nigdy nie wygasa. I warta zawsze stoi. – tłumaczy Jacek, po angielsku. I przez chwilę dramatycznie zawiesza głos –  sześć milionów Polaków zginęło…

Nie, nie będę tutaj korygował Jacka*, jest szósta rano. Rozkminki historyczne mało mi w głowie, o tej porze. Zresztą, co ja tam. Tylko szofer jestem, nie przewodnik turystyczny.

Tymczasem odzywa się Priscilla, też refleksyjnie:

– 18 tysięcy Nowozelandczyków też zginęło w tej wojnie – mówi.

Jest to nieoczekiwana iskra na ogień Jacka.

– Super, 18 tysięcy – odpowiada – Porównaj to do sześciu milionów Polaków. I zamknij się lepiej, Priscilla. A tak w ogóle, to gdzie wy walczyliście, gdzieś na Pacyfiku? Wojna była tu, u nas, ta prawdziwa.

W Priscillę momentalnie jakby piorun strzelił, wybucha nagłym gniewem, jak brytyjski krążownik od torpedy u-bota.

– Cooo? Jesteś pierdolonym ignorantem Jacek. Szanuję historię Polski, weź szanuj i naszą – zaczyna krzyczeć w alko-widzie, bronic walczaków spod Auckland. Blond włosy rozsypują się w tym jej gniewie, czuję ich uderzenie na karku.

Normalnie zaraz mu przypierdoli, taka wściekła Priscilla.

A Jacek stoicko odpowiada, śmieje się:

– Jakoś nie słyszałem, o historii oporu w Nowej Zelandi, haha. Może weź napisz książkę, Priscilla – mówi.

– Ty skurwielu, jak śmiesz – krzyczy Priscilla. I zaczyna okładać Jacka po twarzy. Ten się lekko kuli, bardziej śmieje. Ona krzyczy, cały czas – Szanuję historię Polski, uszanuj też naszą.

No nie, co jak co, ale walki na pokładzie mondziaka nie zniosę. Zaraz połamią mi klamki, podsufitki wgniotą, albo co. Zatrzymuję auto wpół drogi, przy Brackiej. Głośno krzyczę, uniwersalnie. Dla uspokojenia sytuacji w wozie:

– Fuck. Stop it!

Posłusznie milkną, wracają na swoje miejsca. Choć atmosfera w aucie nadal gorąca. Dojeżdżam pod Lustra. Będą kontynuować tę historyczną dysputę przed klubem, a może jeszcze i w nim. Dopóki alko, albo mefa nie zmiękczy ich serc i uczuć. Wtedy będzie wszystko jedno.

Priscilla, nadal wkurwiona, trzaska mocno drzwiami wysiadając. Aż mondziak jęknął.

Daję jedną gwiazdkę. Za to trzaskanie.

I jadę się wyspać.

_____________

* Jacek nie ma racji. Grób Nieznanego Żołnierza wybudowano w międzywojniu. I służył upamiętnieniu poległych w pierwszej wojnie światowej, wtedy była moda na takie pomniki. W wielu miastach stoją. A najstarsze z nich budowano już w dawnym cesarstwie rzymskim. Ten nowożytny, najbardziej znany do dziś, to Łuk Triumfalny w Paryżu. Pysznie i dumnie wieńczy wysadzaną kasztanami Champs Elysees. Polecam, zwłaszcza w kwietniu.

Loano millesimo dego mondovi… – wyryte w białej kamiennej fasadzie upamiętnia jedną z bitew napoleońskich.

źródło: zwiedzamyparyz.pl

Nawet do warszawskiego trochę podobny. Choć nasz bardziej wszerz, a mniej wzwyż.

 

żródło zdjęcia łuku: zwiedzamyparyż.pl

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider