Rudy anioł

 

Stoję na rogu Widok i Marszałkowskiej, pod domami Centrum, gdzieś pod tiikaj maksem. Na własnych nogach, poza autem, samochód zaparkowany na skos, tuż pod blaszanym ogrodzeniem. Za tym płotem kolejny raz budują rotundę, ten symbol Warszawy okrągły, zębaty, co był, a już go nie ma. Właśnie wyszedłem z siłowni, jest tam jedna taka w Zodiaku, 24/7 otwarta, przed chwilą skończyłem trening. A po mocnym treningu wypada zajarać.

Jest jeden problem, papierosa nawet mam, za to dramatycznie szukam żaru. Jedyną zapalniczkę, którą miałem ze sobą w aucie podły szlag dziś w nocy trafił, kamień zgrzytnął, zaiskrzył i poleciał gdzieś wpizdu. Kolejnej nie kupię, honor nie pozwala. Bo w domu mam niezłą kolekcję, jak dobrze poszukać po kieszeniach znoszonych ciuchów. Plus trzy złote, trochę mi szkoda.

Wokół już jest widno, kilka minut po czwartej rano, niemrawy ruch na Marszałkowskiej. Za uchem zatknięte czerwone Marlboro, jest na bogato, dumny znak że po wypłacie. W końcu mamy dziś czwartek, a w środy uber-przelew. Gdzieś tak od niedzieli do wtorku lecę na wicerojach. Też czerwonych, osiemdziesiąt groszy sztuka, w nocnym na Mirowie są grane. Albo na ruskich lecę, gdy gorzej, z przemytu, z Ogrodowej.  U nich wszystkie marki fajków w jednej cenie. No, może za dawidofy trochę więcej liczą, ci ruscy z ogrodowej.

Nic dziwnego, w końcu bardziej bogatą ramkę mają, na złoto. I filtr biały, taki ekskluziw, że nie wiesz z której strony przypalić. Co z tego, że śmierdzą na potęgę kartonem, jak wszystkie ruskie fajki z przemytu.

Na razie czwartek, szczęśliwy czas. Stać mnie na marlboro. I to z żabki, jest klasa, jest na legalu, nie od żadnych ruskich.

#jestemkowbojem, myślę. I jeszcze #palęmarlboro

Trochę na wyrost, bo nie do końca palę, grunt że zaraz będę. Podchodzę do ludzi, nielicznych o tej porze, wyglądam nikotynowej braci. Szukam ognia, z szlugiem zatkniętym za uchem pytam się rzadkich przechodniów o żar.  Na razie bezskutecznie.

Więc nadal stoję jak ten smętny parasol o bezdeszczu, pytam kilku kolejnych przechodniów o ognia. Wszyscy przepraszają, że niestety, że nie palą, że chcieliby, ale… Kurwa, sami sportowcy. No jak można nie palić, zwłaszcza o tej porze. Pewnie przed warszawskim maratonem ćwiczą nadranne wstawanie, zresztą nie wiem. Szlag mnie trafia coraz bardziej. Receptory wysychają. Alfa, beta, jakieś tam wysychają.

Ruda dziewczyna, piegowata, włosy w kucyk, prawie Fizia Pończoszanka, plus mega zgrabna, w fajnie opiętych dżinsach właśnie wychodzi spod przejścia podziemnego pod rondem. Przypala cienkiego papierosa, na szczycie schodów. O tak, moja zbawczyni, poznaję.

Wiewióra nadchodzi w moją stronę tak się składa, paląc beztrosko. Ja podbiegam naprzeciw. Zbliżamy się. Gdy już tylko pięć metrów nas dzieli łapię jej wzrok, wrzucam koślawy uśmiech, choć to trudne, na niko-głodzie. Pewnie jakiś wariat-podrywacz, myśli laska, choć nie o nią tutaj chodzi akurat.

Tu chodzi o ogień. Chodzi o żar. Nic więcej.

Dziewczyna zatrzymuje się, niskie obcasy wryte w chodnik przy Marszałkowskiej. Aż ślady pewnie zostały na płytkach, jutro pójdę, jutro sprawdzę. Patrzy mi w twarz. Muszę wyglądać na mega zdesperowanego, gdy tak en face stoimy o czwartej rano na Marszałkowskiej, serio. Coś tam mętnie tłumaczę. Po co wszechświat, po co to wszystko. Ważny ogień. Tu i teraz.

‚Poczekaj chwilę’ mówi rudzielec, moja zbawczyni. Wyrzuca kiepa na chodnik, czubkiem baleriny gasi niedopałek. Nurkuje wgłąb workowatej torebki, coś w niej miesza, ogrania dłonią jakieś szpargały, notesiki, perfumiki, kredki, szmatki, dwuzłotówki, tampony. Wszystkie kobiece skarby.

W końcu ma sukces, wyciąga do mnie dłoń, podaje mi grubawą, bikowską zapalniczkę. Taką z kretyńskim wzorkiem, głupawym napisem, co ostatnio ich dużo w rossmanie. Czy to rysunek Mleczki, czy inny tekst rodzaju: ‚Człowieku nie irytuj się’ albo ‚Jest dobrze’. Bądź podobne, sprzedają ich na tysiące.

– To dla ciebie, weź ją, jest twoja – mówi do mnie rudzielec. I śmieje się do mnie, ustami, błękitem oczu pod rudą grzywką.

– Ej, no, jak to… – dukam zmieszany, zaskoczony.

– Powiedzmy, że poranny prezent, od nieznajomej. Wspomnisz mnie za każdym razem, jak będziesz przypalał szluga – panna nadal się śmieje. I dodaje – a teraz wybacz, spieszę się na autobus.

Ja nadal zaskoczony, wmurowany. Dziewczyna zgrabnie mnie wymija, biegnie na przystanek. Buciki robią ‚tup-tup’. Po chwili już jej nie ma, znika w drzwiach pierwszego nie-nocnego pod domami centrum, w stronę Żoliborza. Przez moment się odwraca, macha mi dłonią, na samym wejściu do solarisa. Albo tak mi się wydaje.

Wyjmuję papierosa zza ucha, odpalam, sztacham się mocno. Potem wsiadam do auta, jadę na dalekie Bielany.

Tam łapię Znudzoną Kurwę. O niej innym razem, w całkiem innej historii.

***

Teraz, gdy piszę zapalniczka od rudzielca leży koło mnie, na biurku. Na niej kretyński napis, głupawy rysunek, skąd wiedziałem.

‚Just me and my latte’.

Latte nie pijam, za to faktycznie, wspominam. I kończę historię.

Rudego anioła z Marszałkowskiej.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider