Koko Dżambo

 

Wakacje się skończyły, do Warszawy wróciła młodzież. I hucznie świętuje swój fakt powrotu. Na ulicach, przystankach, w parkach i w skwerach. Z reguły grupowo, zawsze hałaśliwie. Deszcz i chłód im niegroźny, po prostu więcej piją, dla ogrzania. Nadchodzi taki moment, że i oni wracają do domów, wtedy hojnie szastają uber-kursami i to w selekcie. Wożą się na bogato i na wesoło.

Wozić tę naszą młodzież to sama przyjemność. Bywało, że już o tym pisałem, choćby i tu.

Nocne zjawy

 

Tym razem jestem w centrum, nie na białołęckich polach. Jadę pustą Miodową, o piątej nad ranem.  ‚Ting-ting’ wpada zlecenie, UBERselect, odbiór z Bielańskiej. Kurs zamawia pasażer o dwóch imionach, Koko i Dżambo. Już wiem, że będzie nieźle.

Gdy podjeżdżam widzę czarno-ubraną grupkę, trochę zorganizowaną wokół ławeczki przystankowej, a trochę i rozpierzchniętą wokół. W centrum zamieszania kilka postaci, parę też obok. Dwóch kolesi szarpie się za koszulki, browary w dłoniach obydwóm uniemożliwiają celne sprzedanie fangi. Ich kolega tego problemu nie ma, leje wzdłuż żywopłotu mocno chwiejąc się na nogach. Jakaś parka się całuje pod rachitycznym drzewkiem tuż obok, chłopak trzyma obie dłonie centralnie na dupie panny w króciutkich dżinsowych szortach. Też bym tam położył, rozumiem go.

Na ławeczce, w centralnym miejscu leży dziewczyna, kilka osób wokół niej. Ta leży na ławeczce prawie jak na katafalku, z tym że ręce ma rozłożone na boki, dłonie ocierają się o płyty chodnikowe z dwóch stron, symetrycznie. Głowę ma przechyloną w kierunku jezdni, z ust wypływa epicki haft, przez szczebelek drabinki, poprzez jasne strąki włosów dociera siłą grawitacji do chodnika, tworzy różnobarwną kałużę wokół zwieszonej dłoni. Wyrzygana marchewka fluorescencyjnie odbija światło sodowych latarni przy Bielańskiej, takim mocnym pomarańczem. Podjeżdżam bliżej. Oho, jest i groszek. Było bliżej nie podjeżdżać, myślę.

Zatrzymuję auto koło tego towarzystwa, z grona ratujących odrywa się jedna postać, to chyba chłopak, albo dziewczyna, wróć jednak chłopak. Chwiejnym krokiem podchodzi do wozu, puszka piwa w jednej dłoni, a papieros w drugiej jakoś go widać balansują, pomagają utrzymać równowagę. Taki szczupaczek, piwa bez dowodu bym mu nie sprzedał. Coś międli dłońmi,  pokazuje do mnie, kantem puszki zahacza o papierosa, jedno i drugie wypada na ulicę. Koleś kopie tę puszkę co mu wypadła, niestety zamiast tego trafia powietrze tym kopem. I znika z pola widzenia, wali orła tuż przed maską. Przez ułamek sekundy widzę podeszwę konwersa w powietrzu, potem już go nie ma.

Faktycznie, #uberselekt myślę.

I śmieję się do siebie za kierownicą. No kurwa, taki teatrzyk za darmo? Bezcenne. Nadal czekam.

Po chwili gość się podnosi. Najpierw głowa, potem reszta się wyłania sprzed maski mondziaka. Plus uśmiech, taki z cyklu: Polacy, nic się nie stało. Wiadomo, po Danii wytrenowany. Chłopaczek otrząsa się, już jest obok.

Uchylam szybę, pytam z uśmiechem:

– Pan Koko Dżambo? – kurwa, nie mogę.

– Yyyyps! Zzzzawwwwszze – pada odpowiedź. A po niej pytanie – Yyyyyps! Pan wysiada, zrobi sobie przerwę. Yyyyps. Fajna fura, mogę pokierować?

Ekipo, wsiadajcie. Ja na tylne.

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider