Wstęp do historii o Griszce. Kraby i inne

 

Kwadrans przed czwartą rano. Piątkowy dzień z trudem wstaje, tutaj daleki Tarchomin. ‚Ting-ting’ robi telefon, dla mnie w tej chwili to bardziej odgłos skorup morskich krabów, obijających się jedna o drugą, zaczepionych na linkę dzielnego poławiacza-sprzedawcy o skośnych oczach, co wyciąga je na brzeg w krótkich spodniach. A ja, jestem przecież na rajskiej plaży, a gdzież by indziej, przecież nie w insigni, nie na Tarchominie. Podnoszę się z piachu, raczej dość powoli. ‚Hola! Amigo!’ wołam. Zaraz zamówię te trzy największe kraby, na zupę.

‚Dżast luk, mama-krab, papa-krab, bejbi-krab’ – powie poławiacz, śmiejąc się bezzębnie. I poda mi je na chudych wyciągniętych dłoniach, ostrzegając przed złowrogimi, brunatnymi szczypcami. Co tną bezlitośnie, jak nożyce papier. ‚Bi kerfur, maj frend’ –  powie.

Tu u nas jego ostrzeżenie brzmi dość słabo,  banalnie, najwyżej jak reklama francuskiej sieci hipermarketów. Tam, pod zwrotnikowym słońcem nie masz tych skojarzeń. Łapiesz te kraby ostrożnie, omijasz ich szczypce. Boisz się tej rany. Wszystkie będą pyszne, już wiem. Ugotowane na miejscu, pod palmową chatą, wśród nieznanych mi przypraw.

Zajadam się krabim mięsem, wyłuskując tę wilgotną mięsistość nagle ranię palec o ostrą skorupę. Moja czerwona krew, teraz widzę, opada kroplami, miesza się z śnieżnobiałym mięsem kraba, miesza się z moją śliną, z resztkami zupy. Kapie to wszystko, zmieszane. W resztkach skorupy kraba widzę moją krew, obsypaną ziarnami złotego piasku. Zupełnie nie czuję bólu, ukłucia w palec.

Dobieram kolejną porcję. Bejbi-krab tym razem. Mamę i tatę kraba już zjadłem. Pora na ich dziecko. Jakoś nie mam skrupułów. Obcieram brodę z resztek krabowego sosu, wierzchem dłoni. Wyczuwam w nim mocną nutę kolendry, zmieszaną z limonką. I z moją krwią. Smak Azji.

Uwielbiam kolendrę. Uwielbiam Azję. Tam wszystko proste, pachnące. Świeże.

Opycham się w śnie. Telefon milknie. Chuj z nim.

Milknie na chwilę.

***

Znów ‚Ting-ting’. Tym razem nie, nie kraby, jest całkiem inaczej. To grają grube, tombakowe bransolety, na smukłych nadgarstkach skośnookich, smagłych piękności, co tuż obok mnie, na piachu rajskiej wyspy. Grają bransoletami nad moim ciałem, leniwie wyłożonym na zmiętym ręczniku pod palmowym liściem, co słabo chroni od słońca. Mrużę oczy. Nic to nie daje.

W ostatnim przebłysku budzę się, przesuwam kciukiem półprzytomnie w prawo, na ekranie smartfona.

Już wiem. Paweł zbudź się, masz zlecenie. Zamawia Griszka. Ukrainotarchomin wzywa o poranku. Jedź, Paweł, kurwa jedź.

Ogarniam resztki snu z powiek, jakoś nie chcą zejść, nadal mam piasek pod powiekami, mimo że trę i trę. Pewnie zostały kwarcowe okruchy, piasku, myśli, wspomnień z tej rajskiej plaży, na której się przed chwilą wylegiwałem we śnie, w błogim otoczeniu dwóch opalonych, skośnych cud-dziewczyn, pod leniwą palmą. Eh te Filipiny słońcem i urodą dziewczyn, pół-skośnych, pół-Europejek, cudnie wymieszanych, z hiszpańskich czasów.

Widać ciut za wysoko nastawiłem grzanie przed snem w insigni, na dwadzieścia-i-cztery, w obu strefach. Stąd te palmy, stąd te sny.

Na pewno tam wrócę, kiedyś, na Filipiny, na starość. Tymczasem teraz tu Tarchomin, hej ziemia wzywa, tu zlecenie, tu Griszka.

Ostrożnie wycofuję insignię, jest na długiej płycie, niedoświetlona. Czujnik cofania pomaga.

Wykręcam z zatoczki, jadę po Griszkę.

Pod oczami nadal piach.

***

cdn.

_____________

* Autentyczne. Tak miałem na Filipinach. Zupa z krabów plus skośnookie piękności wokół. A każda chciała być moją żoną. A ja niezdecydowany, w tej poligamii. I wybierałem. I nadal, niezdecydowany. I nurk, pod wyśmienite wody, pełne fantastycznych ryb, na rafy. I z powrotem, na piach, pod grające bransolety trzech żon.

Kiedyś napiszę o tym więcej.

Kiedyś tam wrócę.

Kiedyś.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider