Zaradny Griszka

 

Zaczęło się tak:

Wstęp do historii o Griszce. Kraby i inne

 

Ostrożnie wycofuję insignię, jest na długiej płycie, niedoświetlona. Czujnik cofania pomaga.

Wykręcam z parkingowej zatoczki, jadę po Griszkę.

Pod oczami nadal piach.

Jadę dość niedaleko, otwieram szyby po obu stronach auta, rześkie poranne podmuchy tarchomińskiego wiatru są dość wilgotne, w końcu Wisła tuż obok. Grunt, że budzą mnie, wydmuchują resztki orientu z mojej głowy. Gdy wyjeżdżam na Modlińską jestem już całkiem rozbudzony. Zanim zmarznę zamykam okna. Już jest okej. Chwila moment i podjeżdżam pod miejsce odbioru, pod przystanek. Na nim żółto-czerwony solaris komunikacji miejskiej, wokół grupka postaci. Jedna z nich na mój widok odrywa się od pozostałych, macha jasnym prostokątem telefonu w stronę insigni. Oho, oto Griszka, mój pasażer.

Kierunek w prawo, staję w zatoczce zaraz za tylnymi światłami autobusu. Chyba się zepsuł, jak w tym starym kawale o wycieczce downów. Zepsuty autobus o czwartej rano. Już wyobrażam ten wkurw pasażerów. Przecież nie dla przyjemności nim jadą o tej morderczej porze, tak sądzę. To nie grupa wycieczkowiczów podziwiających kolumnę Zygmunta z górnego pokładu londyńskiego dabel-dekera. Bardziej podwarszawski prokariat jedzie podmiejskim do pracy na nędznych śmieciówkach. Wśród nich i Griszka.

Właśnie podchodzi do mnie, ruchem dłoni pokazuje, żebym uchylił szybę.

– Pan Pawieł? – pada pytanie, z mocnym wschodnim akcentem.

– Tak. Tak. Da. Da. Nu, kanieszna. Dawaj Griszka – odpowiadam. – Nie opierdalajsia.

– Pan momiencik zaczeka – mówi do mnie Griszka, po czym odwraca się do grupki postaci na przystanku. I krzyczy w ich stronę, ze wschodnim zaśpiewem – Jedziom do miasta, na cientralny wakzał, na dworzec. Mogu zabrać, kamu po drodze.

No, ekonomia współdzielenia w pełnej krasie, myślę. O czwartej rano na Tarchominie. Plus przyjaźń polsko-wschodnia. Okej, zobaczymy co dalej.

Kilka osób podchodzi do wozu, są w czapkach, w grubych kurtkach. Już jesień, przemyka mi przez myśl, jak szybko to lato minęło. Wszyscy chcą jechać. Griszka bawi się trochę w selekcjonera na Mazowieckiej, albo spod Teatro Cubano. Tylko, że tam z reguły dziewczyny, a tu on, Griszka. Pani i pan wiada, a pani nie. A ja? Też nie, i to długo-długo nie. I tam patrzą na ciuchy, na buty, a tutaj to bez znaczenia. Tu wszystkie tanie, wszystkie z gazetki Lidla. Bądź podwarszawskich sekondhendów.

Po chwili mam już komplecik w wozie, trzy kurtkami zakutane osoby na tylnej kanapie, obok mnie Griszka, na przednim fotelu. Wymijam zepsuty autobus, włączam się w kawalkadę nadjeżdżających od strony Legionowa aut. W nich zaspani ludzie smętnie wloką się w stronę miasta, też nie dla przyjemności, jak myślę. Jadą domy budować, chleb piec, pocztę wozić. Nie uiświadczysz zbyt wiele nowych a-ósemek w tym miejscu i o tej porze, jakoś nie ma też porszaków w tym narastającym ruchu, co w weekendy rozbijają się po Mazowieckiej, po Twardej. Raczej przyrdzewiałe golfy, obdarte skody, wysłużone fokusy mijam. Szare wozy, szarzy ludzie, o szarych twarzach i w szarym poranku. Nawet insignia, którą prowadzę, wydaje się z innej bajki tutaj. Choć też szara, z koloru. I z kurzu warszawskich ulic też.

U mnie w aucie dawno niespotykany zapach. Tanich dezodorantów, takiej domestosowej czystości, co wiecie bije chlorem aż po oczach, mimo że czyszczone parę godzin temu było. Plus zapach wicerojów, wypalonych dopiero co przed chwilą, z tych nerwów, że autobus się zepsuł. I chrzęst ortalionów, foliowych reklamówek z barwnym napisem, w nich kanapki zawinięte w alu-folię. I nieśmiała wdzięczność tych przypadkowych pasażerów, których Griszka wielkodusznie ogarnął z przystanku. Szepcą coś między sobą, po cichu.

A Griszka odwraca się do nich przez zagłówek, dopytuje, dokąd ma ich podwieźć. Po krótkiej, szeptanej naradzie towarzystwo z tyłu ustala, że najlepszym miejscem będzie plac Bankowy, tam złapią wczesno-poranne metro. I rozjadą się dalej, do swych porozrzucanych po stolicy robót.

– Ale, czy aby nie będzie kłopot? – dopytuje kobieta pośrodku, najodważniejsza z nich, jak widać.

– Niet, nie budziet – mówi Griszka. A potem do mnie:

– Pan zjedzie z Wisłostrady za zamkiem w prawo, w alieju Solidarności, a potem prosto na Bankowyj – tłumaczy i dodaje pokazując za siebie – tam ich wysadzimy, a potiem mnie na cientralnyj.

Zna gość Warszawę. Jak nic, na uberze śmiga. Nie dopytuję. Zamiast tego  równy gość z tego Griszki, myślę. Pełen szacun dla niego. Pomyślał o bliźnich. Wot, chrześcijanin. Jadę wpieriod, jak przykazano.

Skręcam z Wisłostrady w Grodzką, kawałek po bruku przy arkadach zamku, mają tam powstać ogrody, podobno. Zawsze tam trzęsie niemiłosiernie, kostka brukowa pomysł dość słaby, ciekawe jak dorożki sobie radziły, przed wiekami. Chyba resorów w nich nie było, a może się mylę i były. Nie znam się na dorożkach.

Już jesteśmy na placu Bankowym, staje w zatoczce przystankowej, pod Grubą Kaśką. Pasażerowie z tylnej kanapy szykują się do wyjścia, łapią za swoje foliówki, dopinają suwaki w kurtkach, na zewnątrz zimno. I sięgają do kieszeni, po tanie, tekstylne portfele. Pewnie z obrazkiem Matki Boskiej, zdjęciem dzieci, ślubną fotą za foliowym okienkiem wewnątrz, myślę.

– My bardzo dziękujemy – mówi kobieta, ta pośrodku. I dopytuje, w stronę Griszki – To ile się należy panu za ten kurs?

– Eh, wot. Nie ma za co dziękować. Po dychu i budziet – mówi wielkoduszny Griszka. I dodaje, czujnie – Od każdego.

Zgarnia trzy zmięte banknoty, podane przez zagłówek insigni, jak bocian żabę, chowa w kieszeń. Na każdym brodaty Mieszko w brązowo-ochrowym klimacie, przy mieczu. Wdzięczni pasażerowie wysiadają, oto ruski, co łamie nienawistny stereotyp. Coś tam mówią do siebie, w chwilowym uszczęśliwieniu.

Odjeżdżam z Bankowego, zawożę Griszkę pod dworzec Centralny. Nie gadamy nic. Zaradny Griszka wysiada.

Gdy zjadę do domu, sprawdzam cenę za ten kurs: 28.50. Po prowizji ubera.

Ot, zaradny Griszka.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider