Dilerka

 

Wczesna czwartkowa noc, zalany deszczem plac Bankowy. Na nim ja, w zaparkowanym aucie, pod samym pomnikiem Słowackiego, co wielkim poetą był. Migam, mrugam kierunkami na pomarańczowo. Silnik włączony, grzeję się czekam na pasażera Gustava. Wycieraczki w insigni chodzą smętnie, ‚Tsik-Tsik’ robią. Ta z prawej bardziej rozmazuje, niż oczyszcza szybę. Ta z lewej, od mojej strony ogarnia zdecydowanie  lepiej.  Ostatnie niże skandynawskie zmusiły mnie do wymiany pióra, prawie nic już nie widziałem w tym jebanym deszczu, serio.

Ehh, trzy dychy za głupią wycieraczkę. Kawałek gumy. Zasępiam się tępo, wlampiam we wsteczne, szukam w nim Gustava.

Nagle widzę trzy cienie, wyłaniają się z deszczu, zza cokołu wieszcza, a może spod arkad ratusza. Ciach-ciach-ciach, jednocześnie, synchronicznie otwierają drzwi z obu stron auta. Jak w pływaniu, też synchronicznie, przebiega mi przez myśl. A zaraz potem jeszcze to: ‚Kurwa, to napad. Już nie żyję’ mi przebiega.

Są już w wozie, nic nie poradzę, wielkie chłopy, strzepują krople deszczu z włosów, otrząsają się jak mokre psy. Będą zacieki na fotelach, jak nic. Ten koło mnie przedstawia się, odsunąwszy przedtem fotel daleko do tyłu.

– Helloł. Ajm Gustaw – mówi dobitnie. Chwilowo cisza w wozie.

– Helloł. Skąd jesteś Gustaw – przełamuję moją łamaną angielszczyzną. Bo polszczyzną bez szans, nie zrozumie, nie ma bata.

– Amsterdam* – pada odpowiedź. Koledzy z tyłu radośnie potwierdzają. O Holender. Holendrzy.

I to mocno zrobieni, widać na przedłużonym weekendzie tu u nas, w stolicy. Jadą do Marriota, kontynuować ten epicki wieczór w skaj barze panorama, z widokiem na warszawskie drapacze, obdrapany skwerek pod pałacem. Dobrze że Rajan nie do końca odwołał loty jak na razie, nadal wozi holendro-turystów na Modlin.

To tak jak ja, ubera nadal nie skazano, nadal wożę. A minister w radio mówi, że sam się wozi uberem po mieście. Zobaczymy.

– Czy jesteś tylko taksówkarzem? – pada nagle pytanie z tylnej kanapy., od jednego z kolesiów Gustawa To do mnie, zgaduję. Nikt inny nie jest bardziej taksówkarzem niż ja w tym momencie, tak myślę. Chociażby przez wzgląd na poziom alkoholu. Panowie w wozie nie będą mogli prowadzić i dzisiaj. I jutro. I pojutrze zapewne też nie. Najwyżej w colin mcrae na pe-esie. A i tak to z umiarem. Nie na szutrze.

– Tak. Taksówkarz. – odpowiadam – Wiozę was z punktu A do punktu B. I tyle.

– A masz jakieś prochy? MDMA? – pyta ten z tyłu, niezrażony. Oho, faktycznie Holendrzy. Coffee-shop, te sprawy. Mocnych wrażeń szukają, chłopaki.

Kolesie uciszają go na tyle ostro, co skutecznie. Jakieś kuksańce tam z tyłu odchodzą, na kanapie. Ja nic nie mówię, prowadzę. Przez jakiś czas cisza w wozie, zaraz zanim dojedziemy kolega na tylnym nie wytrzymuje:

– Skołuj jakiś towar – mówi –  Dobrze zapłacę za tabletki.

Podjeżdżam pod obrotowe marriotta, usłużny portier otwiera drzwi od insigni, z ukłonem w pas. Zanim odjadę, biorę numer telefonu od Gustava, zapisuję nic nie piszącym długopisem na bilecie parkingowym z Okęcia.

Mam tych biletów wiele, sa pod ręką.

***

Potem jadę do domu, alejami przecinam Żelazną, skręcam w prawo, parkuję pod moim blokiem na Mirowie.  Jestem u siebie. Wbiegam na trzecie, otwieram drzwi do mieszkania, z szafki przy łóżku wyciągam blister zapomnianego chlorochinaldinu. Trochę żółte te tabletki, nie niebieskie. A chuj z tym, łykną jak bocian żabę, myślę. Wysypuję na dłoń. Oglądam. Nadadzą się, myślę.

Po chwili jestem z powrotem, pod marriottem. Garść tabletek w kieszeni, w foliowym woreczku. Dzwonię, po chwili mój Holender wychodzi, przez obrotowe drzwi. Znowu portier, znowu w pas się kłania, gość już u mnie w wozie.

– Szybko wróciłeś – mówi.

–  Ćśśśś. Bez gadania – to ja. Konspiracja, wiadomo. – 50 Euro.

– Mam tylko dolary – odpowiada typ, też po cichu.

–  Okej, niech będzie – szepcę, zgadzam się łaskawie.

Ciach-ciach, szybka wymiana, dłoń-w-dłoń, on wysiada, ja odjeżdżam. Prezydent Grant spogląda  na mnie z podłużnego banknotu, dość cynicznie. Odpowiadam mu tym samym. I jeszcze oko mrużę, do tego.

foto: Paweł Grott

Grunt że zdrowi będą, ci Hol;endrzy.

_________________

* ‚Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam…’ . Kasia Groniec genialnie czyta Brela. A czarnymi oczyskami robi czary-czaryska. Zerknijcie na ten klip. Ona ma łzy w tych czarnych oczyskach gdy kończy śpiewać, autentyczne, widziałem w Buffo.

I czkawka i śmiech. I ciary na wskroś.

Lektura obowiązkowa, ten klip.

 

4 thoughts on “Dilerka”

  1. fredzik says:

    ma się tę głowę nie od parady chlorchinaldin XD

    1. mm
      Paweł Grott says:

      MDMA jakoś nie miałem pod ręką akurat. A chłopaki w potrzebie.
      Na zdrowie im wyjdzie.

      Pozdrawiam,
      Paweł

  2. Szulczyk says:

    Tak sobie pomyślałem czytając Pańską ‚gwiazdkę’… Facet, który słucha ‚Amsterdamu’ i dostrzega w ogóle łzy w oczach musi być albo w ch*j skopany przez zycie albo musi być mega wrażliwcem. Osobiście obstawiłbym stosunek jednego do drugiego 70:30.

    Jak zwykle zbijam piątkę i szczerze pozdrawiam, Panie Pawle!

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Eh, po prostu fajny kawałek. Dzięki za miłe słowo. I zbijam wzajemnie.

      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider