Książę Janusz

 

Mija pierwsza nad ranem, ruch w nocy dość spory, choć to dopiero czwartek. Jeżdżę, wożę rozwożę. Po Tarchominach, Kabatach, po różnych warszawskich opłotkach. W Józefowie ze dwa razy już byłem tego wieczora. I po Woli też ganiam, choć tam akurat nie lubię. Same odcięte drogi dojazdowe, zamknięta Górczewska, rozkopana Płocka. Zatem szukam skrótów, objazdów choć i o nie niełatwo. Towarową na nawigacji zamieniam na Żelazną, Wolską i Kasprzaka na Aleje Jerozolimskie. Tamtędy szybciej na Wolę, mniej świateł a jeśli już są, to krócej trzymają.

‚Najlepiej niech nas murem jeszcze otoczy hagiewu, teraz na Woli, będzie drugie getto’ – poskarżył mi się przed chwilą pasażer, którego odwoziłem na księcia Janusza*. Pełna racja, pomyślałem, słabo się mieszka w tych rejonach. Getto 2.0.

Wybijam z tej wolskiej pułapki, jadę prymasa Tysiąclecia, potem Banacha do Żwirki i Wigury, wracam w kierunku centrum po kolejnego pasażera. Chwila-moment i wpada zlecenie. Zamawia Szczepan, adres odbioru bliski memu sercu, Łazienkowska 3. Niby jest kawałek, nic to, trasą polecę, w 5 minut będę. W nocy nie ma korków. I moje miasto piękniejsze w nocy, bo mało widoczne. Noc ma same plusy, tak myślę.

A na Legii tym razem nie mój ukochany klub gra, za to festiwal się odbywa. Może to i lepiej, że przerwa w rozgrywkach, jeszcze jakiś podkrakówek by nas złupił, albo jakieś wronki, jak ostatnio. Aż wstyd.

Grunt, że festiwal nie byle jaki, bo złocisty festiwal piwa. Właśnie końcówka, już ochrona rozstawia srebrzyste barierki, ostatni festiwalowicze wychodzą na miękkich nogach z podcieni stadionu. Zataczają się, wylewają bez szacunku, bez żenady pod pomnikiem Deyny, przy barierkach, gdzie bądź. Piwo goni, wiadomo. Każdy z nich dzierży szklany pokal jak jakieś trofeum, z większości szklanek piwo złotym strumieniem wylewa się na chodnik przy Łazienkowskiej, zlewa z jasnym moczem spod statuły Kazika, z rzygami tych najmniej wytrwałych, w jeden ściek.

Wśród tych bardziej wytrwałych jest i Szczepan, mój pasażer, wraz z kumplam. O nich za chwilę. Na razie Szczepan rozpoznaje moją  insignię zaparkowaną wśród rzędu fabii i elle-taksówek przy Łazienkowskiej, w podcieniach stadionu. W totalnym chaosie. Na nogach się słania Szczepan, węża chodnikiem goni, a jednak.

Szacun dla Szczepana za to rozpoznanie. Podjeżdżam do pasażera, uchylam szybę.

– Pan poczekaj, uberku chwila-chwilunia – coś bełkoce, stawia kubek z niedopitym browarem na dachu auta. Uwolnionymi rękoma najpierw desperacko stara się złapać równowagę, później desperacko macha nimi, w kierunku tłumu przy wyjściu ze stadionu.

– Eeej, kurwa, panowie, dawajcie! – Szczepan krzyczy ochryple.

Będzie wesoło na pokładzie, to już wiem. Radosny Szczepan plus ekipa. Ubawimy się na maksa w tej podróży.

Trzy postaci odcinają się z tłumu na zawojkę Szczepana, choć dość chwiejnie podchodzą do wozu. Dwóch kolesi już jest, ostatni nadchodzi trochę wolniej, w pół drogi łamie się, przerwę na rzyganie robi. Najpierw kubek odstawia na chodnik, potem puszcza haft. Za chwilę wyprost, obtarcie wierzchem kurtki ust, myk po kubek, łyk browara i już z powrotem w drodze do wozu. Pełna profeska, myślę.

– Aleee Marcin się najebał – komentują pozostali, już przy wozie. Z wyraźnym szacunkiem dla Marcina.

#respect

No liga miszczów, po prostu. Real Madryt tutaj przegrywał w 83 minucie rok temu.

Po chwili wiara już jest w wozie, Szczepan i spółka. Najpierw negocjuję z nimi  względny porządek w insigni – No nie, te kubeczki to panowie wypierolcie najpierw, z nimi nie wsiądziecie – Potem ustalam kurs. Ze Szczepanem, najtrzeźwiejszy z całej czwórki. Plus usiadł na fotelu pasażera, obok.

Niby najtrzeźwiejszy, a i tak z ustaleniem trasy przejazdu Szczepan ma wyraźny problem.

– Na Ursy -ups!- Ursynów dawaj, brachu – bełkoce nadal – Przedtem kum -ups!- kumpli odwieziesz, brachu.

Skręcam z Łazienkowskiej w prawo, w Czerniakowską. Nic nie mówię. Jadę, gdzie kazano. I myślę o chlaniu w Polsce, o tej kulturze picia – kulturze? – plastikowymi kubkami, musztardówkami wysłanej, różnobarwnym haftem na chodniku, w koszu na śmieci, w umywalce. W genach mamy zapisane to chlanie, pewnie przez tę pogodę, akurat sympatyczny rzęsisty deszczyk zacina. A to początek jesieni dopiero. Bo widzieliście, żeby na południu tak chlano? Byłem parę razy i nigdy. No chyba że turyści, Polacy, Angole. Bądź inni Szwedzi.

Gdy tak rozkminiam panowie w insigni dochodzą do pijackiego konsensusu. Szczepan, ten z przodu najebanym bełkotem obwieszcza wspólną, męską decyzję.

– Zawr – ups!- zawracamy, panie uber. Na Parkingową jedziemy. Do piw-pafu, kiero- ups! – kierowniku!

– Aleeee się najebiemy!!! No w opór, normalnie – cieszy się towarzystwo z tyłu.

I klaszczą w dłonie, biją brawo, gdy obracam na mokrym drifcie asfaltu Czerniakowskiej.

_______________

* a tak wyglądał książę Janusz, dawno temu.

Co prawda, ten książę Janusz u góry kilkaset lat późniejszy niż patron ulicy na Woli, co zrobić, tamtego nie było w necie. A tutaj jest portrecik.

I wąs też jest, więc szafa gra.

I tylko mu flaszki brakuje.

żródło zdjęcia: wiki

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider