Warsaw Fight Club

Jest krótko po północy, samo centrum miasta, sam środek tygodnia. Zbieram gości z Nowogrodzkiej, spod jednego z multitapów. Tych piwnych, co różne IBU, odmiany chmielu i słodu na tablicach nad barem mają wypisane. Codziennie nowe rodzaje, większość stąd, znad Wisły. Polska regionalnymi browarami stoi w końcu, tradycje warzelnictwa potężne mamy. A i picia również niebłahe.

Moi pasażerowie są wyelegancikowani cali, tacy w garniturkach co wiecie, z korpo-imprezy wracają w drobnym stadium najebania. Czyli standard tu i teraz. Nic to, rozwiozę towarzystwo po apartamencikach, oni pogadają ze sobą na tylnej o tym, kto komu robi lachę pod biurkiem, a kto podkurwia do szefa i koniec jeżdżenia na dziś, myślę.

Chwilę potem gdy wsiądą do auta, jeden z pasażerów z tylnej kanapy lekko klepie mnie w ramię. Kurwa, nienawidzę takiego klepania, jakichkolwiek form fizycznego zbliżania się do kierowcy. Wyjebaniem z wozu grozi i to natychmiastowym. No chyba że apetyczna blondi, wtedy inna sprawa. Tym razem gościowi akurat tysiąc lat świetlnych do blondi, zatem strącam klepiącą mnie łapę, dość mocno. Koleś, niezrażony mówi:

–  Pan się zatrzyma na chwilę, o tutaj, teraz, tu obok. Chcemy chwilę popatrzeć.- koledzy z tyłu potwierdzają zgodnym ‚Mhm, tak chcemy’

#klientnaszpan

Moi pasażerowie patrzą w prawo, coś tam pokazują palcami, komentują. Zatrzymuję auto. Podążam wzrokiem za ich wzrokiem.

Faktycznie, po prawej, pod jednym z szot-barów przy Nowogrodzkiej ewidentna akcja, jakaś kotłowanina. I to grubsza, dwóch łysych kolesi w czarnych flekach kopie leżącego pomiędzy stolikami gościa pomiędzy knajpianymi stolikami. Rozhisteryzowana dziewczyna szarpie jednego z nich za kurtkę, stara się odciągnąć. Mocne odepchnięcie, wyszpilkowana panna ląduje na masce zaparkowanej przy krawężniku corsy. Z głuchym ‚łup’, może jej czaszka się tak głucho obija.

Tuż obok trzeci z łysoli właśnie wymierza celną fangę w twarz kolesiowi w kraciastej koszuli. I jeszcze jedną, i jeszcze poprawka. Mega szybko to się dzieje, cała akcja. Tamten wcale się nie broni, bardziej desperacko zasłania twarz rękoma, ‚Panowie, jak to, czemu’ – krzyczy cofając się. Zaraz upadnie na chodnik pod ciosami napastnika, jak jego kolega przed chwilą.

Przez szybę baru towarzystwo spod szota przygląda się całej scenie, zostawili swoje drinki, zbiegli się przy oknie, jak owce. Rozpłaszczone twarze coś tam komentują. Jak rząd umarłych dusz. ‚A tylko wyszli na szluga, i masz. Od razu w ryj. Ten, co teraz leży, to przed chwilą mi kielona stawiał’ – prawie słyszę, bardziej wyobrażam, co komentują. Kilku oglądających przez szybę ma komórki w dłoniach, pewnie wystukują sto-dwanaście, na alarm. Żaden się nie ruszy na zewnątrz.

A akcja nadal trwa, ten krzyczący też już na ziemi, z buta dostaje od łysego, raz za razem.

Ja też siedzę w aucie, jak ta pizda, choć dantejskie sceny pięć metrów obok, łłysi biją  flanelowców. W robocie jesteś Paweł, gaszę sam siebie tanią wymówką. A gdyby…*

Głos z tyłu, w samą porę.

– Oni, ci łysi szli ulicą i szukali dymu, tak po prostu. I nas zaczepili przed chwilą Bartka uderzyli w twarz, mnie popchnęli – objaśnia jeden z moich pasażerów z tylnej kanapy. I dodaje –  Na szczęście w porę zwialiśmy, do baru. Zamówiliśmy ubera, oni poszli dalej. A teraz chcieliśmy popatrzeć.

Faktycznie, fajnie się ogląda taką napierdalankę. Zwłaszcza w bezpiecznym miejscu, przez szybę. Przecież to wyborne, jak huragan na Haiti w tefauenie. Albo atak terrorystów w Saint Denis, w dwa-piętnastym. Zwłaszcza wieczorem, przed telewizorem.

– Koniec tego kina akcji, panowie. Był wasz czas. – mówię. ‚I mój’ dodaję sam do siebie.

Chuj z tym, w robocie w końcu jestem, nie ma co. Choć gdyby… Wrzucam bieg, odjeżdżamy. W stronę strzeżonych apart-bloków.

Ku bezpieczeństwu.

_______________

* A właśnie ‚Gdyby’

Mocno polecam.

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider