Ostatnia akcja

 

Radek każe na siebie dość długo czekać. Stoję w miejscu wskazanym przez niego w aplikacji. Czyli na pustym parkingu pod Lidlem, na dalekich Bielanach, krótko przed jedenastą w nocy. Wycieraczki w insigni rozmazują krople deszczu, wiatr zacina wściekle. Ot, uroki października, piździelnika.

Dochodzi czwarta minuta odkąd dojechałem pod tego Lidla, gość się ewidentnie spóźnia. ‚Smętne ti-dą’ robi mój telefon, to dostaję esemesa. ‚Dwie minuty i już podjeżdżam, pan poczeka. Radek’ – czytam.

Aha, chuja zaczekam, równe pięć minut, kasuję radkową dychę za podjechanie i odjeżdżam – moja pierwsza myśl. Święte prawo na uberze, masz pięć minut do wozu. I to maks, jak kierowca poczeka. I nie ma że boli. Kierowca nie parasol, darmo nie czeka.

Już, już mam anulować, opłatę naliczyć, gdy przypominam tekst esemesa. A w zasadzie jedno słowo w tekście: ‚podjeżdżam’.  Aha, autem. Autem ktoś Radka do mnie dowiezie. Czyi pewnie daleko pojedziemy z Radkiem.  Inaczej nie zamawiałby ubera na tym wypizdowie. Bo i po co. Po flaszkę na najbliższą stację,  by go zawieźli i beze mnie. Chociażby na Lukoil, widać tuż obok mnie.

Okej, masz te ekstra dwie minuty, Radek, zaznaj dobroci – daję mu ostatnią szansę. I jeszcze – Ani kurwa sekundy dłużej.

#jałaskawca.

Tępo kontempluję zgniły liść. Rzucony wiatrem utkwił w piórze prawej wycieraczki i teraz w rytm jej rytmicznych ruchów  rozmazuje się na przedniej szybie, zatraca swoją liściowość. Najpierw ogonek tyk, potem reszta. Też tyk, tyk. I  już nie ma liścia. Ogólnie jest dynamicznie, całkiem jak w filmie.*

***

Białe ksenony czarnej bety, podwójne kocie oczy, wyrywają mnie z apatii. Pisk, myk, ślizg na jesiennych liściach, to Radek nadjeżdża z fasonem. Prowadzi akurat jego kolega, Radek niezbyt byłby w stanie dziś w nocy. Wytacza się z bety wprost na deszcz, przybija niezdarnego żółwia z kumplem przez szybę na gudbaja, potem nie bez trudu wtacza się do mojej insigni na tylne.

Odpalam kurs, sprawdzam adres docelowy. Jest Bielawa, ponad 20 kilometrów. Bingo, warto było czekać na Radka. Jednak doświadczenie, Paweł, hehe, myślę.  Pasażer od razu wyciąga komórkę. Ja przyciszam czarną muzę, dla komfortu rozmowy. Stary trik.

Dokładnie słyszę, jak bredzi do słuchawki, gdy skręcamy z Chomiczówki w generała Maczka na światłach, w lewo:

– Tak, już wracam Koteczku, urwałem się przed końcem spotkania, jak obiecałem  – wionie ciepłym słowem przez słuchawkę, wprost w ucho rozmarzonego koteczka, co czeka na Radka, ewidentnie. I dopytuje, upewnia się: – A nasze dzieciaczki już śpią?

Chwila ciszy, koteczek coś odpowiada, potem znowu Radek:

– Jesteś najśliczniejsza na świecie, żonko,  żoneczko,a już na tym zdjęciu, co mi przesłałaś wcześniej dziś wieczór, to… – zawiesza zmysłowo głos, przechodzi w ochrypłą chrypę – mmm… schrupię cię, czekaj, zaraz będę.

Ona coś tam odpowiada, że pewnie dość mokra tam i tu, albo i co, Radek śle wilgotne całusy przez słuchawkę. Po czym kończy rozmowę ze swoim koteczkiem, rozwala się na tylnej kanapie z głuchym: ‚Ufff’. I mówi w przestrzeń wozu, raczej do mnie:

– Ehh, kurwa te baby, panie Pawle – ma wyraźną ochotę się wygadać przed kimś, może pochwalić. Więc mówi dalej – Nic, tylko chcą, żeby je komplementować, mówić jakie to one są piękne i że och i ach, aż do usrania.

– Mhm, tak jest  panie Radku. Aż do usrania. – powtarzam po nim bezwiednie. Wyśpię się w tej Bielawie, nie ma co.

Radek nadal ożywiony. Przybliża się, łapie za zagłówek. I mówi mi do ucha, w pełnej konspirze:

– Bo wie pan, panie Pawle, bo my z bratem, tym co mnie podrzucił przed chwilą na parking, to nieźle zaruchaliśmy. Jest taki klubik tu niedaleko, tu przy Puszczy Kampinoskiej, zaraz za Truskawiem, a tam takie laski…

Radek opowiada przez dalszą część drogi. O tym co, gdzie i której wkładał. A co w tymczasie jego brat robił, ten od bety. Jakoś nie rusza mnie ta jego opowieść, choć mokro-twardo-wilgotna jest. Już bardziej znaki drogowe mnie ruszają, widać jesień, co zrobić.

– Ale, ale, panie Pawle – mówi Radek, gdy już dojeżdżamy pod wypasioną willę w Bielawie, gdy ochrona przepuści nas przez poczwórne bramki – teraz musi być ostatnia akcja. Tylko szkoda, że akurat z żoną.

– Mhm, tak jest  panie Radku. Aż do usrania – mówię z uśmiechem.

Radek odwzajemnia,  za chwilę znika w grubo kutej bramie.

Wprost w ramiona koteczka.

______________

* Akapit dedykowany polskiemu kinu. I mojej marnej pisaninie.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider