Cudnie jak w Łomiankach. Zwłaszcza w deszczu

Śmigam w ten weekend i w dzień, i w noc. Wytłumaczenie proste, nadrabiam imprezowe zaległości. Te balety z kumplami przy bilardzie, rzutkach i barze, o których było ostatnio. Dwa dni się po nich ogarniałem. A co. Warto było.

Trzy zimne łyki

Jest koniec miesiąca zaraz czynsz mam do zapłaty. Konkretnie we wtorek, przed świętem zmarłych. A czynsz to dwa tysie, niewyjęte. Co z tego. że blok z wielkiej płyty, zapluty Mirów i meblościanki jak z pereelu. Ważna lokalizacja. Widzisz złote tarasy z okna? Więc płać, burżuju. Aha.

#luksus

#komfort

#rozenekpokazujeswójkibelnainstagramie

Ponad połowy z tych dwu tysi mi brakuje do pełnego rezultatu, a przecież dwudziesty-ówmy. Czyli tysiąc dwieście do wykręcenia, w dwa dni. Haha, pusty śmiech. Niby sprawa beznadziejna, a jednak. Zepnę poślady, postaram się., przez weekend nadrobię. Bezdomności widmo oddalę. I będzie gdzie mieszkać kolejny miesiąc. Oby.

Zatem śmigam uberem  i w dzień, i w noc w ten weekend. Pasażerów wożę, odwożę. Licznik w apce klika, nabija dychę, po dysze. Gdy chce mi się spać, szczypię się w powieki. Gdy i szczypanie nie pomaga, zajeżdżam w boczną uliczkę, rozkładam fotel, łapię szybką kimę.

Szybką, czyli taką dwu-trzy godzinną, okazuje się. Gdy budzę się nie bardzo wiem, gdzie jestem, kurwa w tym mondziaku śpi się nawet wygodnie. jak fotel rozprostujesz umiejętnie. Jest parę metrów przestrzeni, można nożyska rozprostować, nawet długie, jak moje. Stanowczo zbyt wygodnie, może jakaś reklamacja, chyba śnię dalej. Wychodzę na zewnątrz, łapię łyk powietrza.

Plus pół tony deszczu łapię, akurat orkan Grzegorz wściekle napierdala znad Niemiec, Trzy machy zmokłego szluga, wywalam niedopałek w deszcz. Za to bingo,  już wiem, gdzie jestem. Jestem w Łomiankach.

Chowam się do auta, po chwili łapię zlecenie, zamawia Bartłomiej, niecałe trzy kilometry ode mnie mój klient in-spe. Wsteczny, jedynka, ruszam.

 

Po chwili jestem pod adresem, niepozorny domek na wyboistej uliczce. Niby domek niepozorny, za to nowy kaszkaj przy nim stoi. Plus merol, taki w ceelesie. Nic to, oby do Warszawy, do cywilizacji z Bartłomiejem wrócić, myślę.  Nadchodzi Bartłomiej, przy nim jakaś dupa. Ubrani na sportowo oboje, przed deszczem się osłaniają dużymi, sportowymi torbami. Chwila moment i są w aucie.

Odpalam aplikację, sprawdzam adres docelowy. Niecałe trzy kilometry, wprost w  nadwiślańskie zarośla, zaraz przy rzece. Żesz kurwa. Wyśniła ci się cywilizacja, Paweł; prawo marfiego działa bezbłędnie, jak zawsze. Na to można liczyć, jak na pi ńcset plus przy osiemnastym.

Jedziemy dłuższą chwilę przez te Łomianki, tam zamknięte, tu objazd, ruch wahadłowy. Mimo soboty robią się korki. Nie mówię nic, lekki wkurw mnie łapie, choć pasażerowie z tyłu zagadują przyjaźnie.

– I jak się śmiga na tym uberku, panie Pawle. Da się zarobić?

– Mhm. – coś tam burkam. Aha, da się. Byle nie na takich pasażerach jak wy. – dopowiadam w myśli. Kurs za marne grosze, minus zawieszenie do naprawy.

Nagłe szarpnięcie, uderzenie, jeb. To wjeżdżam kołem w niespodziewaną dziurę na błotnistym nadwiślańskim szutrze. Przykryta kałużą była, nie zauważyłem. Aż pasażerowie z tyłu jękneli, ja zresztą też. Z obawy o amortyzatory bardziej.

autor: Paweł Grott

– Oooo właśnie, tu takie dziury są, pan uważa panie Pawle – odzywa się Bartłomiej z tylnej kanapy. I dodaje do swojej panny, z pełną satysfakcją – mówiłem, żeby auta nie brać, tylko uberem podjechać. W chuj wyboje tutaj, szkoda zawieszenia.

Dojeżdżamy na miejsce, niby klub tenisowy miał być, raczej jakieś samotne korty zmokłe łomiankowskim deszczem. Oni wysiadają, ja wycofuję auto. Kciukiem kończę kurs w aplikacji, uber nalicza mi niecałe 10 zeta. Deszcz wciąż napierdala, ogólnie jest zajebiście.

***

Odpalam Sokoła, na full regulator. Staram się myśleć pozytywnie.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider