Kwadrans do Nadarzyna

Noc z soboty na niedzielę, ostatni weekend października. Noc szczególna, bo wydłużona zmianą czasu o całą godzinę, z letniego na jesienny. Jednym spać dłużej, większości balować. Mi akurat pracować. Więc jeżdżę, pracuję, wożę.

Jestem w centrum, gdzieś przy hali Koszyki. Wymodnionej jak cały wszechświat, wypachnionej jak toskańskie pola. I mocno najebanej, jak warszawska noc. Zegar w mondziaku pokazuje krótko po drugiej przygaszonym  ledowym wyświetlaczem, tak, to akurat ta godzina, której tak naprawdę nie ma. Czas się zaraz cofnie i zaraz  będzie znowu druga, ta co teraz. Trochę, jak w dniu świstaka. przypominam sobie urywek filmu.

Byłem raz na Wyspach  Dziewiczych, poznałem dziewczynę… Nieważne.

Tymczasem jestem na Koszykowej, wiatr zacina wściekle. Nocna warszawska wiara bawi się, wpół świadoma zmiany czasu. Czyli chla do upadłego, jakby faktycznie tej godziny nie było. Ubera wołają na potęgę, zlecenie za zleceniem mi wpada, puste taksówki nienawistnie stoją obok, brzuchaci janusze patrzą nienawistnym wzrokiem, gdy ogarniam kolejnych pasażerów. Mam w dupie, mijam ich. A co. Taniej od nich wożę i do tego lepszym autem. A i Wisły nie przekraczam trzykrotnie, gdy nie trzeba. Można sprawdzić rano, aplikacja wskaże przebytą trasę nezawodnie.

Właśnie łapię kolejny kurs ,czekam chwilę i zgarniam wesołą ekipę, wprost z Koszykowej. Są w jakichś ciuchach-duchach, pajęczyny, szramy na twarzach. Wybornie. Zamawiający Łukasz plus towarzycho Łukasza. A wszyscy weseli jak hallowenowe dynie, a najebani jak cmentarne szpadle, te do kopania grobów. Cała czwórka.

Łukasz wsiada na fotel pasażera przedni, tuż obok mnie. Jest chyba najbardziej zrobiony z nich wszystkich. Koszula rozchełstana, wzrok mętny, mocno nim kołysze gdy podchodzi, nie bez trudu zatrzaskuje drzwi. Zaraz połknie te wampirze doklejone kły, zatka się nimi na amen, zadusi, trzeba będzie ratować, myślę. Na usta-usta nie licz, przyjemniaczku.

Za to jest mocno rozbawiony, i taki szef-szefów ogólnie. Widać przez te kły, wyraźnie dodają mu pewności. Ruszam, on krzyczy w moją stronę:

–  Wież nas kurwo do Enklawy, na Mazowiecką, tylko szybko! – Towarzystwo na tylnej kanapie chichocze radośnie.

Aha. Daję mocno po heblach, mondziak aż jęknął, towarzystwo z tyłu też. Staję pośrodku ulicy. No wyraźnie nie dosłyszę dzisiaj. To chyba przez tę godzinę, której nie ma. Gaszę silnik, ktoś z tyłu wbija klakson. Nieważne, chwilę poczekają. Spokojnie dopytuję pasażera.

– Że co? Co powiedziałeś? – serio, może się myliłem. Więc sprawdzam  – Powtórz, Łukasz co mówiłeś. Tylko bardziej wyraźniej powtórz.

Łukasz odwraca się przez zagłówek mondziaka, zerka na towarzystwo, wyraźnie wsparcia szuka. am go nie znajduje, Tam nagła cisza. I nagły stop chichotom, jakoś. Za to na ulicy za mną coraz wścieklejszy klakson. Nic dziwnego, przyblokowałem. W końcu Łukasz się odzywa, trochę cichszym głosem.

– Eeee, no że na Mazowiecką chcemy jechać -I dopowiada, z wyraźnym akcentem na ostatnie A – No do Enklawy, kurwA.

– A gdzie poprosimy? – pytam. Jeszcze nie do końca udobruchany.

– Tak, właśnie, do Enklawy poprosimy – słyszę chórek z tylnej kanapy.

Okej, jest magiczne słowo, więc ruszam. Niech im będzie. Zawożę ekipę do Enklawy.

Zanim dojadę łapię kolejny kurs, nic dziwnego. Taka noc, kurs za kursem.

W Halloween.

***

Kawałek dalej, przy Kredytowej czeka na mnie Ola. Ogarniam ją z chodnika koło Zachęty, nadal trochę zgrzany ostatnią akcją z Łukaszem. Nie minęło pół minuty, odkąd wysiedli, Podjeżdżam machinalnie po Olę; pasażerka już czeka, wsiada momentalnie, prawie jakby taryfę z łapki łapała. Tylko miga telefonem i już jest w aucie, na tylnej kanapie.

Potem odpalam aplikację dość mechanicznie, sprawdzam dokąd mam ją zawieźć, Nadarzyn, daleko, prawie 30 kilometrów. Okej, niech będzie. Mniej zarobię poza miastem, za to trochę odpocznę na es-ósemce bez świateł. Bez najebanych ekip, co ostatnio.  Podgłaśniam muzę, pogłębiam swój fotel, żeby bardziej komfortowo się jechało. Jerozolimskie, potem eska. Pół godziny spokoju. Zatapiam się w myślach. Jedziemy.

–  Fajnie u pana pachnie w aucie – mówi w pewnym momencie Ola, miękkim głosem – tak jakoś słodko, korzennie pachnie.I pewnie pan prowadzi, panie Pawle. Wie pan, mogłabym tak z panem jechać, aż do końca świata.

Zerkam we wsteczne, czemu do tej pory jej nie obczaiłem. Jest nie najgorzej, chociaż i nieświetnie też. Fajny ma uśmiech Ola, to na pewno.

Niecały kwadrans do Nadarzyna. I godzina, której nie ma.

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider