Balgupal

 

Mój pierwszy pasażer tego poranka ma na imię Balgupal. Wczesny listopad napierdala deszczem w szyby. Jest zgniło, jest nieprawdziwie. Jest prawie jak u braci Grimmów w tej niewiarygodnie ciemnej komnacie. Plus wściekłe zimno wokół. Nie ma opcji, żeby zapalić na zewnątrz, wiatr przegania momentalnie, gasi papierosa. Chowam się do wozu, palę przez szybę, po chwili łapię zlecenie.

Zamawia Balglupal, chyba kurwa śnię, to nie może być prawda. Wiatr wyje nadal. Chyba przewietrzę auto.

Lekko przecieram oczy widząc takie trudne imię na B, na wyświetlaczu, nie wiem, może to Walgłupa napisane, tylko literki źle mi literki w oczy wskoczyły. Choć nie dziwi mnie już prawie nic, różne imiona w aplikacji bywają co jakiś czas. Dobrze że to akurat w zrozumiałych literach jest, przynajmniej. Bo bywa i inaczej, niby pasażer ludzki do odbioru a imię całe w chińskich krzakach. Albo i arabskich szlaczkach. Weź zrozum wtedy, zagadaj do takiego przyjacielsko. Tu przynajmniej da się wymówić, Balgupal.

Balgupal stoi z wielką walizką na przystanku tuż przy metrze Młociny, w warszawskim mroku, kilka minut po czwartej nad ranem. Pewnie z Łodzi przyjechał, bądź z innego Włocławka, pierwsze Polskie-irlandzkie czerwone busy podjeżdżają o tej porze. Te z wygodnymi fotelam. I z groteskowym ptaszorem w żółtej czapce* docierają na Młociny. A wszystkie za ‚od zeta’. Byle w drogę; ręka w górę, ruski szampan temu, kto jechał nimi za złotówkę. Przyjaciół kierowcy nie liczę.

Zauważam gościa jeszcze zanim podjadę na przystanek. Poznaję po wielkim turbanie na głowie. Do tego kurtka puchówka, taka nadymana. Narciarskie rękawiczki na dłoniach i wysokie buty w ortalionie, ewidentne śniegowce. Dodaj śniadą twarz, wydatny wąs i brodę. I masz Balgupala. No kurwa, wypisz wymaluj.

Tylko skąd ten syberyjski strój. Pewnie z cieplejszych regionów Indii przybył, spod palm Chenai, albo piasków Kerali, oceniam. Tu w Warszawie rozkoszne plus sześć nad ranem dzisiaj, zupełnie nie ma co narzekać na pogodę. Ani puchówki wkładać, sofiksów tym bardziej. Wręcz przeciwnie, jest całkiem bajecznie jak na listopad w tej drobnej mżawce, rozmazanych światłach i w łagodnych podmuchach wiatru. A ten już na śniegi gotowy. Oj, Balgupal, głupal – myślę, troszkę histeryzujesz z tym ubraniem. Weź chłopie wyluzuj.

I od razu widzę problem, pewien szkopuł.

Szkopuł polega na tym, że mój pasażer się do wozu nie zmieści. Z turbanem na głowie. I to za hinduskiego tygrysa, chińskiego smoka, nie ma opcji. Zwyczajnie przyjebie tą wyjeb-czapką w podsufitkę, jak nic. Mondziak niby dość wysoki, jednak to nie dźip-szeroki wysoki w końcu, choć i tak niezbyt by było bardzo, żeby spiczasty, wielokrotnie zawijany turban mojego pasażera zmieścić. On wyraźnie z turbanem związany.

Może fotel obniżę, myślę, a może Balgupal zdejmie to chałatajstwo przy wejściu. Nic z tego. Fotel akurat się zaciął, a pasażer turbana za chuja nie zdejmie. Chwilę walczy przy wejściu z turbanem i z wiatrem, przy bielańskiej mżawce. Pewnie i z religią, tak trochę.

Myk-myk i już są. I koleś, i jego calutki turban już w wozie, skulił się jakoś mój pasażer, czy jak. Kurwa magik, myślę, jak nic zaraz drewnianą piszczałkę wyjmie spod tej puchówki, dzikie kobry zacznie zaklinać Balgupal.

#obyniezrozporka

Na wszelki wypadek podgłaśniam radio. Boże, strzeż mnie przed kobrą. Pasażer coś zagaja.

–  Hello. I am Balgupal – mówi dość przyjacielsko.
– Hello – odpowiadam dość wrogo.

Starczyło, dalej cisza w wozie. Już nie pyta dalej o polskie zabytki, ani o kuchnię. Dalej jedziemy w głuchym milczeniu, ja kieruję, on coś tam pod turbanem poprawia. Oby nie bombowe styki.

Dojeżdżamy do Raszyna w milczeniu, nawet ładny kawałek z Nocznickiego na Bielanach do Raszyna na Pruszkowską. 27 kilometrów, śmigamy Wisłostradą, po kilku kilometrach jesteśmy na es-ósemce.  Kampus gra jakaś dziwną muzę, gdy parkuję pod adresem.

Balgupal wysiada, kłania się nisko, tak w pół pasa. Wzorzasty turban prawie haczy o raszyński bruk. Czyli dziękuje za podróż, domyślam się. Sorry, nie odwzajemnię.

Otwieram bagażnik, wyjmuję jego walizkę, stawiam rączki na sztorc.

–  Bye, Balgupal – mówię – Nice day.
– Bye – odpowiada  spod turbana – Nice day.

Zawracam na trzy, odjeżdżam. Mżawka nie pomaga, duże kałuże się robią, wycieraczki w mondziaku jakoś ogarniają. Dookoła smętne domki, podwarszawski syf.

Raszyn. Przepiękne kurwa miejsce.

_________________

* Każdy widział, każdy zna Polskiego Busa. Tylko ciekawe, skąd ten ptaszor w czapce. Ewidentnie cieszy się, kłapie dziobalem, skrzydłem biję pionę, uradowany. Bo za zeta jedzie. Taki nasz orzeł międzymiastowych podróży. Zaraz kanapki wyjmie spod skrzydła. Z serkiem brie.

To jest orzeł na miarę naszych możliwości.

To jak, ktoś, kiedyś za zeta?

 

fota busa: se.pl

7 thoughts on “Balgupal”

  1. Woj says:

    Słaba historia jak dla mnie, na maksa na siłę.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Nie zawsze jest jak w filmie.

      Pozdrawiam,
      Paweł

  2. fredzik says:

    no mi się nigdy nie udało za zeta jechać,ale znam osobę co za 4 zeta śmignęła do krk

  3. Bober says:

    do ostródy jechalem za zeta… i zeta opłaty rezerwacyjnej

  4. Wojciech Kmiecik says:

    „Lecialem bocianem” do poznania za 4 zł, a w Finlandii @onnibus jechałem czerwonym reniferem (zamiast bocianem) z Helsinek do turku. Da się.

    1. Wojciech Kmiecik says:

      Za jedno euro ma się rozumieć

    2. mm
      Paweł Grott says:

      To tam czerwony renifer jedno eurówkę trzyma? Też w czapce?

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider