Białe orły z Mazowieckiej

 

Niedziela, dwunasty listopada. Wczesny ranek, tuż po czwartej, na ulicach już pustawo, Nie licząc śniegowej krupy. Krótko nad ranem zgarniam Jana i jego kumpli z Mazowieckiej, a jak. Mazo chodzi całą dobę; ta ulica jest niezawodna, jak kurwa zarzygany przez pasażera  fotel. Zawsze cię dopadnie, jak na uberze śmigasz, prędzej czy później.

A jak nie śmigasz na uberze, a tylko w Warszawie pomieszkujesz, to i tak wylądujesz na Mazowieckiej, bez opcji. Na szybką wódkę wpadniesz w secie-galarecie, bo koledzy zaproszą, albo na korpo imprezę w organzie. Lub z kumplem na  kraftowego browara w pif-pafie, albo na didżejskie sety w tygmoncie z przypadkowo spotkaną na tinderze  laską, że niby że hoho, jakiś ty warszawiak. W akwarium delfiny pływały, przecież znasz się na dżezie.

Bądź tak zwyczajnie, na biforka w ritualu z wymyślną parasolką. potem lansik w skeczu, znam tam bramkę.

Czy też przaśnie, gdy bez towarzystwa, tak całkiem zwyczajnie, wbić na dupy do enklawy. Najlepiej udając pilota erfrens*.

Na Mazowieckiej jest kolorowo i dość egalitarnie. W sumie nic dziwnego, multum barów wokół, czterdziestka absoluta od czterech zeta do czterdziestu. Zależy gdzie wejdziesz. Tu szanse są dość wyrównane, stan portfela mniej je określa, niż czynność wątroby. Ot, takie nasze warszawskie centrum nocnego wszechświata. Zatem naród się bawi, a co.

Niezbyt lubię tam jeździć po prawdzie. Raz, że lewy pas zajebany taryfami, dwa ciężko stamtąd klienta ogarnąć stamtąd. Sami haha-klubowicze-najebańcy, ledwo ekran smartfona widzą, co dopiero forda od fabii odróżnić. Zwłaszcza, że oba na eF. A już po blachach rozpoznać? No, czysta magia.

Zresztą spójrzcie tutaj, prawie rok temu było na blogu.

Całkiem inny Konrad

Janowi i jego ekipie jakoś się udaje mnie znaleźć; stoję zaraz przy Kredytowej, widzę ich we wstecznym. Czterech kolesi w rozpiętych kurtkach chojracko wsiada do mondziaka. Spod ich kurtek zajebiaszczy biały orzeł na tle czerwonym wyziera, no zajebiście. Podchodzą potykając się o wyboistości krawężnika, nieważne. Moment, mam ekipę już w środku.

– Do Luster, kurwa jedziemy – krzyczy do mnie Jan radośnie, gdy już wsiądzie.

– Tylko szybko, panie szofer, przyjeb pan tym mondziakiem na drifcie, aż się opony zapalą. I w Lustra wbijamy.  Haha. – wesoło potwierdzają adres koledzy z tyłu.

Ni chuja nie przyjebię, przede mną dramatyczny korek, kilka taksówek, więcej ukraińskich lewusów. Poza tym na paliwie oszczędzam, ostatnio dizel podskoczył okrutnie, już cztery-sześćdziesiąt bije, albo i więcej. Już prawie dopłacam do tych patriotycznych kursów. A wszystko przez cichą wojnę szejków. Islam nas kurwa zaleje. Po cichu.

#houllebecq

#submission

Polecam.

Więc wiozę biało-orłego Jana z ekipą, tych nadwiślańskich kowbojów. Od baru, do baru. Od nadziei po piękną dupę, do kolejnej nadziei. Po, już nie wiem, choć trochę gadają o marszu, że słaby był w tym roku, że lewusy nie podskoczyły. I że trzeba się napić, jak najszybciej. Alkohol rozmiękcza ideały. Nie ma co.

Zanim dojadę do Luster, niecałe dwa kilometry, oni zatrzymują auto, wysiadają ze trzy razy. I przy Kredytowej, potem na Jasnej, a potem przy Brackiej. Każdemu lać się chce, każdemu kurwa z osobna. Więc leją pod warszawskie krawężniki; nie mam nic przeciw temu, bardziej rozumiem, parcie na fujarę goni jak nic.

Żółte szczyny oblewają warszawskie krawężniki.

Gdy dojeżdżam pod klub, Jan odwraca się do mnie nagle.

– Ale, kurwa, powiedz, tak szczerze, kurwa. Jesteś, kurwa prawdziwym Polakiem? – pyta bełkotliwie Jan.

– Bawcie się świetnie, chłopaki. I dzięki za kurs – odpowiadam. – Powodzenia.

Wysiadają z wozu, cała czwórka.

***

Chwilę później wsiada Dagmara. O niej niebawem.

_______________

* Gdy i numer z pilotem nie wyjdzie, to jeszcze jest Dekada. Klub ostatniej szansy.

Tylko tam trochę dalej, trzeba śmignąć, bo aż na Grójecką. Kto był, ten nie żaluje.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider