Greckie wino

 

Odbieram Monikę w czwartek wieczorem spod Parosa, greckiej knajpy przy Jasnej, róg Świętokrzyskiej.  Migam  kierunkiem z prawego pasa, staję w nielegalnej zatoczce tuż naprzeciwko wejścia. Przed sobą mam kilka taksówek i kilku lewusów, zajmuję ostatnie wolne miejsce. Cudem udało mi się zmieścić prawie-pięć-metrów mondziaka w tej zatoczce, kolejne auto już nie podjedzie, zablokuje ruch, nie ma bata.

Z tyłu słyszę mocny klakson, we wstecznym widzę oślepiające błyski długich świateł. Aha, to taksówkarz z żółtego popowodziowego merca łapie mocny wkurw. Też chciałby podjechać, złapać tę miejscówkę i klientów z Parosa, rozbawionych, opitych Retsiną ogarnąć. Gdy kapela śniadych Griszków z dawnych terenów związkowych, tych co w Parosie udają Greka, dogra ostatnią zorbę. Czyli niedługo, zaraz zamykają.

Tsa… tsa… tsa…. Tsatziki. – myślę. Powkurwiaj się jeszcze, na pewno pomoże.

Gość odjeżdża, jeszcze serdecznym bluzgiem mi rzuca przez otwartą szybę. A po chwili nadchodzi Monika. Wypachniona, rozgrzana zabawą i winem, wsiada na tylną kanapę. Sprawdzam kurs, jedziemy do Łomianek. Jest kawałek.

– Pan mi powie, kiedy będzie północ – mówi do mnie Monika znad ekranu  smartfona. Widzę jej twarz we wstecznym, ekran telefonu akurat oświetla jej policzki chłodnym pobłyskiem, jej zadarty nosek, blond włosy. Te włosy, właśnie blond. Jakby w aureoli jakiejś była, kurwa świetlistej. Fajny widok.

– Albo nie, lepiej nie. Minutę przed północą pan mi powie, panie Pawle – dopowiada pasażerka.

– Okej, pani Moniko – mówię, trochę zdziwiony tym nagłym żądaniem. I rzucam drobny, słaby żarcik – A co, na duchy się pani zebrało?

– Żadne duchy, tylko mi pan powie, kiedy będzie. Bo to ważne. Dobrze? – odpowiada całkiem serio.

Zegar w mondziaku pokazuje 23:52 czerwonym ledem.

***

Po siedmiu minutach jesteśmy na Wisłostradzie, na wysokości starówki, przy arkadach zamku. Akurat światła nas łapią na Grodzkiej.

– To już. Zaraz dwunasta – mówię do Moniki. Staram się złapać jej wzrok we wstecznym, nadaremnie. Nadal wlampiona w komórkę.

– Wiem, wiem, właśnie się loguję – mruczy pasażerka znad smartfona.

Aha, fajnie. Tylko o co chodzi. Nie pytam, światła nas puszczają, jedziemy dalej.

***

Monika śmiga palcami po ekranie komórki coraz szybciej i coraz bardziej nerwowo. A wierci się przy tym niemiłosiernie. Czasem rzuci przez zaciśnięte zęby kurwą, tak sama do siebie, częściej dwoma. I zwiędłym chujem doprawi jeszcze. Twarz ma już całkiem nieanielską, bardziej zzieleniałą z bezsilnej złości. Zaraz do czubków blond włosów jej dojdzie ta zieloność, zmiesza się z lorealem i wyjdzie rzadka sraczka w efekcie.

Tylko kolorystycznie wyjdzie, mam nadzieję, bo nadal się wierci.

Gdzieś w okolicach mostu Marii Curie-Skłodowskiej* łamie mnie ta presja. Zaraz dziurę półdupkami wywierci w tapicerce i to podwójną. Bo ma czym, to przyuważyłem zanim wsiadła.

– Wszystko w porządku, pani Moniko? – pytam.

– Kurwa, nic nie w porządku, panie uber! – krzyczy histerycznie Monika. I zaraz potem – Blek frajdej już od pięciu minut, a za chuja nie mogę nic kupić! Jebany ajfon. Ciągle błąd logowania. Kurwa, kurwa, kurwa!

Wściekle ciska telefonem na kanapę obok siebie, ten odbija się, spada na podłogę mondziaka, pomiędzy fotele. I twarz w dłonie. I ryk. I płacz.

Zatrzymuję auto. Akurat jest możliwość zjazdu, przy maku na Młocinach, tam pod lasem.

Na stoiku wyciągam jej telefon spod fotela. Faktycznie ajfon. Siódemka. Taki w serduszkowo-silikonowej oprawce. Szybka na szczęście cała. Podaję Monice przez zagłówek, wraz z paczką chusteczek, nienapoczętych.

Chusteczki to podstawa w uberowaniu, kiedyś o tym pisałem.

Martyna i łzy

Panna odbiera ten pakiecik ode mnie przez zagłówek fotela, prawie z wdzięcznością. Wyjmuje chusteczkę z paczki, ociera łzy. I odzywa się do mnie bezradnie, jak dziecię we mgle.

– To co mam robić, panie uber? Blak frajdej ucieka. Chlip-chlip.

– Pani dzwoni do kogoś, kto ma stacjonarny, pani Moniko. Albo chociaż laptopa, androida. I nie śpi – gaszę jej powódź łez.

***

Po chwili słyszę z tylnej kanapy:

– Ewa, Ewuniu, kochana, jak dobrze, że nie śpisz kochana. Aha, przy komputerze jesteś, to jeszcze lepiej. Zrób coś dla mnie, dobrze? Więc jest taka strona wu-wu-wu… Tak właśnie ta. Więc szybko, szybciutko zaloguj się. Udało się, tak? Kochana. No to teraz  bierz wszystko do koszyka. No kurwa, jak to się nie otwiera pierwsza strona. Co? Może za duży tłok, kochana. To weź siódmą. Już jesteś na siódmej? I co tam jest kochana. Aaa, że zegarki. Casio? A telefonów tam nie ma? Tylko zegarki Casio. 149 sztuka. Okej. Bierz trzy, natychmiast. Nie, nie nie szukaj dalej. Trzy sztuki maksymalnie możesz wziąć. I migusiem klikaj w kasę, to taki znaczek z dolarem… Już? Kochana. Kasę oddam. Dziękuję. Uff…

U mnie lekki szok. Więc pytam pasażerki, już zrelaskowanej.

– Trzy razy kasjo, serio? Ojca i dwóch braci pani ma?

– Nie, na alegro sprzedam – śmieje się Monika.

________________

* M.C. Sklod Bridge. Emsiskłod. Tutaj w pełnej krasie.

źródło zdjęcia: Autoblog24

źródło zdjęcia: Autoblog24

 

(Visited 686 times, 1 visits today)

2 thoughts on “Greckie wino”

  1. DżejDi says:

    „Byznes yz byznes, kasa się musi zgadzać, złociótka.”
    Dzięki temu będzie za co pojechać do miasta uberkiem 🙂

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Zgadza się.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider