Przy Katowickiej

 

Justynę gniecie dzika furia. Widzę to chwilę po tym, jak podjeżdżam w ciemną uliczkę na Saskiej Kępie. Katowicka. Filigranowa panna gdzież a gdzież by, stoi na chodniku, a raczej miota się, skacze, wrzeszcząc coś w kierunku kolesia, co obok. Stara się go kopnąć przy tym, albo przynajmniej ugryźć. Sam nie wiem, co się stara.

Choć typ raczej z tych większych. I szerszych. Do tego łysawych. I w czarnym fleku, takim co wiecie, oldksulowym, z pomarańczowym podbiciem. Uchyla się przed ciosami panny. jak przed natrętną muchą odgania. Czarna czerń spod rękawów fleka błyska pomarańczą na Katowicką, gdy koleś tak odskakuje przed ciosami wściekłej panny. Marny rycerz dżedaj na marszu niepodległości.

Więc ona atakuje, on się uchyla, ja podjeżdżam. Całkiem allenowska ta cała scenka, prawie dżiajdzo. Tylko nie snop manhatańskich wieżowców nas teraz oświetla, a smętne warszawskie latarnie. Dobre i to, że są, w niektórych częściach miasta ciemniej niż w dupie u Obamy, tu przynajmniej coś świeci. Taka sceneria w piątek wieczór, przy Katowickiej, na Saskiej Kępie. A tu suflera wciąż brak.

Zatem dyskretnie zatrzymuję mondziaka, wolno wjeżdżam w scenerię babskiej agresji, na krawężnik. Kołami z lewej strony. Nieco z przodu staję, żeby przynajmniej koleś mnie widział. Bo panna wyraźnie zaślepiona tym wyrzutem, zgniła żółć jej oczy zalewa. Stada różowych słoni by nie przyuważyła w tym stanie, bez opcji, nie ma bata. Coż dopiero mojego auta.

Włączam awaryjne. I czekam na finał rozgrywki.

W końcu mnie widzą, ten łysy dostrzega pierwszy, palcem wskazuje w moją stronę nad głową panny

–  Justyna weź kurwa przestań, to nasz uber – krzyczy pacjent, nadal uchylając sie przed ciosami furii.

Panna na to wołanie odwraca się, widzi mojego mondziaka. Chwilowo gasi swą stalową nienawiść łapie gościa za rękaw fleka, wraz z kurtką ciągnie w kierunku auta. Aż pomarańczowa podszewka wychodzi spod spodu rękawów, jak kurwa wyrzygana marchewka.

Okej. świetnie. może w aucie się ogarniecie, rybeńki złote, myślę. Świetliste miecze schowacie, na tylnej kanapie po prostu brak ma miejsca na bitki.  I co z tego, że selekt. Weźmiecie białą limuzynę, hammera siedem metrów z blachami XXL, będziecie napierdalać się do woli.

#ktobogatemu

Jakoś gramolą się oboje do wozu, jakoś im się udaje. Koleś stara się załagodzić całą akcję, widzę we wstecznym.

– A wiesz, że śliczna jesteś Skarbie – mówi z bladym uśmiechem, zauważam przez wsteczne. – Nawet jak się wkurwiasz, Bejb.

Nic z tego, tekst nie działa. Zaraz potem jak ruszamy, Justyna naciera na współpasażera jak lokomotywa. I to taka parowa, nie elektryczna, zaraz kłęby gęstego dymu buchną jej z obu nozdrzy. Para buch, koła w ruch. Jakoś tak to szło. Całym Tuwimem atakuje.

I fajt, i walka. Gość coś tam się broni słabo. I u mnie na tylnej kanapie gdy prowadzę. Nogi dłonie, dłonie ręce. Krótkie długie, długie krótkie. Szponiaste, palcurzaste, czerwone. To jej. Krótkie, tępe i spod fleka. To jego. Kurwa, mam dość.

– Kurwa, mam dość!!! – krzyczę. I hamuję, tuż przy światłami na Karowej. Krzyczę, sam siebie nie słyszę -Dość!!! Nie bić mi się kurwa tutaj!!!

Momentalnie walka stop, tam z tyłu. Widać mocno dałem po heblach. A co.

– Ja pana przepraszam, tak najmocniej – odzywa się po chwili laska z tylnej kanapy, koleś pół-niemo przytakuje. Aha. Nie łapie mnie to jakoś.

– Ale ten skurwysyn zgubił klucze. –  mówi panna, patrząc się na gościa – No sam by pan go zajebał. A nie?

***

 

Fotka niby całkiem z innej beczki, a jakoś tu pasuje.

 

foto: Paweł Grott

(Visited 603 times, 1 visits today)

2 thoughts on “Przy Katowickiej”

  1. Jakubecki says:

    Ja się nie odzywam, nie raz zgubiłem klucze i siedziałem jak ta ostatnia… ostatni…. no ten tego… na klatce czekając na armię zbawienia.

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Oj bywało i u mnie. Dopóki nie dostałem tajemniczych życzeń na kartce urodzinowej, kilka lat temu. Z różami, świecącymi brokatem chomikami była ta kartka. Wewnątrz kilka linijek długopisem, wiadomo życzenia. A po standardowym tekście, że zdrowia, kasy i w ogóle tysiąc lat; pod spodem takie post scriptum: I nigdy nie zgub kluczy.

      Wtedy się śmiałem, ale fakt, od tego czasu nie gubię. Życie bywa dziwne.

      Pozdrawiam,
      Paweł

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider