Dagmara

 

Przy Jerozolimskich 42, tam obok Kebab Kinga, tuż za skrzyżowaniem z Kruczą staję na awaryjnych. Niedzielny przedświt, połówka listopada. Pogoda chujowa, coś tam siąpi, mocno dmucha. Wiadomo, witamy w Polsce. Za to alkohol tu u nas rozgrzewa, jak nigdzie. Wielu to docenia, wielu bawi się w mieście, choć już prawie świta.

Tym razem kurs zamawia Dagmara, stoję pod Kingiem jak smętny parasol, czekam na nią błyszcząc awaryjnymi. A miejsca pod tym turkisz-najt-resto niewiele, ot tyle żeby przycupnąć mondziakiem i poczekać, zwłaszcza o tej porze. Ostatni nocni imprezowicze, ci których poalkoholowy głód złapał tłoczą się pod turkiem jak na kodowskiej manifie. Z czosnkowym zamawiają, a co. Takich do auta nie wpuszczam, mam jasną tapicerkę. A choć czosnkowy też jasny, to i tak mocno wali, nawet jak wyczyścisz. Bez szans, żeby domyć, gwiazdki lecą w dół potem ani chybi.

Przed chwilą wiozłem Białych Orłów, tych z Mazowieckiej. Polska-Polacy-Biało Czerwoni*. Okuci w flagi i z pieśnią na ustach. Było o nich tutaj nie tak dawno:

Białe orły z Mazowieckiej

Chwila-moment i widzę Dagmarę. Tu lekkie zdziwko, bo wcale spod Kinga wychodzi, tylko zza rogu Kruczej od strony Widok. Plus jakiś typ ją za dłoń prowadzi, taki w płaszczyku jesionkowym na trzy-czwarte, z jodełką, co modne ostatnio. Patrzę i oceniam z lekką zazdrością, mnie na taki nie stać, w mocno przykurzonym czarnym fleku, dziurawych butach i startych dżinsach jeżdżę. Ach, taki płaszczyk. I do tego kaszkiecik, rękawiczki z bawolej skóry, myślę.

Nic to, już są przy wozie. Dagmara całkiem. całkiem, prawie nie przyuważyłem lampiąc się na strój kolesia. Wysoka blondi, szpile jak tyczki, krótka miniówa, mimo tej pogody i, nie uwierzycie, ale tak, tak. Kabaretki. Pewnie ją trochę w piczkę podwiewa, podziębuje chłodem z pod spodu przy tych polarno-arktycznych cyrkulacjach, tak myślę. I że nie przyuważyłem wcześniej; jednak starość, zmęczenie i aura chujowa za oknem robią swoje, Paweł. Przynajmniej wieź ich bezpiecznie.

Gość tymczasem otwiera Dagmarze tylne drzwi mondziaka, tak szarmancko, ukosem, potem wsiada obok. I już ruszamy na Powiśle. Radio kampus radośnie pomyka polskim rege o tej porze, kurwa jak lubię kampus, tak nienawidzę tej muzyki. Lekko przyciszam radio. I słyszę taką oto rozmowę z tylnej kanapy:

–  Haaaa, Nareszcie ciepło, cieplutko. Może się jeszcze napijemy w domu, Artur – to Dagmara wionie w ucho kolesia, miękkim kocim tonem.

– Eeee, no może nie. – mruczy gość i wtapia się w komórkę. Widać Artur.

– Oj weź, fajnie będzie – Dagmara przysuwa się bliżej typa. I dopytuje – Czemu misiaczku?

– Wystarczy ci już, Dagmara, tak myślę. – gość jest twardy. Jak skała pod Monte Cassino. Jak grafen spod Polic. Jak autostrada A4 pod Krakowem. Równie mocno ma wbity wzrok, w ekran smartfona. Tylko kciukami przewraca.

– To tylko jedno winko, Arturku, staniemy tu po drodze, na Orlenie, przy Czerniakowskiej… – szepce Dagmara – Pan się zatrzyma, prawda?

To ostatnie do mnie. Oczywiście, że się zatrzymam.

–  I weźmiemy winko… I pod kołderkę… – kontynuuje Dagmara. – No weź misiaczku… Tak tylko pomiziać się przy winku, pod kołderką.

– Weź przestań, Dagmara. – mówi jesionkowy gość, odsuwa pannę. Jest chyba nieco wkurwiony – przez ciebie przegrałem w majnkrafta.

#czarprysł

Po chwili dojeżdżamy na Powiśle, oni wychodzą z wozu. Artur już nie otwiera jej drzwi, nadal mocno wkurwiony, szuka kluczy w jesionkowym płaszczu trzy-czwarte.

– Chętnie bym cię przytulił, kiedyś, Dagmara – mówię, dość słabo

– Ehh, szkoda gadać. On tak zawsze ma. A teraz muszę go gonić, inaczej pół domu rozjebie, z tej przegranej  – odpowiada Dagmara. Po czym dodaje – Może kiedyś się zobaczymy, Paweł.

I wysiada, i goni za gościem. Kabaretki ma na czarnych podwiązkach, widzę jak znika w bramie.

___________

* Z tymi biało-czerwonymi barwami, to jednak nie taka prosta historia, okazuje się. Przynajmniej w połowie. Bo biały, to biały, to wiadomo. Każdy wie, jaki jest biały. Za to ten czerwony? Z nim nie ma lekko.

W dwudziestoleciu międzywojennym jakimśtam dekretem zmieniono kolor czerwieni w polskiej fladze. Z karmazynu na cynober.

Tu karmazyn. #takbyło

A tu cynober. #takjest

Kto uważny – albo kto kobieta – rozróżni jeden od drugiego. Osobiście wolę ten pierwszy, choć czerwony, to czerwony. Jeden chuj.

Tylko jak to śpiewać, na mundialu w Rosji, w meczu z Senegalem. Białooo-cynobrowi? Trochę kiepsko. Nasi się zagapią i tak czarny wbije. Zobaczycie.

 

(Visited 1 157 times, 1 visits today)

4 thoughts on “Dagmara”

  1. koper_cięty says:

    przy Kruczej to chyba Kebab King, nie Amrit

    1. mm
      Paweł Grott says:

      Masz rację, już zmieniam. Amrit przy Świętokrzyskiej.

      Pozdrawiam,
      Paweł

    2. mm
      Paweł Grott says:

      Już masz. Jest King zamiast Amrita. Grunt, że fabułą ta sama.

      Dzięki za uważne czytanie.

      Pozdrawiam,
      Paweł

  2. jerzu says:

    Biały w polskiej fladze to też nie jest zwykły biały. To bardziej srebrnoszary kolor jest. Tak, tak…

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider