Wigilijny śledzik – część 1.

 

Krótko po drugiej w nocy, wpół-śpiący, łapię zlecenie na Ursynowie. Machinalnie potwierdzam przyjęcie w aplikacji, przecieram oczy, staram się sprawdzić adres. Niby powinno wyświetlić od razu, tym razem telefon coś długo mieli, przetwarza dane z dżipiesa. Za to imię klienta wyskakuje natychmiast: Kondzio. I już wiem, że będzie wesoło.

Po chwili pojawia się też miejsce odbioru. Ulica Służby Polsce. Chwilę się waham, czy nie odrzucić, bo znam temat. I wesołych Kondziów i takich ursynowskich adresów. Służby Polsce to nędzna niby-uliczka, co przez prawie parking odchodzi od głównej. Labirynt krętych ścieżek goni ślad pijanego węża pomiędzy blokami z wielkiej płyty. A co druga z nich ślepa. A wszystkie zajebane parkującymi wokół autami. Wjechać tam łatwo, wyjechać ni chuja, zawrócić tym bardziej.

A pasażer Kondzio? Jak to Kondzio. Sami wiecie. Czyli podwójne nieszczęście wróżę.

Ostatecznie biorę, nie odrzucam. Trochę rozrywki się przyda po nocy. I to podwójnej. Raz, że fizycznej, kręcenia kółkiem pośród uśpionych auto-zasadzek, betonowych zwalniaczy i innych kwietników; dwa że intelektualnej. Bo najpierw znajdź wesołego Kondzia pomiędzy tym wszystkim, a potem weź z nim kurwa wyjedź. Z mitycznego labiryntu Minotaura. Z radosnym Kondziem na pokładzie.

#hejhejprzygodo

Zatem jadę. Już skręcam w prawo z Ciszewskiego, w ciasny przejazd między blokami, już pierwszy zwalniacz** bije tępym uderzeniem w podwozie mondziaka. Całość robi mocne zgrzrzrzyyyt, stal o kamień w ciszy uśpionego blokowiska. Po hamulcach i sprawdzam we wstecznym, czy iskry nie lecą, czy czasem coś nie płonie. Nie płonie. Tylko ten upiorny zgrzyt.

Dla upewnienia wysiadam z wozu, obchodzę auto, zerkam czy mondziak cały. Jest cały.

‚Było bardziej zwolnić, Paweł, znak przecież ostrzegał, że dzieci na drodze’ – pojawia się anioł na moim prawym ramieniu. ‚Kurwa, dzieci na drodze  o drugiej nad ranem? Matka z wózkiem. Do tego karmiąca lewą piersią. I jak bardzo miałeś zwolnić, do pięciu? Czy do dwóch.’ – zaraz pojawia się i diabeł, mam tak zawsze, gdy anioł.

Spędzam obydwie zjawy, diabła i anioła. Sunę powoli dalej, wgłąb uliczki Służby Polsce w poszukiwaniu Kondzia. Po prostu jadę trochę wolniej, wymijam.

Po chwili widzę jakiś cień po lewej, pod nową ledową latarnią, co właśnie z budżetu partycypajnego wymienili. Więc jeszcze świeci. Podjeżdżam bliżej, widzę wyraźniej.

Jest typ, chyba Kondzio. Gość obejmuje słupek lampy oburącz, jakby taniec na rurze w wersji maczo robił. Tylko taki nieruchomy przy tym poldensingu, taki zawieszony czasem bywa. Choć strój adekwatny ma, krótkie spodenki, mimo że koło zera za szybą. I pół rozpiętą puchówkę nad spodenkami. Wzrok przy tym wbity mocno w glebę pod nogami, w chodnik. Do tego czapkę mikołaja, taka czerwona  z pomponem, wbita pod mętne oczy. Którymi bardziej liczy nędzne płytki na chodniku, niż mnie zauważa.

Na osiedlowym znaku drogowym, tym, którego typ się trzyma: Bezwzględny zakaz parkowania. Dwa czerwone. przekreślone krzyże, Zaraz się kurwa Kondzio złamie, z tym słupkiem i z czapką mikołaja. I będzie krzyż trzeci. Kurwa nie wiem, czy pomogę, może przy pochówku coś zanucę.

‚Oho, to mój pasażer, to Kondzio, nie ma opcji’ – myślę.

I tu akurat się grubo mylę, to nie on.

To nie Kondzio, to Zbyniek.

cdn.

_____________

* W zamyśle architektów z lat 80-tych miały być to ‚Nowoczesne ciągi pieszo-jezdne, łączące budynki mieszkalne z infrastrukturą wewnętrzną, taką jak żlobki, przedszkola i kina…’

I takie były, dopóki naród się nie wzbogacił, aut nie kupił, a infrastruktura wewnętrzna się nie wyniosła w pizdu z Ursynowa.

 

 

** Nie lubię określenia ‚śpiący policjant’, jest nieprawdziwe. Dlatego mówię :  zwalniacz’.

Policja nigdy nie śpi. Pamiętajcie.

 

Dodaj komentarz

Play
Play
Play
Arrow
Arrow
Slider